Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Buu. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Buu. Pokaż wszystkie posty

01 marca 2025

*112. Wszechświat w rękach ludzkości

Z dedykacją dla Nocebo

Czułam, jak ktoś mną potrząsał, powodując, że obolałą głową uderzałam o podłoże. Zrobiło mi się niedobrze. Jęknęłam. Chyba umarłam. Chociaż? Bolało mnie dosłownie wszystko i zdecydowanie czułam się potwornie źle. To musiało znaczyć, że wciąż żyłam. Ledwo, ale jednak.

— Obudź się! Obudź się dziewczyno! Zaraz wszystko wybuchnie!

Kolejne jęknięcie. Zmusiłam się do otwarcia oczu. Dzwoniło mi w uszach od tego wrzasku. Do tego pojawił się w mej głowie kolejny przerażająco piskliwy ton. Jakby... szczekanie? Kiedy już odzyskałam widoczność, spod ciężkich rzęs dostrzegłam pastwiącego się nade mną Herculesa. Co on tutaj robił?! Czy nie miał przenieść się w bezpieczne miejsce wraz z bogami i Dende'm?

Ziemia się zatrzęsła. W okolicy coś eksplodowało. Zacisnęłam powieki przed rażącym podmuchem KI. Mężczyzna przylgnął twarzą do mego organizmu. Czułam jego strach i trzęsące się ciało. Walka nadal trwała. Wyczuwałam niesłabnącą moc demona, jakby stał tuż nade mną.

— Puść mnie człowieku — z trudem wychrypiałam.

Dopiero teraz zwrócił na mnie uwagę. Ostrożnie podniósł się i na mnie spojrzał. Jego mina zdradzała, że widzi ducha. Aż tak źle było? Musiało, bo czułam dosłownie każdy milimetr swego ciała. Nieposkromiony ból dosłownie paraliżował mnie. Z trudem też łapałam powietrze. Lepiej było się nie wybudzać.

— Tu nie jest bezpiecznie, musimy się stąd wynosić — wybełkotał w panice. — Znalazłem się tu przez wielki wybuch i myślałem, że nie żyjesz.

— Ja też... — burknęłam z niezadowoleniem.

Ziemianin pomógł mi usiąść. Okolica była w opłakanym stanie. Jak długo byłam nieprzytomna? Na pewno nie na tyle długo by zginąć wraz z wybuchem ostatecznym. Buu jeszcze nie wygrał, jednak czując te potężne wstrząsy, domyślałam się, że jest już bardzo blisko. Wtedy dostrzegłam, że przeciwnikiem demona był Kenzuran. Czy oznaczało to, że już straciliśmy wszelką nadzieję, a on był tym ostatnim, który jeszcze się ostał?

Przymknęłam powieki i wyostrzyłam zmysły, na tyle ile byłam w stanie. Odnalazłam nie tylko Gokū, ale i Vegetę. Obaj byli słabi, ale jak najbardziej żywi. No, o ile księcia można było nazwać tym żywym. Kamień jednak spadł mi z serca. Gdy już odnalazłam wzrokiem towarzyszy, dostrzegłam, że nad ojcem Gohana unosiła się sporych rozmiarów żarząca się czystą energią sfera.

— Co się tutaj dzieje? — wychrypiałam.

— Spróbuję powiedzieć tyle, co ja wiem — westchnął ciężko Satan. — Nie do końca rozumiem ten dziwny sen.

— Jaki do cholery sen?

Ten człowiek miał poprzestawiane klepki. Od dawien dawna walczyliśmy o przetrwanie, a on nadal uważał, że wybraliśmy się do krainy snów? Czy wyśniłabym sobie taki stan? Czy dałabym się, tak ciężko pobić? Dla jakieś chorej zabawy?! Poczułam ucisk na skroniach. Syknęłam, zaciskając powieki. Było ze mną naprawdę źle.

— W jakiś magiczny sposób odtworzyli Ziemię i przywrócili do życia jej mieszkańców. Nawet z nimi rozmawiali, prosząc o jakąś energię na stworzenie broni ostatecznej.

— Broni osta-tecznej... — powtórzyłam powoli, obserwując nieznaną mi technikę Gokū.

Co wy mieliście w planach? O czym nie wiedziałam? Jak mogłam im pomóc? Było w ogóle to możliwe? Musiałam się znaleźć obok i to jak najszybciej! Spróbowałam wstać, ale jedynie co mogłam to ciężko westchnąć. Nie byłam w stanie iść o własnych siłach. Musiałam jednak dostać się do reszty. Westchnęłam ciężko.

— Pomóż mi wstać. Przydaj się na coś człowieku.

Hercules spojrzał na mnie z zaskoczeniem. Koniec końców pomógł mi się podnieść, a następnie zamienić się w mą podpórkę. Tylko w ten sposób miałam szansę na przetransportowanie się do celu. Szło nam bardzo opornie i nie dlatego, że człowiek nie dawał rady. On wbrew pozorom spisywał się świetnie. To ja z ledwością pokonywałam kolejne kroki. Zniszczona okolica do tego utrudniała nam tę przeprawę. Walka między Buu a Kenzuranem także.

— Vegeta! — zawołałam, gdy byliśmy dostatecznie blisko.

Saiyanin, gdy tylko mnie dostrzegł, podbiegł, odpychając tym samym Herculesa. Gdy poczułam pod sobą silne ramię brata, nogi się pode mną ugięły. Tylko jego ręce uratowały mnie przed upadkiem. Ciężko westchnęłam. Książę ostrożnie usadowił mnie na ziemi.

— Co się dzieje?

— Kakarotto zbiera energię na Genki Damę, ale ci niewdzięczni ludzie nie chcą nam pomóc! — warknął z irytacją. — Po co wracaliśmy im życie, skoro to przeklęci ignoranci!

— Bo cię nie słyszą? — rzekłam retorycznie.

— To nie tak! Oni mnie słyszą! Kaito jest naszym łącznikiem! — wyjaśnił pospiesznie. — Tylko nasi nas wsparli swą energią.

Czy ziemianie mogli faktycznie nas wspomóc? Trzeba było ich jedynie przekonać do tego, prawda? Niestety jak się okazało, od dłuższego czasu nikt nie kwapił się do działania, co jeszcze bardziej irytowało księcia. Po jakimś czasie i mnie udzieliła się ta nieprzyjemna atmosfera. Niby tak niewiele dzieliło nas od pokonania potwora, a gdy nadarzyła się okazja, to nie było chętnych do pomocy. Rasa ludzka była bardzo niewdzięcznym gatunkiem. Wielokrotnie ratowaliśmy ich z opresji. Tyle razy oddawaliśmy własne życie, by oni mogli wieść spokojnie egzystencje. Było to bardzo łamiące.

Wściekłam się. Zacisnęłam pięść i krzyknęłam w niebo:

— To niesprawiedliwe! Jesteście wszyscy niesprawiedliwi! Dlaczego nie chcecie nam pomóc? Tak niewiele dzieli nas od pokonania tego potwora! Ludzie! Co z wami?! Czy nie pragniecie żyć w spokoju?

Westchnęłam ciężko. Wciąż miałam problemy z oddychaniem i nie mogłam o tym zapominać. Wbrew pozorom byłam jedną nogą w grobie. Nie miałam zamiaru jednak konać w takim momencie!

— Nazywam się... Jestem Księżniczką Saiyanów. Pamiętacie mnie? Brałam udział w turnieju o tytuł Najsilniejszego pod słońcem. Czy mogę prosić o odrobinę waszych mocy? Jest ona nam niezbędna do pokonania tego potwora. Jestem tu i biorę udział w tej walce, ale zostałam pokonana. Bez was nie dam rady...

W kilka chwil sfera nad Gokū powiększyła się kilkukrotnie. Uradowało nas to na tyle, że Hercules zaczął tańczyć ze swym psem na rękach. Kula rosła na naszych oczach. Wciąż na tej planecie byli ludzie, którzy mieli w sobie, choć odrobinę empatii. I pamiętali moje poczynania na Tenka-ichi Budōkai.

Niestety po jakimś czasie wszystko stanęło w miejscu, a Saiyanin dzierżący kawał czystej energii oświadczył, że to wciąż za mało. Nadal większa część Ziemian nie chciała nam pomóc. Westchnęłam ciężko. Więc mieliśmy zginąć? Tak po prostu? Chyba czas było zrozumieć, że wszystko, co zrobiliśmy kiedykolwiek dla ludzkości, nie miało sensu. Nawet w obliczu tak poważnego zagrożenia nie byliśmy w stanie nikogo nakłonić do pomocy.

Czas uciekał, energia Kenzurana słabła, a mi tkwiliśmy w martwym punkcie. Zacinęłam powieki, w myślach przeklinając wszystko co żywe i egoistyczne. Czy żądaliśmy zbyt wiele? Nie chcieliśmy, aby oddali nam swoje życia, a by przekazali cząstkę swych sił witalnych. Potem mogli wrócić do tego, co do tej pory robili. Nikt jednak już nie zamierzał nam pomagać. To było tak mocno frustrujące!

— Błagam... Proszę... Unieście swoje dłonie w górę i pomóżcie nam pokonać tę bestię — rzekł z trwogą książę.

Jego prośba była porywająca za serce. Nigdy przenigdy nie prosiłby Ziemian o pomoc. Teraz sytuacja była zgoła inna. To od nich zależało nasze życie. To oni mieli nas ocalić. Nie my, jak to do tej pory było. W oczach Saiyanina stanęły łzy. Emocje wzięły górę i sama poczułam, jak mokną mi oczy. W chwilę później cała ta ckliwa bańka prysnęła, gdy dosłownie znikąd odezwał się nieznany nam głos, który postanowił zbojkotować całą sytuację. Wyzwano nas od czarnoksiężników, popleczników Babidiego! Ludzkie głosy przekrzykiwały się z taką wrogością, że aż żółć gotowała się w żołądku. Byliśmy skończeni.

Uderzyłam pięścią w ziemię. Gdybym miała więcej sił, powstałby krater albo chociaż pęknięcie. Obecnie nie różniłam się energią od zwykłego Ziemianina. Nie było dla nas żadnej nadziei. Czułam narastającą frustrację i jednocześnie niemoc. Chciało mi się płakać i jednocześnie krzyczeć. Wiedziałam, że Vegeta czuł się podobnie. Gokū z ledwością utrzymywał się na nogach. Okiełznanie nawet niedostatecznej ilości energii go wykańczała.

— To koniec panowie. To nie ma sensu — wychrypiałam z boleścią. —  Skończmy to. Lepiej będzie, jak wszystko przepadnie. Ci ludzie nie chcą naszej pomocy. Wolą umrzeć.

Ostatni wojownik padł na ziemię pod naporem nieskończonej witalności Buu. Zaszlochałam mimowolnie. Nie zamierzałam nawet ukrywać swojego zawodu i strachu. Cieszyłam się, że mogę, chociaż ostatnie chwile spędzić w towarzystwie brata. Wtedy dopiero dostrzegłam, że jego aureola gdzieś się ulotniła. Nie było nawet sensu pytać, jak do tego doszło. Było to chociaż pocieszające, bo po śmierci mieliśmy szansę spotkać się w zaświatach, o ile Buu nie postanowi ich zniszczyć.

Kenzuran mimo wszystko nie poddawał się i wciąż podnosił się spod naporu demona. Liczył na nas, liczył na ludzkość, a ta zawodziła. Ja nie miałam już żadnych złudzeń co do przegranej. Gokū jednak nie zamierzał się poddawać.

— Ziemianie! Proszę was, użyczcie mi swojej siły! Pokonajmy razem tego potwora! Bez was nie damy rady!

Ci, którzy go znali, a dotąd nas nie wsparli, unieśli swoje dłonie ku niebu. Było to widać w chwili, gdy sfera podwoiła swą objętość. Wyglądało to pięknie, lecz wciąż było to za mało. Nawet ja to wiedziałam. Znaczna część planety nadal uważała nas za łgarzy i złodziei życia. Tak prosta czynność i życzliwość dzieliły nas od pokonania potwora. Co jeszcze musieliśmy zrobić, by nakłonić innych? By przekonać wszystkich?

— Weź i moją moc, Gokū — mruknęłam, unosząc dłoń. — Nie mogę być gorsza od reszty. Nie chcę mieć nic wspólnego z tymi, którzy nas zignorowali.

— Oszalałaś! — ryknął książę — Nic już nie masz! Chcesz się zabić?

Nie zdążył mnie powstrzymać. Część ikry uleciała ze mnie prosto do eterycznej bomby. Padłam na ziemię jak długa, z trudem łapiąc oddech. To było poświęcenie, na które byłam gotowa. Moja cząstka była więcej warta niż nie jedno nędzne życie. Ja przynajmniej chciałam uratować wszechświat. Starszy brat uklęknął przy mnie i usadowił mą głowę na kolanach. Położył dłoń na mej czuprynie, delikatnie ją głaszcząc.

— Jesteś niepoprawna — westchnął.

Zakaszlałam, usiłując się do niego uśmiechnąć. To była jedna z tych chwil, które mógłby trwać wiecznie. Dla mnie liczyło się tylko to, że było obok. Nie byłam tu sama. Kakarotto jeszcze kilkukrotnie usiłował prosić mieszkańców Ziemi o pomoc. Bezskutecznie. Nasz czas dobiegał końca. Ja czułam to w kościach i widziałam na własne oczy, jak Kenzuran traci swoją moc. Ratować ludzi? Po co? To tacy niewdzięcznicy...


