listopada 06, 2018

29. Poświęcenie

Z dedykacją dla Bryonly


Komórczak odskoczył od fali uderzeniowej w ostatniej chwili. Kilka sekund później Son Gohan prawie przyłożył mu w brzuch obiema nogami, niestety i to mu nie wyszło – wbił się w ziemię do połowy, jakby ta była tylko suchym piaskiem. Atmosfera tu na „trybunach” była napięta do granic możliwości. Osaczony stwór krzyknął by tamten zaprzestał swoich ataków:
–    Poczekaj. – Zawołał kolejny raz przy tym dysząc.
–    Czego ty wreszcie chcesz? – Warknął chłopak niezadowolony przerwaniem walki – Czy nie tego właśnie chciałeś? Mojej mocy? Wiem, że nie spodziewałeś się takiej klęski.
Potwór o różowych tęczówkach wzruszył ramionami na tę uwagę nerwowo przy tym się podśmiewując. Na pewno nie tak sobie wyobrażał pojedynek z synem Goku. Chciał tylko godnego przeciwnika, nie gówniarza, który załatwił go kilkoma ciosami, w dodatku pozbawiając fuzji doskonałej.
–    Nie będziesz nikogo więcej nękał!
Cyborg zaczął się trząść. Nie miał dość siły by zaatakować przeciwnika. To prawda, że nie przewidział skutków pożądania ukrytej mocy Saiyana. Tak samo co uczynił niegdyś mój brat – pozwolił słabemu przeciwnikowi przejąć szalę i doprowadzić do jego zwycięstwa.
Jakże los potrafił być przewrotny.
–    Masz rację. – przytaknął – Nie doceniłem cię dzieciaku..
–    Za późno już na to. – Son Gohan był stanowczy. – Pora pożegnać się ze światem. Zbyt długo odkładałem tę czynność.
–    I tu masz rację. – Niespodziewanie roześmiał się twór Gero. – Ty także musisz pożegnać się z życiem.
–    Co? O czym ty będziesz?! – Zdziwił się nastolatek. – Nie jesteś w stanie mnie pokonać.
–    Jeśli nie mogę mieć tej planety to nikt już nie będzie jej miał! – Wyjaśnił wykrzykując wściekle. – Wysadzę ją w powietrze! Tak właśnie cię pokonam.
Son Gohan spojrzał na niego z przerażeniem. Nie wypowiedział słowa tylko stał. Prawdopodobnie przetwarzał w głowie słowa zielonoskórego szukając ratunku. My z resztą także. Nie uszło mojej uwadze, że każdy zaciskał wściekle pięści z drgającymi nerwowo brwiami. Nie mieściło mi się w głowie by coś takiego mogło mieć miejsce. Nie tego dnia. Nie w ten sposób.
–    Kiedy sobie tak gadaliśmy obmyśliłem ten iście szatański plan. – dodał – Zebrałem w sobie już dość energii by wcielić go w życie.
A to drań! Zacisnęłam pięści. Zaczęłam nerwowo wymachiwać ogonem zastanawiając się jak potwór miał zamiar to uczynić? Jeśli tak jak Freezer winien był opuścić Ziemię i tak jak mój martwy już oprawca wystrzelić gigantyczną kulę ognia. Przed oczami stanął mi niezapomniany obraz. Ten sam który nawiedzał mnie w koszmarach. Chwilę po jego słowach zaczął się poszerzać, aż przybrał kształt nieforemnej kuli z drobnymi rękami i nogami. Gdyby nie fakt zagrożenia śmiała bym się z jego wyglądu. Zamienił się w bombę i to nie było ani trochę zabawne.
–    Jak śmiesz uciekać się do takich sztuczek! – Warknął Vegeta. – To wszystko twoja wina, idioto! Trzeba było z nim skończyć od razu!
Oczywiście ostatnie słowa były skierowane do młodego Gohana. Szczerze też tak sądziłam jednak nie mogłam zapomnieć, że mój kochany braciszek popełnił ten sam błąd, dlatego tu byliśmy.
Ten to miał tupet krytykować wszystko i wszystkich. Nigdy nie pamiętał swoich przewinień, nawet gdy były identyczne jak innych.
Swoją drogą jak nastolatek mógł dopuścić do tego? Pozwolić by doszło do tego momentu? Był niewiarygodnie silny i szybki, a i tak dał się pokonać sprytem.
Za chwilę miał nastąpić wybuch. Każde z nas miało przejść do historii, a mimo to nie godziłam się na twierdzenie brata. Jeszcze była przecież szansa. Coś musiało się dać zrobić?