— Dość tego! Idioci, półgłówki! Egoiści!  — ryknął Hercules. — Chcecie wszyscy zginąć? Czy tak ciężko jest spełnić prośbę tych ludzi?

Byłam nie tyle wstrząśnięta ile zaskoczona. Człowiek, największy uzurpator postanowił wziąć sprawy w swoje ręce? Czy wreszcie uwierzył, że to wszystko nie było głupim snem?

— Czy w obliczu tego ogromnego niebezpieczeństwa możecie przejść obojętnie? Jestem Satan, wasz wspaniały mistrz świata! Czy mi także odmówicie swojej pomocy?

Nie obyło się od kłamstw, jakoby sam Hercules walczył z Majinem. Nawet w obliczu takiego przedsięwzięcia musiał nadużyć ludzkiego zaufania. Nie minęło kilka chwil, a Genki Dama zaczęła się powiększać. I to nie tak, jak do tej pory. Energia do niej napływała zewsząd! Zasłoniłam usta dłonią, nie mogąc nadziwić się temu wszystkiemu. Oni naprawdę kochali tego łgarza. Oczy same napełniły się łzami. Byłam wzruszona i jednocześnie skonana. To właśnie największy błazen uratował sytuację. To on nas ocalił. To było... Niebywałe. Hercules, Mark Satan był wybawcą wszechświata. Nie było co do tego wątpliwości.

Gigantyczna bomba była gotowa. Jedyny szkopuł polegał na tym, że tuż obok Buu spoczywał wymęczony saiyański wojownik. Son Gokū nie mógł rzucić kuli, by poskromić najgorsze zło. Jak mógłby zabić przy tym podróżnika w czasie? I to po tym, jak zajął się potworem, gdy my jak dzieci we mgle usiłowaliśmy uzbierać choćby nędzną duszyczkę do pomocy. Wiedziałam, że wojownik nie podejmie się tej próby, póki życie pobratymca nie będzie bezpieczne. Na nasze nieszczęście Majin Buu szybko podchwycił temat.

Czy w tej chwili wszystko przepadło? Całe poświęcenie nie miało już wartości? Tak wiele nas kosztowało, by dotrwać do tej chwili. Nawet Kenzuran to wiedział i nakazał nie przejmować się nim. Obrońca planety uważał jednak inaczej.

Baloniasty nie dość, że postanowił sobie zrobić tarczę z pokonanego wojownika, to jeszcze począł ostrzeliwać manipulatora bomby duchowej. W ten sposób nasz czas się kurczył, a przecież od wygranej tak niewiele nas dzieliło. Vegeta postanowił wziąć sprawy w swoje ręce i powstrzymać Majina przed ostateczną wygraną. Należało odciągnąć jego uwagę nie tylko od Gokū, ale i od Kenzurana. Nie podobało mi się to, ale już na nic wpływu nie miałam. Byłam tylko marnym cieniem swej egzystencji. W dodatku na skraju śmierci.

Książę powstrzymał demona przed zabiciem ojca Gohana, a Hercules odciągnął ledwie przytomnego Saiyanina z pola rażenia. To wciąż jednak było za mało. Kto miał ocalić Vegetę? To wciąż się działo, wiecznie mieliśmy pod górkę. Czy mój brat miał się poświęcić, byśmy mogli żyć? Nie, to nie mogło się tak skończyć.

— Uciekaj Vegeta! — krzyknął twórca eterycznej bomby. — Dłużej nie dam rady!

W oczach kolejny raz stanęły mi łzy. Nie! Vegeta nie mógł się poświęcić! Nie teraz! Chciałam wstać, krzyczeć, zrobić cokolwiek by ocalić swego brata. Nic jednak nie byłam w stanie uczynić poza zawodzącym szlochem. W tak beznadziejnej sytuacji się znaleźliśmy, że chciałam być tam tuż obok niego i się uśmiechnąć. Powiedzieć, że jestem dumna... A potem razem zejść z tego świata.

Wszystko działo się tak szybko. Wielka sfera leciała na potwora, a ja nie mogłam nic zrobić. Ostatecznie Buu widząc ogrom energii zmierzającej ku niemu, porzucił swą żywą tarczę, tym samym pozwalając księciu na ucieczkę. Różowy stworzył kilka sfer celując w ogromną Genki Damę. Ta dosłownie pochłaniała nic nieznaczącą KI. I mogłoby się wydawać, że zwyciężyliśmy. Los jednak zadrwił z nas po raz kolejny. Gokū był zbyt słaby, by móc manipulować tak wielką energią.

Majin z satysfakcją walczył ze śmiercionośną energią, odpychając ją jak jakąś piłkę. Planeta pod naporem energii pękała, zamieniając wszystko wokoło w pogorzelisko. Dosłownie teraz mogło wydarzyć się wszystko. Mogliśmy wygrać, a jednocześnie przegrać. Z wrażenia miałam ochotę zemdleć. To było zbyt wiele. Wojownik z sekundy na sekundę, na naszych oczach tracił siły, a my wraz z nim nadzieję. Ziemia pękała, czułam każdą wibrację, nie mogąc ruszyć się z miejsca. Jeśli mieliśmy przegrać, miałam być pierwszą tego ofiarą. Zacisnęłam mocno powieki, licząc na jakiś cud.


— Saro! Saro!  — usłyszałam wołanie. — Gdzie jest moja siostra?!

Był to Vegeta. Niestety nie byłam w stanie odpowiedzieć na jego wołanie. Leżałam gdzieś pod gruzowiskiem, nie mogąc już oglądać przedstawienia. Nie mniej zdawałam sobie sprawę z powagi sytuacji. Wciąż byliśmy na przegranej pozycji. Czułam, jak z ojca Gohana ucieka życie. Nie było dla nas żadnej nadziei? Nie dało się niczego zrobić? Mnie pozostało tylko czekać. Słyszałam, jak książę przeczesuje okolicę, przerzuca głazy i nawołuje mnie. W pewnym momencie jego głos zaczynał się łamać.

— Ve-ge-ta... — kaszlnęłam ostatkiem sił. — Tu je-jestem.

On jednak mnie nie słyszał, nie mógł. Ziemia kolejny raz zawibrowała. Poczułam kolejne pęknięcia i desperacką próbę odnalezienia mnie przez brata. Postanowiłam nie otwierać oczu. Tak mogłam skupić się na otoczeniu. Chciałam wiedzieć, jak się sprawy mają. Czy w ogóle był jeszcze jakiś sens marzyć o wygranej?

Nie byłam w stanie przetrwać tej emocjonalnej huśtawki. Bez względu na to, czy mieliśmy wygrać, czy przegrać moja walka się zakończyła. Byłam zbyt słaba, by poruszyć palcem. Kręciło mi się w głowie i jedynie, o czym mogłam myśleć to fakt, że gdzieś tam był on i usiłował mnie znaleźć. Wiedziałam, że w końcu mu się uda, ale ja tego już nie zobaczę.

***
— Jak się czujesz?

Mruknęłam, zaciskając nie tylko powieki, ale i szczękę. Moje siły... odzyskałam je! W oszołomieniu rozwarłam powieki, natychmiast przenosząc się do siadu. Z wrażenia zachłysnęłam się powietrzem. Nade mną kucał Dende z zatroskaną miną, która za chwilę zmieniła się w tę radosną. Zaraz dostrzegłam swego brata, który wyglądał nie lepiej ode mnie.

— Na szczęście nic ci nie jest — westchnął z ulgą Namekanin.

Chwilę później począł uzdrawiać księcia, a ja wciąż nie wiedziałam, co się właściwie wydarzyło. Pamiętałam... Co ja właściwie pamiętałam? Huk, trzęsienie ziemi i...

— Gdzie jest Buu?! — wrzasnęłam, zrywając się na równe nogi.

Usłyszałam śmiech i odwróciłam się w tę stronę. To był Gokū. Siedział on na sporym kamieniu z radosną i promienną twarzą. To oznaczało tylko jedno — zwyciężyliśmy.

— Czy... My? Naprawdę? — nie potrafiłam zebrać słów do kupy.

— Tak, udało się nam — rzekł wesoło Kenzuran.

Dopiero teraz dostrzegłam i jego pokiereszowaną twarz. Był on kolejny, którego począł uzdrawiać Dende. Chociaż nie miałam możliwości osobiście oglądać, jak pokonujemy potwora, to chociaż po wszystkim mogłam się napawać tą chwilą. Był to chyba najgorszy, a jednocześnie najpiękniejszy dzień. Tak wiele wydarzyło się w tym czasie. To cud, że ta planeta w ogóle przetrwała nasze starcie. Uradowana podbiegłam do brata i wyściskałam go z okrzykiem radości. Nie zamierzałam niczego ukrywać. To była naprawdę wspaniała wiadomość. Żyliśmy wszyscy!

Naszą radość przerwała informacja Herculesa. Buu wciąż żył, tylko nie ten, z którym walczyliśmy. Był to ten drugi, gruby. W momencie mnie zatkało. Jak to w ogóle było możliwe? Czy coś mnie ominęło? Człowiek poprosił o uzdrowienie potwora. Czy był to dobry pomysł? Na pewno nie.

— Chyba sobie kpisz! — ryknął książę, wyciągając rękę do wystrzału. — Odsuń się głupcze! Czas go wykończyć, póki jeszcze mamy szansę.

Mistrz Świata nie chciał przystać na to. Zasłonił własnym ciałem demona. Czy on postradał zmysły? Buu był naszym wrogiem i nie mogliśmy pozwolić sobie na powtórkę. Ledwo nam się udało. Podzielałam zdanie brata. Drugi Majin był tak samo niebezpieczny co poprzedni. Bez względu na to, czy tamten był gorszy. Nie było żadnego usprawiedliwienia dla czyhającego zła. Hercules twierdził, że stwór nie był zły, a stał się nim w chwili, gdy jakiś nikczemnik postanowił zabić mu psa. Był skłonny pilnować grubasa, by ten nigdy nikomu nie wyrządził krzywdy. On, zwykły człowiek? To było niedorzeczne.

— Dende ulecz go. Chociaż wygląda na potwora i napsuł nam krwi, to wcale nie jest z niego taki drań — zabrał głos Kenzuran. — Pamiętacie, że w pewnym momencie stanął po naszej stronie, prawda? On również przyczynił się do naszej wygranej.

Spojrzałam na twarze zebranych tu istot. Nikt się nie odezwał, a Gokū się nawet uśmiechnął. Co takiego się wydarzyło? Co widzieli oni, czego nie wiedziałam ja? Koniec końców Buu został uzdrowiony i naprawdę nie planował nas atakować.

Kibitoshin zaoferował nam transfer na Ziemię. Mogliśmy wrócić wszyscy razem i wreszcie cieszyć się zwycięstwem. Miałam nadzieję, że w końcu nasze życie wróci do normy. Może będzie nawet lepiej niż wcześniej? Nauczyłam się wielu nowych rzeczy, zrozumiałam tak dużo i chciałam się tym podzielić z najważniejszą osobą w mym życiu.

Zostaliśmy natychmiast przetransportowani pod świętą wieżę. Czemu nie na górę? Nie dane było nam spytać, gdyż bóg szybko się z nami pożegnał. Najwidoczniej musiał jak najprędzej zająć się zniszczeniami ich boskiej planety. Gokū westchnął, z uśmiechem spoglądając w chmury.

— Wszyscy już tam są — rzekł z entuzjazmem. — Gotowi?

— I myślisz, że ten stwór może lecieć z nami? — wskazałam na łagodniejszą wersję naszego dotychczasowego problemu.

— Hercules obiecał się nim zająć, to będzie jego pierwsze zadanie — wzruszył ramionami, nie widząc przeciwwskazań.

— A co tam jest? — zapytał zdezorientowany champion.

— Twoja córka, Videl — odrzekł rozpromieniony Wszechmogący. — Pamiętasz, jak ci obiecaliśmy, że wróci?

— No to na co czekamy? — krzyknął zaaferowany, łapiąc zielonoskórego za wyświechtaną kamizelkę. — Muszę zobaczyć moją córeczkę!

Nie interesowało mnie, kto go tam zabierze, ja nie miałam najmniejszej ochoty tego robić. Kakarotto najwyraźniej też, bo od razu wzbił się ku niebu, zachęcając wszystkich do drogi ruchem ręki. Spojrzałam na brata. Do tej pory stał z założonymi rękoma z naburmuszoną miną. Położyłam dłoń na jego ramieniu, delikatnie się uśmiechając. Cieszyłam się, że tu był i odzyskał życie. Wszystko potoczyło się tak dynamicznie, że jeszcze długo miały minione wydarzenia nam dudnić w głowach. Jednak teraz istotne było to, by wrócić do domu, ale zanim to nastąpi, mieliśmy jak bohaterzy zdobyć szczyt i powitać rodzinę. Kiedy książę odwzajemnił uśmiech, byłam gotowa do drogi.

Zaraz za Gokū leciał Wszechmogący i Majin, który musiał przetransportować tego przeklętego Ziemianina. Tak, tego samego, który skrzyknął całą ludzkość, aby podzielili się swą energią do utworzenia gigantycznej duchowej bomby — ostatniej deski ratunku. Kolejny był Vegeta, a tuż za nim podążał Kenzuran również z niewzruszoną miną. Ten drugi niebawem planował nas opuścić, ale nim miało to nastąpić, musiał odpocząć. Zasługiwał na to. W domu Bulmy nie brakowało pokoi, a walka z Buu była wystarczająco wyczerpująca. Nawet ja byłam zdumiona, że zaproponowałam mu nocleg, mimo iż wiecznie działał mi na nerwy. Jak widać, nie byłam pozbawiona uczuć. 

Ruszyłam jako ostatnia. Byłam tak podekscytowana, że serce mi kołatało, a jednak stałam pod wieżą z przerażeniem. Chciałam pędzić co tchu, by znaleźć się na szczycie, a mimo to zjadał mnie ogromny stres. Bałam się tam wylądować. W głowie układałam sobie, co powiem, kiedy już go spotkam. Cokolwiek wymyśliłam, zaraz uznawałam to za idiotyczne. A jednak miałam nadzieję, że nastolatek wciąż jest gotowy na spotkanie i naprawę naszej relacji. Tak było, zanim różowy demon nas wyrolował. Wtedy właśnie pokazał mi, że się myliłam. Nie odtrącił mnie. Chciałam go szczerze przeprosić i jeśli starczy mi odwagi wyznać co czuję. Na pewno chciałam go uściskać. Tak po prostu. Tylko czy potrafiłabym przy tym nie uronić łez?

Wreszcie dotarłam na szczyt, lądując ostrożnie na krawędzi. Do mych uszu docierała entuzjastyczna radość, gdy pierwsi wojownicy przywitali się z resztą. Najważniejszy mięsień w organizmie dudnił jak oszalały. Na samą myśl kręciło mi się w głowie. Niby odważna, a jednak nie do końca...

— Na co czekasz? Czemu nie idziesz za resztą? — zapytał Satan, który stał jak kołek, a wraz z nim nasz nowy sojusznik.

Stresowałam się i on najwyraźniej także. Sama nie wiedziałam, skąd napłynęła do mnie ta dziwna empatia, ale rozumiałam go. Dopiero co wybłagał nas byśmy dali szansę Buu, a teraz miał go wprowadzić w głąb pałacu. On pierwszy poznał tego demona od dobrej strony i gdyby nie podli Ziemianie, nasz problem skończyłby się zdecydowanie wcześniej. Westchnęłam ciężko i nie mogąc dać wiary we własne myśli, odpowiedziałam:

— Pójdę pierwsza w razie, gdyby ktoś chciał zaatakować twojego kumpla, ok? Dasz radę?

— Naprawdę?

— Naprawdę. Chyba że mam się rozmyślić? — złowieszczo się uśmiechnęłam.

Od razu wiedziałam, że zrozumie mój przytyk. Najwidoczniej zdążył się przyzwyczaić do mojego złośliwego charakteru i wielkiego uprzedzenia. Dziś i on był bohaterem, tym prawdziwym. Bez niego nie mieliśmy szans i nawet ktoś taki jak ja musiał to przyznać. Byłam tam i wszystko widziałam. Ludzie go kochali, a nas mieli za nazbyt silne i kłamliwe potwory.

Tak jak zaplanowaliśmy, ruszyliśmy w głąb strażnicy. Na miejscu byli ci, co stracili życie w chwili, gdy złowieszczy Majin uciekł z innego wymiaru. Nie dostrzegłam jednak nigdzie Piccolo, Gohana czy szczeniaków. Nie było ich jeszcze na miejscu? Nie zwróciłam nawet na to wcześniej uwagi. Zbytnio się przejmowałam nadchodzącym spotkaniem.

— Majin Buu! — wrzasnął z przerażeniem Kuririn, a zaraz za nim zawtórowali kolejni. — Kryć się!

Od razu wyczułam napiętą atmosferę, której zresztą się spodziewałam. Gokū szybko zagrodził sobą drogę do demona, naprędce tłumacząc, iż to nie ten sam stwór, który ich pożarł. Był to w końcu zjedzony Buu i my wiedzieliśmy, że tak się stało. Po tym zdarzeniu zaczęła się nasza dramatyczna walka o przetrwanie.

Uczyniłam to samo co Son Gokū, obiecałam, a obietnic dotrzymywałam. O dziwo szybko uspokoiliśmy zebranych. Może dlatego, iż najsilniejsi z najsilniejszych, ci, którzy uratowali świat, stanęli w obronie zdezorientowanego grubasa? Wśród nich był i książę Saiyan. Niechętnie, ale jednak.

Bulma z nieukrywaną radością tuliła się w dotąd martwego partnera, a zaraz to samo uczynił Hercules, dostrzegając swoją córkę pośród zebranych. Ja stałam na uboczu, zastanawiając się, gdzie jest Gohan i reszta. Zamknęłam oczy, chcąc wyczuć jego energię. Był w ruchu, a tuż obok znajdowały się trzy inne. Doskonale wiedziałam, do kogo należały.

— Wszystko w porządku, Saro? Wyglądasz, jakbyś przeszła przez niezłą batalię — usłyszałam kobiecy głos. — Świetna robota. Kolejny raz pokonaliście zło.

Podniosłam powieki i wtedy dostrzegłam Osiemnastkę. Uśmiechała się do mnie z uznaniem. Odwzajemniłam wyraz zadowolenia, kładąc z dumą ręce na biodrach swoich zniszczonych ciuchów. Faktycznie wyglądałam, jakbym wstała z martwych. Uniosłam wysoko brodę, by wiedziała, że i ja jestem z siebie dumna. Przynajmniej odrobinę. Przetrwałam to piekło, choć nie było łatwo i kilkukrotnie zwątpiłam, ale ostatecznie dobrnęłam do końca i nie zginęłam. To było nie lada osiągnięcie. Gdyby nie Gokū czy Kenzuran skończyłabym po drugiej stronie już dawno.

— Dzięki, sama jestem pełna podziwu. To było ogromne wyzwanie. Powiem ci, że kilkukrotnie otarłam się o śmierć — westchnęłam, spoglądając w niebo. Tu zawsze było piękne. — Jestem gotowa. Kto by pomyślał?

— Na co? — nie zrozumiała.

— Na rozmowę. Wiesz, że on wtedy nie umarł? Ocalili go bogowie, a potem wrócił. Nie przejął się, iż go odtrąciłam. Albo udawał? Nie wiem. Ale było dokładnie, jak mówiłaś. Chciał ze mną rozmawiać, chciał wszystko odwrócić, wyjaśnić, a ja mu na to nie pozwoliłam... — na moment spuściłam wzrok. Nie często przyznawałam komuś rację i było to bardzo dziwne, a zarazem trudne uczucie. — Mimo mojej opryskliwości nie odwrócił się ode mnie. To było takie... niesamowite? Jemu naprawdę zależy!

Kobieta słuchała moich wywodów w milczeniu, co raz otwierając szerzej oczy, a czasem drgając kącikami ust. Wiedziałam, że rozumie, o czym mówiłam. Zastanawiałam się, czy też tak miała, gdy zrozumiała co czuje do Kuririna? Ja wtedy byłam ślepa na takie rzeczy.

— Wiesz, gdy walczyłam o jego życie i ostatecznie Buu był sprytniejszy i silniejszy i gdy go pokonał, zrozumiałam, że życie jest zbyt ulotne — dodałam ciszej, bojąc się, że w ogóle wolno mi tak myśleć. — Nie chcę go kolejny raz stracić. Nie chcę, by odszedł. Rozumiesz?

— Zrobiłaś ogromne postępy — rzuciła z uśmiechem, muskając pięścią mój policzek. — Będzie dobrze. Zobaczysz.

— Tak myślisz? — byłam mocno przejęta.

— Oczywiście! — rzekła z pewnością, podpierając zaciśnięte dłonie pod boki.

Za chwilę czwórka wojowników wylądowała na brzegu pałacu. Chociaż jeszcze nie zdążyłam się odwrócić to Chi-Chi i Bulma z wielkim wrzaskiem wszystkich o tym fakcie uświadomiły. Zaraz pognały ku dzieciakom, a mi na sercu zrobiło się ciężej. Był to widok, który uświadamiał mnie, jak bardzo wiele w życiu mi brakowało. Jak mało dostałam za dzieciaka i jak odbiło się to w przyszłości. Wracając z wojny, nie byłam witana w ten sposób przez nikogo. Nikt nigdy nie płakał z radości na mój widok.

Ugięły się przede mną nogi. Przypomniałam sobie noc w katakumbach na Vitani. Gohan tulił mnie w swych ramionach ze łzami w oczach. I chociaż nie pamiętałam, co działo się tuż przed odzyskaniem ciała i umysłu to jego radość była nie do opisania. Wtedy byłam tak zamroczona i jednocześnie zdumiona, że całkowicie o tym zapomniałam. A przecież był nie tylko ostatnią osobą, jaką widziałam przed zamianą w posąg, ale i tą pierwszą po powrocie. On był przy mnie. Był także obok, gdy usiłowałam go zabić, będąc w ryzach Vitanijczyka. Nigdy mnie nie opuścił...

Z kołatającym sercem, spuściłam wzrok. Zaciskając mocno pięści, starałam się panować nad targającymi emocjami. Byłam taka głupia i taka ślepa. Czy była zatem szansa, że i on czuł coś do mnie? Kiedykolwiek? Teraz jeszcze bardziej zapragnęłam się z nim rozmówić. Minęło tyle lat, a ja dopiero teraz zauważyłam, co się coś wokoło działo. Ogarnęło mnie kolejne uczucie — tym razem był to wstyd. Tak jeszcze wiele nie potrafiłam w kontaktach międzyludzkich.

W tym czasie gdy rozmyślałam nad minionym czasem, Gokū podszedł do swego starszego syna. Gohan sam rzucił się w jego ramiona. Nie powiem, sama bym chciała to zrobić, ale jakaś siła mi na to nie pozwalała. Trema? Na pewno. Strach? Nie byłam pewna czy byliśmy oficjalnie pogodzeni.

Za chwilę nasze spojrzenia się spotkały, a ja poczułam, że robi mi się słabo, a jednocześnie nie jestem pewna czy jeszcze oddycham. Przeszedł mnie paraliżujący dreszcz. Uśmiechnął się, a mnie zalała fala gorąca. Uśmiechnął się! Do mnie, prawda?

— Na co czekasz? — C18 szturchnęła mnie. — Idźże do niego dziewczyno!

Odruchowo  złapałam się za ramię, a następnie spojrzałam na kobietę. Ta z uśmiechem kiwnęła brodą, wskazując mi drogę do półsaiyanina. Przecież właśnie tego chciałam! Wypuściłam głośno powietrze, tym samym okazując jej swoje zakłopotanie. Wszędzie była masa gapiów,  wszyscy się radowali i witali, a ja miałam do wyznania naprawdę skryte i wciąż niezbadane uczucia.

— No idź — dosłownie zostałam popchnięta przez androidkę.

W międzyczasie Chi-Chi dopadła swojego starszego syna. W końcu i ona go utraciła. Ciężko zniosła wieści o jego domniemanej śmierci, a teraz mogła go tulić w swych ramionach jak tamtego małego chłopca. Ten obraz był bardzo emocjonujący. Mnie nigdy tak nie tulono. Nikt nigdy mnie tak nie kochał. Rodzice mną gardzili, wstydzili się. Po raz kolejny tego dnia i w dodatku w ciągu kilku minut było mi przykro, że nigdy nie doświadczyłam tego uczucia. Dotąd wydawało mi się, że ziemskie matki były pomylone i nadopiekuńcze. Dziś wiedziałam, że kryła się za tym troska. Ja jako Saiyanka nie znałam matczynej miłości.

Dostrzegłam, że z początku nastolatek walczył z rodzicielską nadopiekuńczością, ale zaraz przestał i odwzajemnił uścisk zatroskanej matki. Zdumiona byłam, gdy mimo to kolejny raz na mnie spojrzał. Po raz pierwszy uśmiechnęłam się do niego w takiej sytuacji. Dotąd robiłam głupie miny, przewracałam oczami, prychałam, bądź odwracałam się od tego. Wtedy nie rozumiałam tego wszystkiego. Nie byłam pewna czy i on uniósł kąciki ust, ale jego oczy zdawały się takie ciepłe.

— Gohan!

Wołanie wyrwało mnie z rozmyślań. Zauważyłam, jak dosłownie znikąd pojawia się Videl, pędząca w kierunku, gdzie utwierdzony miałam dotąd wzrok. Rzuciła się w ramiona wysokiego młodzieńca, nie bacząc na to, że dosłownie potrąciła jego matkę. Zderzenie ich ciał spowodowało ich upadek. Nie spodziewałam się czegoś podobnego. Dosłownie zatkało mnie, aż niekontrolowanie rozdziawiłam usta.

Czy czas się zatrzymał? Czy może ja przestałam oddychać? Poczułam bolesne ukłucie w klatce piersiowej. Obraz przed mymi oczami się rozmazał, gdy ich usta się złączyły. Poczułam szarpnięcie w prawe ramię i dudniący głos, który rozwalał mą czaszkę niczym młot.

— Sara? Saro!

Dosłownie znikąd przede mną wyrósł ktoś. Kiedy poczułam kolejne, tym razem silniejsze pociągnięcie straciłam na chwilę równowagę. Otępiała wyrwałam się z uścisku, czując, jak po moim ciele przebiegają pojedyncze wyładowania elektryczne. Nie byłam pewna czy to sprawiło, że ten ktoś się cofnął. Zaciskając pięści, jednocześnie nie mogąc złapać tchu, zrozumiałam, że tak naprawdę nic przed oczami nie widzę, choć byłam pewna, że powieki miałam szeroko otwarte. Zakręciło mi się w głowie. Z trudem utrzymałam równowagę.