–    Nie zapominaj, że to także twoja wina. – Rzuciłam do brata oschle. – Gdyby nie twoja pycha nie połknął by C18. Wtedy miałeś szansę go pokonać więc daruj sobie te teksty. Kto jak kto, ale nie ty!
Książę spojrzał na mnie z pogardą. Ręce, a nawet całe ciało zadrżało mu w gniewie – ponownie. Czego się spodziewał? Amnezji? Głaskania? Miał nie zapominać, iż był jednym z tych przez których nasze życie miało rychło zgasnąć. W piekle miałam zamiar wypominać to po kres. Hipokryta, od co!
–    Musimy coś zrobić! – Załkał Kuririn łapiąc się za wygoloną głowę.
–    Ciekawe niby co Einsteinie? – Yamcha stracił wszelką nadzieję.
–    Wszyscy zginiemy. – Mruknął posępnie Tenshin opuszczając głowę. – Wszystko na nic.
Złość ogarniała mnie coraz bardziej. Jak oni mogli spisać wszystkich na straty? Przecież jeszcze nie umarliśmy! Zacisnęłam ponownie tego dnia pięści nie akceptując swojego losu.
Nie temu wyrwałam się z niewoli. Nie dlatego uciekłam z pola walki, gdzie pisano mnie śmierć z ręki Trunksa. Teraz też nie zamierzałam stać bezczynnie i opłakiwać swą niedolę! Trzeba było działać, a czasu było z sekundy na sekundę coraz mniej. Bombowa energia rosła coraz bardziej.
–    Na co czekasz? – Ryknęłam do chłopaka o złotych włosach. – Atakuj go! Ruszaj! Jeśli zaraz tego nie zrobisz, ja to zrobię!
Syn Goku słysząc mój krzyk zwrócił się ku mnie by po mniej niż chwili przytaknąć. Był już gotowy do ciosu kiedy Komórczak powstrzymał go tymi słowami:
–    Jeśli poczuję choćby jeden maleńki, maciupeńki wstrząs wszystko wyleci w powietrze. Nie tylko ja zginę. Wszystko przepadnie!
–    Nastąpi eksplozja… – Son Gohan wymamrotał niczym w transie opuszczając gardę.
–    Przecież właśnie to powiedziałem. – warknął.
Android się roześmiał niczym wściekła osa. Mnie wcale nie było do śmiechu, z resztą komu mogło być? Nie miałam już pojęcia jak ratować nasze życia. Komórczak nadął się jeszcze bardziej, a moc w nim gromadzona niemal dosięgała naszych ciał. Czułam ją niemal w swoich dłoniach. Gorąca i niebezpieczna.
Czy naprawdę nie można było niczego uczynić? Tak po prostu mieliśmy stać i czekać na śmierć?
–    Zróbcie coś! – Warknęłam do mężczyzn zebranych wokół mnie nerwowo przeskakując wzrokiem z twarzy na twarz. – Nie pozwólcie mu na to! Musi być jakieś rozwiązanie.
Wpatrywałam się w każdego po kolei, a ci nie mieli wspaniałych wyrazów twarzy. Nawet Trunks nie wyglądał na kogoś kto by miał chęci na uczynienie choćby gestu. Ten w ogóle przecież tu nie powinien stać i ginąć w obcym świecie. Jego miejsce było w zepsutej przyszłości, która czekała na pokonanie dwóch androidów, które u nas skończyły jako potrawka super biocyborga. Posiadał swoją misję do wykonania. Nie miał prawa zawieść swojego czasu. Tylko on im pozostał.
Wyłącznie Son Goku wyglądał inaczej. Jako jedyny się do mnie uśmiechnął. Zrobił dwa kroki w przód wciąż z promienną twarzą. Nie szczęśliwą, a pełną troski i nadziei na lepsze jutro.
–    Zabiorę go stąd. – Powiedział powoli.
Patrzyłam na niego tym samym wzrokiem co on na mnie. Widziałam w nim nasze wybawienie, choć nie znałam jego planu. Jeszcze. Ufałam mu w tej chwili. Już raz jego słowa się potwierdziły. Dlaczego tym razem miałoby być inaczej?
Odwzajemniłam delikatnie uśmiech, a jego oczy zabłysnęły czymś mi nieznanym. Nikt jeszcze tak na mnie nie spojrzał. Czułam się zmieszana.
–    Co?! – Krzyknęli jednocześnie wszyscy.
–    To proste. Użyję błyskawicznej teleportacji. – wyjaśnił – Eksplozja nie dosięgnie Ziemi więc wszyscy przeżyją.