— Umiesz się szybko przemieszczać, prawda? — usłyszałam przerażony głos jakby przez mgłę. — Zabierz ją stąd, migiem.


To musiała być Osiemnastka, choć nie byłam do końca pewna. Jedynie czego byłam pewna do tego, że zaraz eksploduje mi głowa, a wraz z nią płuca. Ponownie wszystko zawirowało, a mnie potężnie zamroczyło. Wtedy zrozumiałam, że nastąpiła błyskawiczna transmisja. Uwolniona z transu wzięłam łapczywy haust powietrza, padając przy tym na kolana. Podpierając rękoma zieloną trawę, odkaszlnęłam kilkukrotnie. Zapowietrzyłam się do tego stopnia, że zupełnie zapomniałam o oddychaniu.

— Jak się czujesz? — zadźwięczało mi w głowie. — Poraziłaś mnie.

Dopiero wtedy dostrzegłam, że tuż obok kuca Kenzuran, którego rozpoznałam po butach. Nadal z trudem łapałam oddech, a żal i rozpacz co chwila ustępowały miejsca niepohamowanej wściekłości. Czułam, że za moment wybuchnę. Nie chciałam tu być. Nie mogłam. Wszystko tak szybko przepadło, a ja jedynie, o czym teraz marzyłam to ogień.

— Zabierz mnie stąd!  — z trudem wydyszałam. — Nie mogę oddychać! Nie mogę...

— Gdzie mam cię zabrać?

Mężczyzna był zdezorientowany, czułam to w jego tonie wypowiedzi. A ja? Nie było ze mną lepiej. Dusiłam się i im dłużej walczyłam z wybuchem, tym było gorzej. Pękała mi głowa, paliły się wszystkie nerwy, a w żyłach dosłownie buzowała krew.

— Daleko stąd! — wrzasnęłam, waląc pięściami w podłoże. — Szybko! Do cholery!

Pode mną utworzył się mały krater. Oczy zapiekły, za chwilę poczułam, jak ciurkiem płyną po policzkach ciepłe łzy. Przed ślepiami miałam tylko tę jedną scenę, która była jak gwóźdź w tętniące serce. Nie byłam w sanie zaczerpnąć powietrza, tego, którym i oni oddychali.

— Zabierz mnie... Nie chcę być na tej przeklętej planecie! — zerwałam się na nogi, szarpiąc przy tym Saiyanina. — Nie mogę tu zostać i lepiej się pospiesz, bo zaraz eksploduję! Nie ręczę za siebie!

Przez ciało przebiegł niebezpieczny dreszcz, a zaraz po nim fala wyładowań, które dosięgnęły niczemu winnego wojownika. Z determinacją nieznoszącą sprzeciwu wpatrywałam się w jego czarne tęczówki. Nienawiść we mnie rosła jak piana w gotującym się mleku.

— Dobra, dobra...

Mężczyzna przyłożył dwa palce do czoła, wyszukując jakieś lokalizacji. Chciałam, by zrobił to jak najszybciej. Nie chciałam niszczyć swojego domu, planety, która dopiero co się odrodziła, po misternej batalii. Nie po to walczyłam o ten świat, by teraz go wysadzić w powietrze. Przenieśliśmy się gdzieś indziej, nie miałam pojęcia czy na drugą stronę globu, czy dalej, ale to sprawiło, że na moment mogłam złapać oddech, nim na nowo wszystkie negatywne emocje mnie dopadły ze zdwojoną siłą. Warcząc i zaciskając pięści na poszarpanej odzieży podróżnika w czasie, kolejny raz poczułam, jak się przenosimy i gdy zrobił to kilkukrotnie, od zawrotów głowy upadłam na ciemną i zimną ziemię. Odkaszlnęłam parę razy, po czym niekontrolowanie uroniłam kilka łez.

— Jak daleko?

— Na tyle byś mogła spokojnie wybuchnąć, im dłużej tłumisz tę moc, tym gorzej dla ciebie.

— Chcę być tak daleko, że nikt nie będzie w stanie mnie znaleźć! Nawet Gokū — wrzasnęłam wściekle.  — Nigdy tam nie wrócę i to jest twoje zadanie, Kenzuranie.

— A nie lepiej byś ruszyła ze mną? — zapytał ostrożnie. — Po co się ukrywać?

Zerwałam się na równe nogi jak wściekła osa. To było jak policzek, ale najwidoczniej on tego nie wiedział. Spojrzałam mu w oczy, nie kryjąc swojego rozgoryczenia i bólu.

— Gdziekolwiek są oni, mnie tam być nie może. A oni są i u ciebie. Zabierzesz mnie tak daleko, jak to tylko możliwe, a potem wrócisz i o wszystkim zapomnisz — wycedziłam. — Znajdź tę cholerną siostrę Vegety i uratuj go, skoro to twoja misja. Ja już nigdy nie wrócę na Ziemie.

Wojownik stał w milczeniu, najwidoczniej nie pojmując mojej decyzji. Miałam wrażenie, że moje ciało zaraz eksploduje, dosłownie czułam jak płonę od środka i im dłużej się hamowałam, tym mocniej paliło. Zawyłam, upadając na kolana. Czułam na całym ciele dreszcze. Usłyszałam westchnienie, a następnie poczułam dłoń na gołym ramieniu. Kolejne teleportacje, spowodowały mdłości i problemy z błędnikiem. W pewnym momencie myślałam, że zwymiotuję. Dobrze, że byłam na czworaka, bo gdyby nie to już dawno bym się przewróciła. Wreszcie wszystko ustało, a mnie dopadł naprawdę lodowaty podmuch. Na moment poczułam ukojenie. Z dużym trudem zaczęłam się podnosić, ale ostatecznie Kenzuran pomógł mi się wyprostować.

— Odejdź, proszę... — wyszeptałam, z wysiłkiem hamując narastającą eksplozję.

Od zniknięcia ze strażnicy minęła minuta, a może dwie? Nie miałam pojęcia, ale jednego byłam pewna — że moja KI pokonała już wszystkie możliwe bariery. Nie miałam ani siły, ani też ochoty więcej bronić się przed palącymi emocjami. Nienawidziłam życia, nienawidziłam siebie, nienawidziłam jego i przede wszystkim nienawidziłam jej. Wszystko, o czym marzyłam, dosłownie w ułamku sekundy straciło sens. Akurat, teraz gdy wreszcie byłam w stanie to nazwać. Myślałam, że będzie lepiej, że to, czego się w tak krótkim czasie nauczyłam, sprawi, iż pójdziemy do przodu. Tymczasem wszystko legło w gruzach i spłonęło. Teraz paliłam się i ja.

Rodak przytaknął, a ja jedyne co zapamiętałam przed jego zniknięciem to smutny i zdezorientowany wyraz twarzy. Naprawdę liczył, że będę z nim podróżować? Dotąd nie miałam zamiaru opuszczać Ziemi, ale wszystko uległo zmianie. Nie mogłam tam być. Bez względu czy byłaby to ta sama planeta, czy inna, gdzie byliby wszyscy poza mną. Nawet jeśli nie mieliby pojęcia, kim byłam, to kołek w sercu byłby ten sam, a widok Gohana z tą dziewczyną...

Oni zawsze byli razem. Tutaj, w tamtej przyszłości... A nawet w świecie Kenzurana. Byłam tego pewna. Przecież to wiedziałam, a jednak dałam sobie wmówić, że światy mogą być inne. Jakże się myliłam. Dla mnie nigdzie i nigdy nie było miejsca. Byłam świadoma, że nie mogłabym oddychać tym samym powietrzem, więc jedynym wyjściem było rozpłynąć się w przestworzach.

Ukryłam twarz w dłoniach, wreszcie pozwalając sobie na ujście bolesnych emocji. Odczuwałam gorsze emocje, niż w dniu, w którym spotkałam Gohana uczącego Satanównę. Łkałam jak ta mała dziewczynka, która została pojmana przez armię Changelinga, a następnie wywieziona na więzienną planetę.

Kolejny raz nienawiść spłynęła do mojego serca. Zrozumiałam, że nie bez powodu Saiyanie nie kochali. Teraz to doskonale pojmowałam. Uczucia były zbyt bolesne, by można było je dopuścić do głosu. Przeszkadzały w byciu idealnym wojownikiem, osłabiały. Czułam się tak połamana i bezbronna, że wszystko traciło sens. Miałam ochotę wysadzić wszystko w powietrze, a dopiero co ocaliłam świat. Co ja mówię? Wszechświat!

Wreszcie przestałam się hamować. Pozwoliłam palącej KI przejąć ciało. Zmysły rozpoznawały, każdą gorejącą komórkę, odczuwały jak żyły zalewa żar. Dopuściłam do głosu furię, okalając ciało szalejącą aurą pomieszaną z burzą wyładowań elektrycznych. Nie byłam w stanie stwierdzić, jak długo nie kontrolowałam wściekłej erupcji. Gdy wreszcie to nastąpiło, upadłam na rozoraną przed sobą ziemię, tracąc łączność z KI. Ciężko dyszałam, czując się jak po dopiero co po skończonej batalii, w dodatku przegranej. W oczach ponownie stanęły łzy. Chciałam umrzeć. Moje serce roztrzaskało się na miliony kawałeczków. Brzydziłam się siebie, nienawidziłam wszystkiego.

— Kim jesteś? — ciszę przerwał lodowaty i stanowczy kobiecy ton. — Zdradź mi, jak się tu dostałaś?



~~*~~


Na koniec sagi bonus: Desperacka ucieczka

16 lutego 2025

*111. Plan ostateczny


W chwili, gdy Księżniczka Saiyanów upadła nieprzytomna na rozoraną ziemię, na powrót była czarnowłosa. Nie uszło to uwadze jej bratu. Buu zdawał się nie przejmować stanem dziewczyny — nadal okładał ją pięściami ze złowieszczą satysfakcją. Na Vegetę zadziałało to, jak płachta na byka. W mgnieniu oka transformował się i pognał na ratunek siostrze.

W tym czasie Kenzuran podszedł do Gokū z zatroskaną miną. Wszyscy zdawali sobie sprawę, że to tylko kwestia czasu, aż i drugi potomek królewskiej rodziny zostanie pokonany. Vegeta z całej czwórki był najsłabszy i w dodatku już martwy.

— Potrzebuję czasu, by odzyskać siłę — westchnął ciężko Son Gokū.

— Ile?

— Minutę? Może dwie? Muszę naładować się, by móc z nim walczyć, a on... On nie pozwala mi na to. Jest piekielnie szybki.

Kenzuran doszedł do wniosku, że tyle to i książę może mu dać, póki jego furia jest w pełni aktywna. Na chwilę obecną wyglądało na to, że Saiyanin świetnie sobie radzi z potworem, nawet kiedy obrywa. Wściekłość, jaką z siebie wyrzucał wojownik, była naprawdę imponująca. Nie przejmował się ciosami, które przyjmował na klatę. Liczył się tylko szał — ktoś skrzywdził jego malutką siostrę.

— Dobrze, ja w tym czasie polecę po dziewczynę.

Ojciec Gohana przytaknął. Nie można było zostawić Saiyanki gdzieś na polu bitwy. Bez względu na to, czy była nieprzytomna, nie mogli pozwolić, by przypadkowo została zabita. Dopiero co sama ratowała jego skórę!

W chwili, kiedy przybysz z przyszłości ruszył w drogę, czarnooki wygodnie się usadowił w rozkroku na trawie i przygotował mięśnie do kolejnych kroków. Jeżeli mieli wygrać i nie ponieść więcej strat musiał się skupić na tym, co było najważniejsze. Do tej pory zbyt luźno podchodził do sprawy. Jego dziecięcy sposób bycia nigdy go nie opuścił, nawet w dorosłym życiu. Potrafił być poważny, kiedy tego wymagała sytuacja, owszem, ale  gdy na horyzoncie pojawiał się niebywale silny przeciwnik... Cóż potrafił zapomnieć jak ważne i ulotne są ludzkie życia.

Stracił całą rodzinę, jego ukochana Ziemia przepadła, a on nawet w takich chwilach potrafił się zatracić w walce i bawić się nią jak dzieciak. Rozumiał powagę sytuacji, ale jego natura często z nim wygrywała i z tego powodu często nie kontrolował sytuacji. Samo pokonanie i zabicie przeciwnika nie było jego ulubioną taktyką. On kochał walczyć i napawać się każdą chwilą. I póki trzymał rękę na pulsie, było dobrze. Gorzej, gdy w ferworze zapominał o priorytetach i ostatecznie cel stawał się nie do pokonania. Tak było w przypadku Buu.

Na początku nie miał możliwości zająć się tym, czym powinien — Vegeta naciskał na swoją walkę i ostatecznie stracił przytomność, trwoniąc swój cenny czas na Ziemi. Później postanowił przekazać pałeczkę młodym. Tu także zmarnował resztki swej cennej przepustki. Sytuacja się diametralnie zmieniła i musiał ratować dzieciaki przed ostatecznym końcem. Dostał kolejną szansę na pokonanie wroga — kolejny raz ją zmarnował. Może i ocalił zjedzonych przez Buu, ale koniec końców wszyscy skończyli swój żywot — znowu roztrwoniony czas.