Ucieszyły mnie te słowa, tak że miałam ochotę podskoczyć i zatańczyć coś na kształt wygibasów Giniyu Force. Z resztą kogo by nie uradowały?  Oznaczało to, że mogliśmy odetchnąć z ulgą.
–    To wspaniały pomysł. – poparłam go – Ale czy zdążysz wrócić?
Ojciec Son Gohana pokręcił przecząco głową. Wciąż się szczerzył jakby nie widział w tym żadnego problemu. Był gotowy oddać życie dla reszty planety? Całego wszechświata? Tak po prostu? Moja mina nieco zrzedła, bo nie sądziłam, że któreś z nas zginie. Nie dopuszczałam do siebie takiej opcji ani razu. Od śmierci Natto z nikim więcej nie utrzymywałam na tyle relacji by było mi przykro na czyjąś śmierć. Nawet nie zauważyłam kiedy polubiłam niektórych mieszkańców Ziemi. Nie sądziłam, że jestem jeszcze do tego zdolna.
Powietrze niepostrzeżenie zgęstniało. Kilka chwil potem zerwał się potężny wiatr targający nami jak chorągiewkami. Czuć było, że lada chwila cyborg wybuchnie, a wraz z nim wszystko co istniało. Szalejącą energia sprawiła, że sucha i rozorana ziemia spękała, a jej drobne i nieco większe odłamki wirowały w powietrzu z każdym silniejszym podmuchem. Nawet planeta musiała wyczuć swój koniec.
–    Nie martw się mała. Mam nadzieję, że kiedy się spotkamy będziesz nie do poznania. – Położył dłoń na mym ramieniu – Widzę, że czeka cię już niedługo świetlana przyszłość.
Co to miało znaczyć? Wpatrywałam się w niego niczym w obraz z niezrozumiałą treścią autora.
Zostawił mnie z wieloma pytaniami, bo wtedy przeniósł się do Komórczaka. Stałam jak słup z rozdziawionymi ustami mając cichą nadzieję na jego powrót. Tylko kogo ja oszukiwałam? Przecież miał już nie wrócić.
Tak bardzo chciałam wiedzieć o jaką przyszłość mu chodziło. 


Mężczyzna delikatnie przyłożył dłoń do bomby, pożegnał się krótko z pierworodnym po czym zniknął z zagrożeniem.
–    Nie rób tego, tato! – Krzyknął Son Gohan, ale było już za późno.
Momentalnie wszystko ucichło. Jakby świat zapomniał o nadchodzącym kresie wszystkiego.
Chłopak o jasnych włosach zaczął wrzeszczeć i płakać na zmianę wyładowując swoją niespożytą moc. Było mi żal tego chłopaka. Gdyby to mój brat się tak poświęcił – w co raczej wątpiłam – czułabym się identycznie. Gdy minęło kilka minut kompletnie nic się nie wydarzyło, byliśmy pewni, że jego ojciec umarł. Odszedł na zawsze. Poświęcił się ponieważ jego syn uniósł się pychą w pojedynku i przegrał. Tak samo jak niejednokrotnie mój pewny wszystkiego braciszek, z tą różnicą, iż ten żył i miał się świetnie. Ba, nawet nikogo nie stracił. Czy ta ekscytacja energią była wadą genetyczną Saiyan? Miałam nadzieję, że nie. Nie miałam zamiaru w ten sam sposób skończyć.
–   Chciałem wszystkim pokazać jaki jestem silny. – Połykał słone łzy. – Nie chciałem. Nie tak to się miało skończyć. Tylko zależało mi by mój tato był ze mnie dumny.
Ja wiedziałam, że był. Widziałam to. On niestety nie miał tej satysfakcji.
Podeszłam do niego jako pierwsza. Doskonale zdawałam sobie sprawę jak się czuł. Rozumiałam go aż nazbyt. 
Nie wypowiedziałam ani jednego słowa tylko położyłam dłoń na jego ramieniu chcąc oddać cześć jego rodzicielowi. Koło mnie stanął Trunks i uczynił podobnie.
–    Wracajmy do domu. – Po chwili milczenia podał mu dłoń siląc się na delikatny uśmiech. – Choćmy stąd.
Son Gohan podniósł się wciąż roniąc gorzkie łzy. W tej chwili przypominał bezbronne dziecko, któremu zawalił się świat. Jego aura waleczności rozprysła się niczym bańka mydlana. Wiedziałam co przechodził nazbyt dokładnie i żałowałam, że tak było. Chociaż on przynajmniej miał jeszcze matkę.