Son wreszcie zrozumiał, że wszystko, co się dotąd wydarzyło było jego błędem. Nie chciał, by ktokolwiek więcej na tym ucierpiał. Był kiepskim ojcem, marnym przyjacielem i beznadziejnym mężem. Jedyne co potrafił to walczyć. Więc czas było zrobić to, w czym był najlepszym — zebrać się do kupy i pokonać zło. Musiał przywrócić ład, a dopiero potem odłożyć rękawicę i przejść na emeryturę. Nie odwrotnie.

Czas upłynął, a energii nie przybywało. Może i osiągnął trzeci pułap, ale wciąż był za słaby. Czymś takim nie miał szans pokonać demona. Obrońca planety nie rozumiał, dlaczego jego KI nie chciała wzrosnąć, nawet kiedy bardzo się koncentrował. Musiał stać się silniejszy, jeśli miał ostatecznie pokonać bestię. Niestety nie potrafił temu sprostać.

Vegetę nie tylko opuściła passa, ale i siła. Buu pokiereszował go tak mocno, że tylko jego dziecięca beztroska nie pozwalała dokonać żywota i tak już martwemu wojownikowi. Miała być minuta, może dwie. Ile upłynęło? Pięć? W tym czasie Kenzuran obrócił niezauważenie po saiyańską księżniczkę i położył ją ostrożnie na strzępkach dobrze zachowanej trawy.

— Nie rozumiem, dlaczego nie mogę wykrzesać z siebie więcej — żachnął się starszy z wojowników. — Coś mnie blokuje.

— Cholera! — warknął Kenzuran. — Nie dobrze.

Mężczyzna zacisnął obie pięści, trzęsąc się przy tym. Nie tak to sobie wyobrażał. Nie tak to miało wyglądać. Ci wojownicy byli przecież silniejsi od jego znajomych. Dlaczego zatem nie byli w stanie sobie poradzić z potworem? Dlaczego Buu był silniejszy i bardziej przebiegły od tego, z którym nie tak dawno się mierzył? Czy naprawdę musiał ingerować w ten świat? Czy miał szansę pozostać niezauważonym przez łamaczy czasu? Jeśli nigdy tutaj nie dotarli, wolał, by tak pozostało. Nie chciał i na nich sprowadzać swojego nieszczęścia. To za nim przeklęta Towa wiecznie podążała. Gdyby się nagle zjawiła i wspomogła Majina, wszystko byłoby skończone. Nie mieliby najmniejszych szans na pokonanie ani jej, ani naładowanego ujemną energią potwora.

— Co robić... Co robić...?  — powtarzał sobie niczym w amoku, kręcąc się niemal wokół własnej osi.

Obity i obdarty z godności książę padł na ziemię. W ostatniej sekundzie obrócił szyję, by nie roztrzaskać sobie i tak już zmasakrowanej twarzy. Z trudem oddychał. Wiedział, że za kilka sekund Buu wymaże jego egzystencję, ale uważał, że było warto. Jego malutka siostra została bestialsko pokonana w starciu, które miał przegrać już dużo wcześniej. Tego dnia kilkukrotnie pokazała mu, jaka była odważna i bezinteresownie walczyła o jego życie. Nikt ani wcześniej, ani później nie walczył o niego jak właśnie ona. Potrafiła zrezygnować ze wszystkiego, byleby on mógł przetrwać. To było godne podziwu. Ich więź braterska była niezwykła, nawet jeśli na co dzień nie okazywali tego. Jeśli od nich tego wymagała sytuacja, potrafili wskoczyć za sobą w ogień. A niby dzieliło ich tak wiele lat.

Vegeta pamiętał dzień, w którym zobaczył ją po raz pierwszy. Taką maleńką, bezbronną i bez szans na przetrwanie. Dziś? Była wyśmienitą wojowniczką, na którą zawsze mógł liczyć. Był dumny z niej, nawet jeśli tego nie okazywał. Chciał ją pomścić, ale się nie udało. Nie potrafił pokonać potwora. Nie był w stanie zapewnić jej powrotu do normalności, chociaż bardzo tego pragnął. Zamknął oczy, z trudem łapiąc oddech. Zrobił wszystko, co mógł...

— Hej! Potworze! Tu jestem! — rozległo się donośne, męskie wołanie.

Gokū i Kenzuran odszukali pospiesznie sprawcę zamieszania. Byli w szoku. Nie tylko dlatego, że ten człowiek znajdował się na tej planecie, chociaż nie powinien, ale i usiłował zaczepiać największe zło tego świata. Jak w ogóle się to stało, że nie poleciał wraz z Dende'm i bogami w bezpieczniejsze miejsce? Czy był tu przez cały czas? Niezauważony? Miał ogromne szczęście, że przetrwał i w dodatku wyglądał na niedraśniętego.

Buu zainteresował się nim prawdopodobnie tylko dlatego, że ten był nieznośnie głośny i upierdliwy. Jak to było w zwyczaju Marka Satana, nie mógł obedrzeć swojej publiczności z wielkiego show. Słynął z gigantycznych przemówień i popisowych póz, które jakoby miały sprawić, że będzie wyglądał wynioślej. Może ludzie łapali się na tę tandetę, ale Majina irytowała ta sytuacja.

Różowy stwór w okamgnieniu zapomniał, że jeszcze przed chwilą pastwił się nad saiyańskim księciem. Człowieczek o bujnej czuprynie działał mu na nerwy, zwłaszcza gdy wykrzykiwał te swoje brednie — Buu tchórzem? Nigdy. Rozjuszony do granic rzucił się na Ziemianina z zamiarem rozszarpania go. To miała być jedynie formalność — słabeusz nie miał z nim najmniejszych szans.

— Ten wariat pojawia się znikąd, a następnie wyzywa Buu na pojedynek? - dziwił się Gokū. — On jest jeszcze głupszy ode mnie.

Kenzuran jedynie mruknął pod nosem, obserwując całe zajście. Hercules był dla niego jedną z najbardziej zagadkowych istot na tej planecie. Bez względu czy na tej Ziemi, czy na innej był taki sam arogancki, a jednocześnie w czepku urodzony. Saiyanie z wybałuszonymi oczyma obserwowali, jak Majin usiłuje w złości zniszczyć ojca Videl. Ten niczym strzała zmieniał swoje pozycje, jednocześnie unikając śmiercionośnych ataków. Tylko pomyleniec mógł mieć aż takie szczęście.

— Skup się Gokū na zadaniu! — upomniał go wojownik. — Więcej czasu możesz nie dostać.

Pogromca Armii Specjalnej na Namek przytaknął, po czym powrócił do zadania.  Za chwilę Buu chwycił się za głowę, jakby ta miała za chwilę eksplodować. Tak się działo za każdym razem, gdy miał wybuchnąć kłębami pary z otworów na łepetynie. Nic jednak takiego się nie wydarzyło. Ta sytuacja kolejny raz nie pozwoliła Saiyaninowi się skupić. Chwilę później różowy stwór wypluł coś, a tym czymś był gruby Buu.

Ten sam, z którym zaczęli walkę na Ziemi. Ten sam, ubrany w wielkie białe pantalony i fioletową pelerynkę. Leżał nieprzytomny, zupełnie nie zdając sobie sprawy, co właśnie miało miejsce. Wtedy Kakarotto sobie przypomniał, że jakiś czas temu, gdy znajdował się w ciele potwora, uwolnił z trzewi nie tylko swoich bliskich, ale i jego. On najwidoczniej wciąż tkwił w ciele pierwotnego demona.

Prawda była taka, że gdyby wtedy bestialscy ludzie nie zaatakowali Buu i jego nowego przyjaciela — Bee oraz Herculesa wojna z Majinem zostałaby zakończona. Człowiek zwany przez Ziemian czempionem pokazał demonowi, że można być dobrym, a życie nie polega jedynie na niszczeniu. Niestety wszystko potoczyło się inaczej i znaleźli się w tej, a nie innej sytuacji.

Teraz gdy twór czarnoksiężnika wyzwolił się z wszelkich pozytywnych cech, na powrót stał się czystym i niepohamowanym złem, o którym wspominał na początku Kaioshin. Wojownicy w momencie wyczuli te negatywne wibracje. Ich koniec stawał się realniejszy i na wyciągnięcie ręki. Jedyną osobą, która nie zdawała sobie z tego sprawy, był właśnie kędzierzawy Ziemianin.

Buu ze złowrogim uśmiechem ruszył wolnym krokiem ku mężczyźnie. Hercules, chociaż się bał, to nie chciał zostawić swojego jedynego przyjaciela na pastwę tego potwora. Pamiętał wiele dobrych chwil spędzonych z grubasem i wbrew pozorom polubił go. On jako jedyny akceptował Satana takim, jakim był naprawdę. On także jako pierwszy poznał drugą naturę demona — dobroć, która jak się później okazało pochodziła od kaioshińskiego boga światów, którego niegdyś pożarł.

Człowiek usunął się od swego kompana, tym samym odciągając potwora. Co rusz rzucał mu kąśliwymi zaczepkami, mając szczerą nadzieję, że wciąż znajduje się w jednym wielkim śnie. Śnie, z którego od dłuższego czasu usiłował się wybudzić. W końcu począł okładać stwora wszystkim, co miał. Niestety bezskutecznie. Nadszedł moment odwetu i Buu jednym precyzyjnym ciosem załatwił delikwenta. Satan oberwał dotkliwie w nos. Czuł chrupnięcie i zdawał sobie sprawę, iż było to złamanie. Nie mógł jednak pogodzić się z tym faktem. Jak we śnie mógł odczuwać ból? Katusze tak potężne, że wił się na ziemi niczym poparzona zwierzyna, tym samym oddalając się od sprawcy.

Nie ucząc się na błędach, Hercules ponownie drwi sobie ze zła, jakie stanęło mu na drodze. To był człowiek, który nigdy nie uczył się na błędach. Albo zwyczajnie był w czepku urodzonym. Jedno nie wykluczało drugiego. Bez względu na to, co sobie myślał, Buu nie zamierzał mu darować żadnego wypowiedzianego oszczerstwa. Może sam nie mówił, za to był bardzo wymowny w czynach. I ostatecznym aktem miał zamiar zamknąć usta heretyka na wieki.

Ostateczny cios został przerwany złocistym pociskiem, który jak się okazało, należał do grubego demona. Wstawił się on za Satanem jak na prawdziwego przyjaciela przystało. Widać było, że nauki Czempiona nie poszły w las. Majinowie ruszyli na siebie niczym wściekłe psy. Który był silniejszy? Wszyscy wiedzieli, nawet jeśli w danej chwili nie było tego widać. Brak ograniczeń, jakie w sobie miał mały Buu, nie były w stanie go przed niczym zatrzymać. Zabić go niestety nikt nie potrafił.

— Długo jeszcze? — zagaił Kenzuran do Gokū. — Ten grubas długo z nim nie wytrzyma. Zdajesz sobie z tego sprawę?

— Oczywiście, ale jest pewien problem... — żachnął się Saiyanin. — Moja moc nie rośnie, a wręcz maleje.

Saiyanin stanął jak wryty. Nie takiej odpowiedzi oczekiwał. Po chwili aura męża Chi-Chi zamigotała i zgasła, pozostawiając wojownika w beznadziejnej pozycji. Jego transformacja przepadła. Wszystko było nie tak. Mieli co najwyżej kilka-kilkanaście minut na podjęcie jakieś decyzji nim rozpęta się ostateczne piekło.


Kenzuran bał się tej chwili od dawna. Wiedział, że w końcu go dopadnie widmo, ale nie spodziewał się, że nastąpi to już wkrótce. Liczył bowiem na łut szczęścia. Czy znalezienie księżniczki i zabranie jej ze sobą było takie trudne? Gdy w głowie układał sobie ten plan, wszystko wydawało się tak proste, jak klaskanie w dłonie. Nie planował wizyty w świecie, w którym grasował potworny Majin.

Westchnął ciężko. Obserwował balonową potyczkę ze sporą uwagą. Musiał mieć się na baczności. Konieczna była ręka na pulsie. Zostali już tylko oni dwaj, a ten drugi nie nadawał się nawet do walki. Cokolwiek by się nie działo byli na przegranej pozycji i doskonale zdawał sobie z tego sprawę.

Zamknął oczy, wsłuchując się na chwilę w bicie swego serca. Potrzebował jakiegoś dobrego planu. Takiego, który wypali i który nie narazi jego ani tego świata na wizytę Towy i jej przydupasa Miry. W oddali niosły się odgłosy walki. Zaczął się i w nie zasłuchiwać próbując przy tym odtworzyć sobie ten sądny dzień. Już tutaj był. Walczył na tej samej planecie o przetrwanie. Różnica polegała na tym, że ich walka z Buu była okraszona diaboliczną energią, podstępnej demonicy Towy — siostry Dābury. To była już przeszłość i nie zamierzał ponownie przez to przechodzić.

— Boże światów! Słyszycie mnie?! — krzyknął nagle w eter. — Odpowiedzcie!

Na jego szczęście Kaioshini bez ustanku śledzili ich poczynania. Odpowiedzieli także na wezwanie. Mężczyzna pokrótce przedstawił im swój misterny plan, który miał polegać na szybkim zebraniu smoczych kul znajdujących się na Nowej Namek. W jego świecie się udało, to dlaczego nie miałoby powieść się im tutaj? Wszystko miało być jedynie dobrze zorganizowane.

— Dende, gdy będziecie na miejscu, wezwijcie Porungę! — instruował z powagą. — Odtwórzcie na nowo Ziemię i wskrzeście wszystkie ofiary od pojawienia się Babidiego.

Gokū z zainteresowaniem przysłuchiwał się monologu pobratymca. Był nie tyle zaaferowany samym pomysłem ile jego łbem na karku. Wyobraził sobie, że na nowo zbierają drużynę i kolejny raz próbują przeciwstawić się złu. W pełnej drużynie zawsze mieli więcej szans. Bo po co mieliby wskrzeszać wszystkich, jeżeli walka wciąż trwała? 

— Co planujesz? Ściągniemy Piccolo, Gohana i dzieciaki tutaj? — zapytał z niemałą ekscytacją.

— Ależ skąd! — Wojownika aż zmierziło. — Potrzebujemy energii wszystkich ludzi do Gengi Damy. Jak inaczej chcesz pozbyć się Buu?

— Gengi Damy? — Gokū wyraźnie był zbity z tropu.

— Zrobiliście już wszystko, co było możliwe, a Buu wciąż powraca jak przeklęty wrzód na dupie — warknął, zaciskając pięść. — To wasza ostateczna szansa. Popatrz na to, co się tutaj dzieje. Jeden wielki chaos, którego nie sposób opanować.

W świecie Kenzurana było jeszcze gorzej. Towa szalała ze swoimi demonicznymi mocami, podkręcając nienawiść w przeciwnikach. Buu był niepokonany, a Vegeta zniewolony we wspomnienia, których najprawdopodobniej nigdy nie było. I to właśnie go tutaj przywiało — utracona siostra księcia. Trafił na zupełnie inną.

— Spójrz. Zostaliśmy pokonani. Ty sam ledwo się trzymasz, a ja samodzielnie nie jestem w stanie zlikwidować tego drania — Nie jestem dużo silniejszy od ciebie. Trzeci poziom nie trwa wiecznie, a Buu owszem. Mogę zatrzymać go na czas zbierania energii do duchowej bomby, może nie wystawię się łamaczom na tacy. Inaczej wszyscy zginiemy.

Son Gokū przytaknął z pełną powagą. Kenzuran miał rację. Wszyscy polegli. Księżniczka leżała na uboczu pokiereszowana tak mocno, że bez uzdrowiciela nie miała szans. Gdzieś dalej, w kraterze spoczywało pokonane ciało martwego księcia, który jakby spróbował kolejny raz coś sobie udowodnić, przepadłby na zawsze. On sam ledwo trzymał się na nogach. Nie było mowy o kolejnej potyczce. Gruby Buu? Jak dobrze pójdzie, wytrzyma jeszcze z kilkanaście minut, nim zły Buu zje go ponownie. O Herculesie nie trzeba było nawet wspominać. Jego obecność na planecie bogów była jedynie nieśmiesznym żartem. Ostatnia nadzieja pozostawała w tajemniczym przybyszu.

W międzyczasie Dende z bóstwami przenieśli się na Nową Namek gdzie wezwali wielkiego Namekańskiego Smoka. Wszechmogący poprosił o odtworzenie Ziemi, a następnie o zwrócenie życia wszystkim dobrym ludziom, którzy zginęli od dnia, w którym pojawił się Babidi. Mieli szczęście, że Najstarszy zniwelował ograniczenia Porungi, jakim było ożywienie jednej osoby na raz. Po incydencie z Freezerem woleli być przezorniejsi.

Kenzuran zacisnął obie pięści, spoglądając z determinacją na obrońcę ziemian. Wszystko było w jego rękach. Wezbrał w sobie moc, jednocześnie utwardzając każdy, choćby najmniejszy mięsień. Czas było wziąć się do pracy i przede wszystkim nie spartolić jej. Zadanie wydawało się proste. Ale czy takie było naprawdę? Wiedział to tylko on.

Son zastanawiał się jak zabrać się do pracy. Nie mógł przecież pobrać energii od Ziemian, jeśli nie był w stanie się z nimi porozumieć. Samą energią od wszechświata nie był w stanie stworzyć wystarczającej kuli energii, jak to uczył go kiedyś Wielki Kaito.

Książę otworzył oczy. Wciąż go wszystko bolało, ale czuł się zupełnie inaczej, lepiej. Wykaraskał się z krateru, który najprawdopodobniej miał być jego grobem i dostrzegł, że walka toczy się dalej. Saiyanin z przyszłości wziął na siebie stwora. Przetransportował się z ostrożna do pobratymca przyglądającego się całej walce. Musiał wiedzieć, czy mieli jakiś plan.

— Vegeta, spójrz na siebie! — zawołał z entuzjazmem syn Bardocka. — Porunga wrócił ci życie!

Saiyaninem wstrząsnęło. Spojrzał najpierw na swe dłonie, które miał okute w niegdyś białe rękawice, teraz poszarpane od nadmiaru walki, a następnie w górę. Wyciągnął ręce w górę, jakby chciał złapać swoją aureolę. Chociaż jej nie dostrzegał, to czuł, iż jej nie było. Zdumiony wpatrywał się ku niebu. Co go ominęło? Spojrzał pytająco na przyjaciela.

— Kenzuran prosił Namekańskiego smoka o przywrócenie życia ludziom i odbudowę Ziemi — wyjaśnił naprędce młodszy z Saiyan.

— Ale?

— Wymyślił, byśmy użyli Duchowej Bomby do pokonania Buu, ale nie mam pojęcia, jak mam się za to zabrać. Nie potrafię porozumiewać się z ludźmi na takie odległości.

— A bogowie? Czy bogowie potrafią to zrobić? 

Niestety ani stary Kaioshin, ani Bóg Światów nie potrafili posługiwać się taką magią, jaka niegdyś uraczył Ziemię sam czarnoksiężnik. I wtedy z pomocą przyszedł im sam Północny Król Światów. On potrafił komunikować się jak świat długi i szeroki, z kim tylko chciał. Mówił, że umożliwiają mu to jego długie, czarne czułki.

Vegeta powziął sobie za zadanie prosić wszystkich ludzi o oddanie swej energii do uratowania wszechświata. Uważał bowiem, że mieszkańcy planety choć raz winni przyczynić się do jej ocalenia. Wiecznie tylko niewdzięcznie wracali do życia bez jakichkolwiek refleksji.  Dziś nadszedł dzień zapłaty. Poczuwał się do tego obowiązku ze względu na to, że odzyskał życie, na które nie zasługiwał. Nie tak dawno pozwolił się opętać mrocznemu magowi, by móc stoczyć walkę ze swym największym rywalem. Później pozabijał niczego winnych widzów na arenie Tenka-ichi. Chociaż w ten sposób mógł zadośćuczynić swym występkom.

Gokū wyskoczył ku niebu, szykując się do zgromadzenia niezbędnej siły witalnej, wyciągając przy tym ręce ku niebu. Vegeta wygłosił poruszającą przemowę, a w chwilę potem jak za dotknięciem różdżki pojawiła się sporych rozmiarów eteryczna kula. To był pierwszy krok do zwycięstwa. Musiał być. Nic więcej im nie pozostało. Teraz nie mogli się poddać.

30 grudnia 2024

*110. Niezachwiana determinacja

 Muzyka

Nadszedł ten moment, w którym prawdopodobnie wszystko miało się rozstrzygnąć. Czy mieliśmy szansę na wygraną? Ciężko było stwierdzić, a nawet wiara w sukces była abstrakcją.

W czasie Gdy Gokū szykował się do walki, bogowie za naszą namową przetransportowali się gdzieś daleko stąd. Nie tylko mogli oglądnąć widowisko ze szklanej kuli, ale też przeżyć. Może i nas ocalić, jeśli znajdą sposób? Ochranianie kilku dodatkowych tyłków było problematyczne. Ich zniknięcie ułatwiało nam zadanie.

Buu spał. Było to zadziwiające i poniżające wobec wojownika, który miał z nim walczyć na śmierć, ale taki właśnie był. Teraz gdy odzyskał pierwotną, dziecięcą formę było zrozumiałe, dlaczego zachowywał się tak, a nie inaczej. Son Gokū przez jakiś czas obserwował, aż w końcu puściły mu nerwy, tak przynajmniej wywnioskowałam z jego nagłego skoku mocy.

Usiadłam na soczystej trawie. Chciałam ostatni raz nacieszyć się błahymi rzeczami. Za chwilę miało stać się wszystko. Szalejąca aura obudziła demonicznego stwora, który wyraził swoje... niezadowolenie? Począł on walić pięściami w pierś z okrzykiem dzikiego zwierzęcia. Gdybym nie usiadła wcześniej, teraz bym to uczyniła — z wrażenia.

— Co on do cholery robi? - wybałuszyłam oczy.

— Mnie nie pytaj — burknął książę, ciaśniej zakładając ręce na piersi.

Przemianowanie swego ciała w bęben sprawiało, że ku górze unosił się pył. Czy taki był cel Majina? Kto to wiedział? Gokū z każdą sekundą robił się niespokojny. Czułam, jak jego aura rośnie, a za chwilę pojawiają się pojedyncze wyładowania elektryczne. Z daleka wyglądały jak drobne iskierki, połyskujące słońce na tafli wody. Nie wytrzymał. Z prędkością światła znalazł się nad głową baloniastego, by dosłownie wbić się w niego prawą nogą. Zniknęła w jego twarzy jak w ruchomych piaskach. Buu nic sobie z tego nie zrobił! Wszyscy widzieliśmy, jak wrócił do swojego poprzedniego zajęcia — bębnienia. Rozsierdzony Kakarotto nie dał się w nic wrobić i począł dalej atakować stwora. Ten nie reagował. Dopiero po pewnym czasie odpowiedział świetlistym pociskiem, który został ominięty bez problemu.

Saiyanin atakował z pełną pasją. Nie pozwalał przeciwnikowi na żaden ruch. Stąd wyglądało to bardzo dobrze. Prawda była zgoła inna; zwykły super Saiyanin nie miał najmniejszych szans z tą szkaradą. Był on po prostu zaskoczony, wyrwany ze snu. Najgorsze dopiero miało nadejść. A jednak oglądając tę wolę walki, serce sztucznie się radowało. To było czyste wmawianie sobie, że mamy szansę. Po prostu chcieliśmy ją mieć.

Po pierwszym wysadzeniu ciała Buu wziął się do roboty; skończył przyjmować tylko ataki. Momentami wyglądało, jakby walczyli ramię w ramię, by w kolejnej chwili zamienić wszystko na pokaz fajerwerków rodem z zagrody dla najmłodszych. Nawet szalejące nieopodal ogniste wybuchy nie sprawiły, by Vegeta poruszył się choćby o milimetr. Możliwe, że był zły. Jednak to on podjął decyzję o odstawieniu broni. To jemu najbardziej zależało, bym sama nie brała udziału w tej cholernie nierównej walce. Siedzenie na ławce rezerwowych najwyraźniej było dotkliwsze, niż mu się wydawało.

Saiyanin się nie poddawał. Bez względu na to, czy obrywał, czy sam dawał wielomilionowemu dzieciakowi łomot, wciąż utrzymywał gardę. Na pewno źle się czuł, z tym że zaraz po uratowaniu dzieciaków je stracił, a wcześniej pozwolił im walczyć, kiedy jeszcze miał okazję go pokonać. Może nie byłam pewna do końca, ale wydawało mi się, że z grubym Majinem miał szansę wygrać. Nie od razu, ale jednak. Teraz usiłował naprawić swój błąd. Tak się kończy odkładanie broni, gdy inni nie są gotowi zająć miejsce jako następca.

Ostatecznie Buu przechytrzył przeciwnika, posyłając go w skalisty klif. Sam usadowił się na jego szczycie i wrócił do uprzednio przerwanej czynności — bębnienia w klatę. Czy zostaliśmy zamknięci w jakimś chorym śnie? Nawet mina Vegety mówiła, iż był zaskoczony. Kenzuran w ciszy siedział kilkanaście kroków dalej z uwagą i w milczeniu obserwując poczynania pobratymca.

To był ostatni moment sielanki. Po tym incydencie Gokū się wkurzył, a Buu postanowił poważniej podchodzić do sytuacji. W momencie ziemia poczęła pękać i się przesuwać. Zerwałam się na nogi. Ich siła diametralnie wzrosła. Poczułam się jak wtedy, gdy Vegetto walczył na Ziemi. Sielanka się skończyła.

Majin kolejny raz stworzył potężną różową sferę, tym samym przypominając nam, jak bardzo nie mamy z nim szans. Syn Bardocka nie chciał powtarzać tej samej historii po raz enty, wystrzeliwując pocisk niwelujący. Niestety został on wchłonięty, a monstrum, które tworzyło w gumiastych łapach, diametralnie urosło. Na samą myśl, że nie mamy już dokąd uciec, pobladłam. Najwyraźniej nie dało się go w żaden sposób pokonać. Zawsze nas wyprzedzał, nawet kiedy myśleliśmy, że jesteśmy kilka kroków przed nim. Jak taki idiota był w stanie tego wszystkiego dokonać? Ostatecznie Son nie dopuścił do najgorszego; przechwycił sferę, a następnie wyrzucił ją daleko przed siebie.

Szczęście nie trwało długo, zaledwie ułamki sekund. Pocisk wrócił i jak grom runął prosto w Saiyanina. Mężczyzna uniknął śmiertelnego zagrożenia, a różowy laser wszedł w ziemię jak w masło. Przez chwilę wyglądało na to, że jest po wszystkim. Było to złudne uczucie, które przepadło wraz ze zmianą koloru w otoczeniu. Błękitne niebo zaróżowiło się, a trawa poszarzała. W jakim stopniu było to możliwe, zaparłam się nogami o i tak już spękaną glebę wciąż porośniętą iście zieloną trawą.