Westchnęłam patrząc jak powłóczy nogami podpierając się silnego ramienia chłopaka z przyszłości. Był to żałosny widok, ale czy miałam prawo to skrytykować? Ani trochę. Nim postanowiłam ruszyć za resztą przyglądałam się tej scenie z lekkim roztargnieniem. Widziałam tam siebie i Natto, bo właśnie on był tym, który nie pozwolił mi upaść.


I wtedy zerwał się silny wiatr. Poczułam coś dziwnego… Energię? Nie wróżyło to niczego dobrego.
Tumany kurzu podniosły się niczym pustynna burza uniemożliwiając zbadania terenu zmysłem wzroku. 
Padł strzał.
Musnęło mój policzek jednak mnie nie trafiło choć byłam najbliżej czerwonego promienia gnającego w głąb pyłu. Mimo  otarcia poczułam jego palącą moc na skórze. Momentalnie odskoczyłam. Przełknęłam ślinę i wstrzymałam oddech łapiąc się za zranione miejsce. Coś się zmieniło. Czułam to, choć nie pojmowałam.
–    Czyżbym trafił Trunksa? – Odezwał się tak dobrze znajomy głos.
W kłębach kurzu stał on. Wyłonił się niczym komik w długo wyczekiwanym show utrzymując śmiercionośny laser palcem. Nabity, a raczej przebity na wylot młodzieniec właśnie konał, a zapłakany chłopak klęczał tuż obok obwiniając tylko siebie.
–    Ty żyjesz?! – Krzyknęliśmy niemal jednogłośnie.
–    Jak to możliwe? – Jęknął Tenshin podbiegając do umierającego.
–    Przecież… – Urwał Yamcha kręcąc głową.
–    Miałem umrzeć? – Dokończył za niego android – Też tak myślałem gdy wybuch rozsadzał moje ciało. Jednak stało się inaczej. Widzicie – Na jego twarzy pojawił się szelmowski uśmiech – Twój tatuś poświęcił się na darmo i jeszcze przed śmiercią nauczył mnie teleportacji. Cudowne przydatna umiejętność!
Zaśmiał się rubasznie. Wściekłość we mnie wezbrała. Nie tak się to miało potoczyć. Życie Goku w tym momencie stało się nic nie warte. Najgorsze był to, że bez cyborga osiemnastego ponownie przybrał formę doskonałą. 
– Teraz mnie nie pokonacie, niedołęgi!
Zagotowało się we mnie jeszcze bardziej. Nie mogłam uwierzyć, że to działo się naprawdę. Jak on mógł… Z jego ręki zginęły już dwie istoty i właśnie sugerował, że będą kolejne ofiary. Teraz zaczynałam dostrzegać przerażenie starszych gdy Gohan zabawiał się w najlepsze zamiast zabić tę podłą kreaturę. Nie mogłam być mimo to na niego zła. Chciałam, ale nie potrafiłam. Zapłacił on już najwyższą cenę za swe czyny.
–    Jak to jest możliwe? – Warknął Vegeta – Czy ten pajac nie potrafi zginąć z klasą i zabrać ze sobą ciebie gówniana kupo złomu?! 
Komórczak ponownie się roześmiał niemal kipiąc jadem. Był w iście szampańskim nastroju i nie zamierzał tego ukrywać. Bo i po co? Wygraną miał niemal w kieszeni.
–    To proste. – Oświadczył wypinając dumnie pierś. – Dopóki chip, który znajduje się w moim ciele, o tutaj – Wskazał palcem okalanym czarnym szponem skroń. – będę odtwarzał się w nieskończoność.
–    Jaki znowu cholerny chip?! – Książę niemal pisnął w furii.
–    Mimo, że jest niewielkich rozmiarów może zdziałać cuda. Doktor Gero był geniuszem, a raczej jego komputer.
–    Niedoczekanie twoje! – krzyknęłam – Wyrwę i zdepcze ci ten przeklęty chip!


Podbiegłam bliżej potwora zaciskając wściekle pięści. W nosie miałam czy wyglądał jak dawniej. Liczyło się tylko zlikwidowanie problemu. W tym czasie Vegeta dostrzegł, że jego syn z przyszłości umiera. Coś mu odwaliło…  Wyczułam skaczącą jego energię. Zaczął się wściekać i krzyczeć, zupełnie jakby... Przybrał formę super wojownika po czym bez namysłu ruszył na cyborga krzycząc, że zabije tego śmiecia.
–    Vegeta… – Jęknęłam do siebie gdy mnie wyminął w zastraszającym tempie. – Jesteś na niego za słaby… Nie jesteś Gohanem.