Wszystko zadrżało. Niebiosa kolejny raz zmieniły zabarwienie, tym razem czarne jak noc. Znikąd pojawiły się wyładowania elektryczne, jakby sama atmosfera walczyła z nami wszystkimi. Krzyknęłam nie tyle z przerażenia ile z zaskoczenia. Nie tylko atmosfera, ale i sama planeta postanowiła podnieść rękawicę i stoczyć ostateczną walkę. Złociste pioruny szalały, a my jako obserwatorzy nie mogliśmy stać w miejscu, gdy sam eter z nami usiłował wszcząć chryję. Ziemia nie dawała rady, co oznaczało, że sfera ostatecznie nie wybuchła, a wciąż zbierała swe żniwa.

— Uciekajmy! — wrzasnęłam.

— Niby dokąd? — burknął z pogardą Vegeta.

Nie wiedziałam gdzie. Nie potrafiłam odpowiedzieć mu na pytanie. To był odruch. Nie chciałam tutaj umierać i tylko to się teraz liczyło. Nikogo nie było już poza nami, garstką wojowników, którzy powoli mogli stwierdzić, iż stali się nędzarzami. Planeta Bogów nie tylko się rozsypywała, ale i utworzyła lej, który miał zamiar pochłonąć wszystko na swej drodze. W jednej chwili widziałam, jak powstaje gigantyczny otwór, jakby kapsuła kosmiczna wylądowała poza lądowiskiem, a w kolejnej wznoszące się pojedyncze skalne iglice. Sama na jednej stałam, z trudem utrzymując równowagę. Wszystko było tak bardzo nie tak, a Buu jeszcze nie posunął się do ostateczności, jakim było utworzenie wyrwy międzywymiarowej.

Gdy trzęsienie ziemi ustało, wspięłam się na jedną z wyższych wyrw skalnych, by paść plackiem. Skłamałabym, gdybym powiedziała, że się nie bałam. W głowie dzwonił potężny alarm, jakoby wszystko miało zaraz przestać istnieć. Stary Kaioshin mówił prawdę, ta planeta była w stanie przetrwać naprawdę wiele. Błękitna Planeta, na której mieszkaliśmy, już dawno rozsypałaby się w kosmiczny pył.

— Wszyscy cali? — zapytał Kenzuran, który był oddalony kilkanaście metrów ode mnie.

Zaraz usłyszałam osuwanie się głazów i popędziłam wzrokiem w tym kierunku. Vegeta wygramolił się, machnął ręką, co najprawdopodobniej miało oznaczać „ok”. Dostrzegłam kilka zadrapań na jego ramionach. Sama nie wyglądałam lepiej. Nie byliśmy przygotowani na tamten wybuch energii w głębi globu. Nawet przeszło mi przez myśl, że lepiej byłoby wybrać się z bogami w bezpieczniejsze miejsce.

Przebiegł mnie dreszcz, a zmysły zaczęły szaleć. To była KI Gokū. Buu musiał go poważnie rozwścieczyć. Wcale się nie dziwiłam, bawił się z nim. Był on w końcu jak nieokiełznane, diaboliczne dziecko. Powietrze zgęstniało nawet tutaj. Oznaczało to tylko jedno — przemianę ostateczną. Czas było na walkę końcową. Dość podchodów, koniec sprawdzania.

Saiyanin prezentował się po mistrzowsku. Od jego energii nogi same się uginały. Nie miał on porównania z Vegetto, ale o nim mogłam już zapomnieć. Ani jeden, ani drugi wojownik nie miał zamiaru na ponowne połączenie. Zgadywałam, iż nie chcieli zmarnować szansy, jaką było rozdzielenie się. Prawdopodobnie umożliwiło im to środowisko wewnątrz Majina. Nikt nie planował kolejnej wędrówki, w głąb potwora.

Buu nie robił sobie nic z pokazu. Nie ruszały go wyładowania elektryczne, gęstniejąca aura. Był tak piekielnie potężny, że wypadaliśmy przy nim jak pchły. Jak zatem mieliśmy go pokonać? Wszystkie narzędzia przepadły, nasze okazje przeleciały przez palce, a jedyne co nam pozostało to bić się w pierś za idiotyczne postępowanie.

Bez względu jak bardzo się starał, demon był o kilka kroków przed nim. Zwinął się w kulę, tak samo, jak wtedy, gdy zniszczył podniebny pałac. Teraz również nie szczędził planety, tworzył wszędzie dziury, nie bacząc czy atakuje swojego przeciwnika, czy przelatuje pod naszymi stopami. Obserwatorzy czy nie, musieliśmy mieć się na baczności, jeśli nie chcieliśmy oberwać. Nawet najsilniejsza technika nie mogła dać rady bestii. Miliony maleńkich Buu rozszalało się, wystrzeliwując neonowe pociski wszędzie, gdzie tylko chciały. Nikt nie był bezpieczny.

Planeta bogów drżała pod naporem niekończącej się złej energii. Ostatecznie Gokū stracił swą szansę na cokolwiek. Jego moc się skończyła, a naszym oczom ukazał się poturbowany i mocno zmęczony Saiyanin. To było jak kubeł lodowatej wody. Chwilę po tym zemdlał.

— Kakarotto! — zawołał z przejęciem mój brat.

— Nie, nie, nie nie, nie... — powtarzałam jak mantrę, z niedowierzaniem kręcąc przy tym głową.

Upadłam na kolana, zastanawiając się, co teraz będzie. Nie tak miało się to skończyć. W nim zawsze wszyscy pokładali największe nadzieje. Nie był bystrym Saiyaninem wśród Ziemian, ale na walce znał się jak nikt inny. Gohana z nami także nie było. Czy miałam podjąć się kolejnej rundy z tym potworem? Na samą myśl ogarniała mnie trwoga. Wciąż miałam przed oczami niedawne wspomnienia, a w ustach zanikający dech. Ze strachu zapominałam oddychać.

Vegeta zareagował momentalnie. Ruszył ku kompanowi, a ja odruchowo za nim zawołałam. Bałam się o jego życie, nawet kiedy był martwy. Jeśli by przegrał... Wymazanie go ze świata byłoby najgorszą rzeczą, jaka by mnie spotkała. Chciałam się zerwać, ale przybysz z przyszłości położył swą dłoń na mym ramieniu. Spojrzałam na nią, dostrzegając uszkodzony pancerz. Odnalazłam kontury twarzy mężczyzny, nie kryjąc swojego zdenerwowania i ogromnej obawy, która kiełkowała w sercu.

— Pozwól mu działać. I na ciebie przyjdzie pora.

— Nie mogę pozwolić mu przestać istnieć — jęknęłam z wyrzutem.

— Przybyłem tutaj by uratować księcia Vegetę, nie by go wymazać — rzekł spokojnie. — Kiedy będzie cię potrzebować, będziesz wiedziała. Jesteś jego siostrą. Prawda?

Przytaknęłam niechętnie. Nawet on nie wcinał się w walkę Gokū. Wiedziałam, że prosi go o zamianę. Chciał go ratować, dać mu chwilę odpoczynku. Saiyański honor wojownika nie pozwalał odbierać nikomu pola zwarcia. Takie były zasady. Ja byłam zbyt emocjonalna, by sobie na to pozwolić. Za wiele razy widziałam czyjąś śmierć, by teraz beztrosko oglądać, jak bliska sercu osoba przegrywa. Nie tak dawno byłam zmuszona uciekać, zamiast trwać przy bracie. Miałam wtedy do wyboru: Zginąć z nim lub przetrwać. W nosie miałam taką dumę. Pozostało mi jedynie z duszą na ramieniu obserwować. I być gotową. Musiałam.


Książę od razu przeszedł do rzeczy. Z każdego miniaturowego Buu zrobił sobie tarczę. Strzelał pociskami niczym bestia, ale to nie powstrzymało Majina przed tym, by go oblepić z każdej możliwej strony swoimi kopiami. Dosłownie jak muchy! Odepchnął wszystko, ale później było tylko gorzej. Będąc w bazowej formie, nie miał najmniejszych szans. Niestety ekspresowe ataki nie pozwalały mu na transformacje. Buu był piekielnie szybki i jednocześnie bezwzględny. Drżałam jak liść, obserwując każdą milisekundę. Dlaczego się nie przemieniał?

Różowy demon nic sobie nie robił z ataków. Odnawiał się z każdą utratą kończyny, nabijał się i lekceważył. Ostatecznie wyciągnął cięższą artylerię i posłał mężczyznę na łopatki. Poturbowany Saiyanin wbił się w skały. Przegrywał. Majin podleciał do niego, tak by ich twarze się spotkały. Nie miałam pojęcia czy o czymś rozmawiali, ale jednego byłam pewna — to był koniec. 

Zaraz jak tylko Buu się odsunął od przegranego, poczułam, jak jego KI rośnie. To był impuls. Nie mogłam stać bezczynnie. Odpaliłam pierwszy poziom mocy zupełnie instynktownie i ruszyłam bratu na ratunek. Kenzuran był słowny. Dziękowałam mu w duchu, że pozwolił mi ocalić ostatnią dla mnie ważną osobę. Wielokrotnie powstrzymywał mnie, twierdząc, iż tak trzeba, taka jest linia czasowa. Nie ingeruj, bo nie warto, jeszcze coś zepsujesz... Ale teraz... Teraz było tak, jak by go nie było. Nikt nie stał mi na drodze. Liczyło się tylko, to by nikt nie wymazał egzystencji Vegety.

Gnałam jak szalona, byleby zdążyć. Buu kumulował w dłoniach coraz większy pocisk, diabolicznie się przy tym zaśmiewając. Musiałam przyspieszyć. Spięłam mięśnie, wciąż pędząc do celu. Przemiana na wyższy level pozwoliła mi osiągnąć prędkość doskonałą. Natarłam na potwora z lewej, uderzając go w głowę własnym czołem. Uderzenie było potężne, ale właśnie potrzebowałam zaskoczenia. Gdy Buu został wyrzucony pod naporem siły powstała między nami przerwa. Korzystając z okazji, wystrzeliłam promień, by jeszcze bardziej go odsunąć od przegranego.

— Jesteś cały? — krzyknęłam z troską. — Było blisko.

Książę odkaszlnął. Nie spojrzałam na niego, nie było czasu. Musiałam obserwować przeciwnika. Kogo jak kogo, ale jego nie wolno było spuścić z oczu. Przekonałam się o tym wielokrotnie. Jedyny plus był taki, że bez umysłu Szatana był bardziej chaotyczny, mniej kombinował. Jako niepohamowany dzieciak nie zastanawiał się nad tym, co robić. Jak pomyślał, tak czynił. I wszystko traktował jak świetną zabawę. Szkoda, że nie wiedzieliśmy wcześniej o jego najgorszej postaci.

— Wybacz bracie, ale muszę przejąć pałeczkę — spojrzałam na niego kontem oka, ledwo dostrzegłam jego kontury. — Nie mogę pozwolić, byś przestał istnieć.

Usłyszałam jedynie cichy pomruk. Nie mogłam być pewna czy to oznaka niezadowolenia, czy jednak przyznanie mi racji. Jeśli chciał kiedykolwiek wrócić do życia, musiał to zrozumieć. Póki istniał cień szansy na wygraną, nie mogłam mu pozwolić na wymazanie. Tylko... Nie było żadnych szans. Po prostu. Oszukiwałam siebie, ale co mi pozostało? Książę nie miał szans, Gokū leżał praktycznie nieprzytomny. Byłam tylko ja — ostatni wojownik tego świata.

— Uciekaj stąd. Sprawdź co z Kakarotto — rzekłam z powagą. — Zrobię co w mej mocy, by kupić mu jak najwięcej czasu. Nie możemy przegrać.

— Nie daj się zabić i uważaj — kaszlnął. — Jest piekielnie szybki.

Nie czekając już na nic, rozpostarłam ręce, a następnie poczęłam tworzyć w nich sfery. Zaraz przeniosłam je do przodu, celując prosto we wroga. Wystrzeliłam potężną wiązką. Buu szybko się zreflektował — zmienił wygląd ciała. Prezentował się niczym wielki spadochron. Mój pocisk przebił się przez jego rozciągnięty brzuch. Warknęłam, ponawiając skumulowany atak. Irytowała mnie jego postawa. Teraz rozumiałam, dlaczego Vegeta był tak bardzo impulsywny. Oglądać to zachowanie, a być częścią przedstawienia to zupełnie co innego.

Spięłam mięśnie, nacierając na przeciwnika. Waliłam pięściami niemal na oślep. Rozjuszona robiłam wszystko, by jedynie co Buu mógł uczynić to obrona. Doskonale zdawałam sobie sprawę z jego siły. Pamiętałam, jak mnie potraktował i liczyłam na to, że nie stanie się to ponownie. Majin był teraz inny. Zdecydowanie szybszy, groźniejszy i nieprzewidywalny.

Nasze twarze się spotkały. Jego czarne gałki oczne i krwistoczerwone tęczówki były jak czyste szaleństwo. Mroczne szaleństwo. Uśmiechnął się szeroko, a ja w pierwszej chwili byłam zdumiona, by w następnej pojąć, że trzeba uważać. Było niestety za późno. Moja reakcja wystąpiła jedynie w głowie w postaci czerwonej flagi. Demon w ułamku sekundy stworzył ogromną kulę, tym samym parząc mój brzuch, którego nie okrywał pancerz. Pocisk odrzucił mnie w tył. Wylądowałam w skale. Kto wie? Może w tej samej co nie tak dawno Vegeta?