Komórczak nawet nie drgnął kiedy Saiyanin okładał go pięściami, ani chwilę później kiedy przyjmował na swoje ciało tysiące świetlistych pocisków. W końcu jednak rzucił w niego swoim, który powalił księcia na obie łopatki. Mężczyzna ledwo dawał sobie radę z oddechem, a co dopiero z obroną! Zaczynałam dostrzegać wszystko w czarnych barwach. Czy przyszła kolej na mego brata? Cyborg wystrzelił potężną fale uderzeniową. To był znak!
–    Vegeta! – Krzyknęłam przerażona, a w uszach mi zapiszczało.
Rzuciłam się w jego kierunku, przecież wcale daleko od niego nie stałam, jednak Kuririn mnie powstrzymał zamykając silny uścisk na klatce piersiowej. Jakim cudem tak szybko się pojawił obok?
–    Puszczaj!
–    Nie masz szans z jego mocą! – krzyknął.
–    To mój brat! – Szarpałam się ze łzami w oczach. – Nie może go zabić! Nie może!
Choć starałam się wyrwać jednocześnie krzyczałam, nawoływałam brata by uciekał. Nie mógł odejść! Po policzku spłynęła kolejna słona łza. Nie sądziłam, że w przeciągu tak krótkiego czasu na Ziemi ujrzę śmierć swojego jedynego krewnego. To nie mogło dziać się na prawdę. 
Już miałam ugryźć mężczyznę w jakąś odsłoniętą część ciała byleby się wyswobodzić jednak nim do tego doszło blado niebieski pocisk dosięgnął Saiyana po czym nastąpił wybuch. Ogromne głazy rzucały się wokoło. Dotarł do nas w przeciągu paru chwil silny wiatr spotęgowany ogromem energii, aż upadliśmy na rozoraną już dawno temu ziemię. Nie mogłam na to patrzeć. Leżałam przygnieciona Kuririnem i tak nagle przestało mi to przeszkadzać. Chciałam umrzeć tu i teraz. Życie bez Vegety było dla mnie niemal niemożliwe. Nigdy sobie nie wyobrażałam takiego końca. Nie on! Nie kiedy tyle lat wycierpiałam  by go odzyskać! Nie tak to sobie zaplanowałam. Nie mogąc dłużej wytrzymać rozpłakałam się jak najzwyklejsze dziecko. Poczułam się jak wtedy gdy dokonano eksterminacji na moim gatunku. Choć obrazy tamtych dni były rozmazane, może i przekoloryzowane to twarze oprawców były ciągle żywe – z nimi musiałam obcować jeszcze długo po tym zdarzeniu, aż nazbyt.
Najpierw Goku, potem Trunks i teraz on… Kim była jego kolejna ofiara i ile czasu jej zostało? Czy było to zaplanowane, czy jednak istną ruletka?
Kuririn nie wypuszczał mnie ze swojego uścisku, choć już nie przygniatał. Podniósł się i przytulił mnie do siebie pozwalając zmoczyć kombinezon łzami. 
–    To niewiarygodne! – Krzyknął z entuzjazmem Tenshin – Gohan zdążył w ostatniej chwili!
–    Co? – Otarłam twarz i oczy odkleiłam się od torsu byłego mnicha – O czym on mówi?
–    Że Vegeta żyje. – Szepnął delikatnie się uśmiechając. – Czujesz jego energię?
Zamknęłam powieki skupiając się na bracie. Odnalazłam go! On naprawdę nie umarł, choć w świetnej formie nie był. Podniosłam się pospiesznie, a wraz za mną Ziemianin by zobaczyć jak dokonano tego cudu. Niesamowicie lekka się poczułam gdy głaz straty runął w nicość.
Na ziemi leżały dwie osoby: Son Gohan zasłonił własnym ciałem Vegetę. 
On żył.
Istniał dzięki młodemu pół Saiyanowi, który nie wahał się poświęcić własnego jestestwa. Z radości ugięły się pode mną kolana. Były niczym z waty. Chciałam skakać z radości i krzyczeć, ale nie było na to teraz czasu. Walka jeszcze się nie skończyła, wciąż mogliśmy zginąć wszyscy i była to tylko kwestia czasu. Dzień powoli chylił się ku zachodowi, a my sterczeliśmy w tym samym punkcie od wielu godzin z potwornymi stratami. Za dużo czasu straciliśmy. Musieliśmy wziąć się w garść, albo pogodzić się z nieuniknionym – katastrofą na skalę międzygwiezdny.


***

Jeśli podobają Ci się moje teksty proszę o głos na rozdział miesiąca. W linkach po prawej jest odsyłacz.
Będę dozgodnie wdzięczna!