Chwilę zajęło mi dojście do siebie. To był błąd; Buu nie czekał i atakował. Kilkanaście różowych, świetlistych kul gnało prosto na mnie. Nim zdążyłam wykaraskać się ze skał, artyleria w postaci KI mnie dosięgnęła. Nie zdążyłam w pełni stworzyć bariery, co poważnie zraniło skórę. Ostatecznie wykaraskałam się spod skał. Przy tym potworze nie było czasu myśleć, a działać. Musiałam wyłączyć mózg i skupić się na zmysłach. Tylko tak miałam szansę wytrwać, chociaż kilkanaście minut.

Jak pomyślałam, tak też uczyniłam. Skupiłam się na aurze bestii, starając się polegać jedynie na instynktach. Pilnowałam też, by utrzymać dystans. Z daleka miałam większą szansę na utrzymanie gardy. Z bliska... Cóż, Vegeta skończył jak worek treningowy. Nie mogłam popełnić tego samego błędu. Nie byłam też synem Bardocka.

Bez względu jak mocno się starałam, jak szybka próbowałam być, Buu zawsze deptał mi po piętach. Nie dbał o to, czy go trafię, byleby on dosięgnął mnie. Był zupełnie inny od tego, z którym wcześniej przyszło mi walczyć. Bawił się ze mną i nie interesowało go czy trafi mnie, czy kamień obok. Liczyła się świetna zabawa, do której należało też zgniatanie mnie ciężkimi głazami.

Czas mijał, a ja czułam, jak słabnę. Ten cholerny drań nie pozwalał mi nawet wyciągnąć ciężkiej artylerii! Ilekroć usiłowałam stworzyć śmiercionośną kulę, ten dosięgał mnie swoimi energetycznymi technikami, a pocisk, którego potrzebowałam, był bardzo wymagający. Gdybym tylko dostała nieco czasu. Tego akurat nie mogłam oczekiwać.

Kolejna próba stworzenia najpotężniejszej techniki Freezera skończyła się fiaskiem. Buu złapał mnie niepostrzeżenie za nogę, a następnie wepchnął w czeluści spękanej planety. Padłam jak długa, przygryzając sobie język. Krew w momencie wypełniła usta. Zakrztusiłam się. Wypluwając szkarłatną krew, odkaszlnęłam jeszcze kilka razy. Zaciskając pięści, wściekle łypnęłam na przeciwnika. On w ogóle nie przypomniał tamtego Buu. Był oazą spokoju, która doskonale zdawała sobie sprawę ze swej potęgi. Domyślałam się, że tego diabła nie dało się w ten sam sposób wyprowadzić z równowagi. To w jakiś sposób było nawet lepsze — nie groziło nam wchłonięcie międzywymiarowe.

Przemyślenia kolejny raz mnie zgubiły. Nie zauważyłam, kiedy wróg ruszył do ataku. Na szczęście refleks zadziałam i od razu wyrzuciłam z dłoni czerwony promień. Majin eksplodował mi dosłownie przed twarzą. Wykaraskałam się z krateru, ciężko dysząc. Wypalałam się z energii. Różowy twór na nowo kumulował swoje cząsteczki, a ja coraz bardziej czułam, że nie daję rady. Miałam co najmniej kilka minut, nim stracę drugi poziom, a wtedy... Szkoda było marnować ten czas na rozmyślanie nad nieuniknionym.

Rozejrzałam się po okolicy. Vegeta i Gokū byli razem. Dostrzegłam, że ten młodszy siedzi. Chyba był nawet przytomny. Stąd ciężko było to wywnioskować, ale był to też dobry znak. Miałam nadzieję, że niebawem ojciec Gohana się pozbiera i kolejny raz ruszy do ataku. Potrzebował tylko nieco odpocząć. Trzecia przemiana zabierała sporo, a my do wygranej potrzebowaliśmy jeszcze więcej.

Twór Bibidiego zdążył się zregenerować. Począł odstawiać swój już znany nam taniec brzucha, którego nikt nie byłby w stanie powtórzyć. Wkurzała mnie jego arogancka postawa, ale nic więcej nie mogłam uczynić. Wzięłam oczyszczający wdech i powoli wypuściłam powietrze, przymykając powieki. Cokolwiek się wydarzy, musiałam dać z siebie sto procent. Wszyscy na mnie liczyli. Ja na siebie liczyłam! Moja aura eksplodowała. Wyładowania energetyczne jeszcze gęściej spowiły ciało. Czas było zrobić to, w czym byłam najlepsza.

— Spróbuj mnie powstrzymać, Buu! — ryknęłam, celując weń palcem.

Spotkaliśmy się w pół drogi. Tym razem pozwoliłam sobie na szybką wymianę ciosów. Korzystając w pełni ze swego potencjału, wreszcie nie czułam strachu. Panowałam nad każdą komórką ciała. jedyne czego mi brakowało to wypoczynku i porządnego posiłku. Gdybym miała to wszystko, byłabym zdecydowanie silniejsza i szybsza. To, co miałam, musiało wystarczyć. Czy miałam więc szansę, chociaż odrobinę go zmęczyć? Czy w ogóle dało się jego siłę wyczerpać?!

Szybka seria ciosów, masa uników, wiele bolesnych przyjęć. Mięśnie drżały, rany krwawiły, otarcia piekły. Oberwałam mocno w twarz. Policzek, który spuchł, a wraz z nim powieka utrudniało widzenie, ale nie zamierzałam się poddawać. Pojedynek się jeszcze nie zakończył. Póki byłam w stanie się podnieść, zamierzałam walczyć.

Z sekundy na sekundę nasze pole manewrowe zamieniało się w pogorzelisko. Jeszcze chwila i nie byłoby gdzie stanąć. Stary dziad mówił prawdę o królestwie bogów. Ta planeta była idealnym miejscem do takiej ekspresji KI.

Wzniosłam się wysoko, po czym poczęłam strzelać jak dzika pociskami. Vegeta w ten sposób wyładowywał gniew. Ja starałam się w tym czasie obmyślić jakiś plan. Był on bardzo nam potrzebny, a w mojej głowie panowała pustka. Nie miałam pojęcia jak rozegrać tę rundę. Ile jeszcze dam radę? Nad tym przedsięwzięciem nie musiałam się skupiać, więc gdy strzelałam niby bez opamiętania, marnując przy tym ogromne pokłady energii, obmyślałam strategię. Czy gdybym poprosiła Dendego o przywrócenie sił naszemu obrońcy Ziemi? Domyślałam się, że byliśmy obserwowani, ale czy podsłuchiwani? Musiałam jeszcze tylko wpaść na pomysł jak się skontaktować z naszym opiekunem.

Tumany kurzu powiększały się, a widoczność malała. Nie miałam nawet pojęcia czy dobrze celuję bądź co gorsza — czy Buu tam jeszcze był. Bez ostrzeżenia oberwałam w potylicę. Tyle, co zdążyłam pomyśleć... Gumiasty postanowił nie próżnować i przejąć stery. Nie zdążyłam się zatrzymać, a przyjęłam kolejny cios na plecy. Runęłam z potężnym hukiem. Nim zdążyłam podnieść się z gruzu, przyjęłam kilka palących pocisków. Wrzasnęłam w bólach. Ten drań postanowił się odegrać albo przyjął zasadę co ja, to i on. Niech cię szlag, Buu!

Udało mi się stworzyć barierę między wystrzałami. Słabą, bo słabą, ale ważne, że mogłam wykaraskać się z pogłębiającego się pogorzeliska. Wypuściłam powietrze, czując jak pali mnie krtań. Nie było czasu na użalanie się nad sobą. Majin wreszcie mógł odkryć, że mnie nie ma tam, gdzie być powinnam. Jeszcze ze dwa szybkie wdechy i poderwałam się na nogi. Od razu ruszyłam na wroga z bojowym okrzykiem. On jakby na to czekał. Posłał ku mnie swą rękę. Ciągnęła się niczym guma. Uskoczyłam. Nie ze mną takie numery!


Gnałam dalej, omijając przy tym i drugą rękę. Niestety nie zdołałam go dosięgnąć, gdyż ten począł gonić mnie tymi łapami, tworząc tu i ówdzie różowe serpentyny. W pewnym momencie zabrakło drogi ucieczki, różowe paluszki dosięgnęły mnie. Zasłoniłam odruchowo twarz. On jednak postanowił owinąć się wokół pasa, a następnie zwinąć się wokół mnie w kłębek. Gdy już byłam ciasno spętana, począł rzucać mną to na lewo, to na prawo. Od wstrząsów i pękających dookoła skał huczało mi w głowie. Zaciskałam mocno szczękę, usiłując przetrwać to potrząsanie. W tej chwili cieszyłam się, że mój żołądek był pusty. Kiedy wreszcie skończył się mną bawić, rzucił mną w ziemię, tym samym uwalniając z sideł.

Padłam jak długa, z trudem powstrzymując odruch wymiotny. Cały świat wirował. Prawdę mówiąc, wolałabym zostać tutaj i odpocząć, ale wiedziałam, że nie mogę sobie na to pozwolić. Buu jak zawsze pewny siebie odczekał, aż dojdę do siebie. Ten to był nieposkromiony. Sapnęłam, ociężale podnosząc się do siadu.

— Nie pokonam cię, wiem o tym — odkaszlnęłam z uśmiechem na twarzy — ale jeśli mam zginąć to w walce. Nie poddam się Buu!

Podniosłam się powoli. Bolało mnie dosłownie wszystko. Złoty ogon cicho opadł, przylegając do lewej nogi. Nawet on był poraniony. Wypuściłam głośno powietrze, a uśmiech nie schodził mi z twarzy. Wystarczająco długo wytrwałam, by móc dać z siebie wszystko, a potem oddać walkę starszym i bardziej doświadczonym wojownikom. Najważniejsze, że działaliśmy razem. Niby osobno, ale jednak razem. Walczyliśmy i wspieraliśmy się wzajemnie, wiedząc, że inaczej się nie da. Dumę należał schować do kieszeni. Tu ważyły się losy całego naszego wszechświata, naszego czasu. Jeśli przegramy... Nikt tego nie przetrwa, nawet zaświaty. To było gorsze od wszystkiego. To nie była tylko przegrana czy śmierć. Miało nastąpić całkowite unicestwienie. Nikt nigdzie nie był bezpieczny.

Spojrzałam na swojego przeciwnika, mocno zadzierając głowę na nieboskłon. Gdybym mogła się na chwilę zatrzymać i poobserwować te wszystkie planety zdobiące fioletowy kres. Miałam nadzieję po wszystkim usiąść i tak właśnie uczynić. Położyć się na kępie zielonej trawy i podziwiać. Kochałam oglądać niebo nocą na dachu wielkiej kapsuły wraz z Gohanem. Wtedy wszystkie troski przepadały. Brakowało mi tego bardzo. Jeśli chciałam odzyskać, choć cząstkę starego życia musiałam postawić wszystko. Ostatni wdech i wydech.

Uniosłam ręce na wysokość bioder, zaciskając przy tym pięści. Spięłam mięśnie, tym samym je utwardzając. To była ta wiekopomna chwila, którą mógł jedynie podziwiać Vegeta, Gokū i Kenzuran. Księżniczka Saiyan miała zamiar pokazać klasę i udowodnić zebranym tu panom, że kobiety są równie silne co oni. W mych żyłach płynęła królewska krew!

Wezbrałam w sobie całą dostępną KI, na nowo okalając ciało złocistą aurą, której towarzyszyły potężne wyładowania. Może i wyglądało to imponująco, ale to nie było to. Nie taką reprezentowałam moc, ale musiało to wystarczyć. Byłam obita i zmęczona. Właśnie wykorzystywałam swoje ostatnie rezerwy.

Byłam gotowa. Ruszyłam z impetem na demona, nie szczędząc gardła. Miał nie wiedzieć, że lecę ku niemu z ostatnią szansą i jednocześnie przegraną. Pełne skupienie, zero zachwiania. Tylko ja i on.

Na początku wyglądało to epicko. Nacieraliśmy na siebie jak godni siebie, póki nie poczułam, jak diametralnie mój poziom spada. A uświadomił mnie w tym pierwszy gong w twarz, a następnie w głowę. Otrząsnęłam się  jednak bardzo szybko. Uskoczyłam w tył i ponownie naprałam do ataku. Starałam się w tym czasie nie myśleć i ponownie polegać na instynktach. 

Ciosy, uniki, pociski, a także refleks malały, aż wreszcie zostałam kolejny raz posłana na łopatki w odległy zakątek planety. Wszystko byłoby ok, gdyby nie nadciągająca fala uderzeniowa, która zaraz pogrzebała mnie żywcem. Byłam wściekła, że nie mam tyle energii, ile bym chciała. Tylko co mogłam zrobić? Nie potrafiłam się przemienić dalej. Nie miałam pojęcia czy byłam zwyczajnie za słaba, czy coś mnie blokowało. Nigdy nie zapytałam ani Kakarotto, ani też Kenzurana o to, jak im się to udało. W ogóle nie rozmawiałam z nimi, o czym powinnam w ubiegłym czasie. Gdybym mogła cofnąć czas, na pewno bym zapytała. Wtedy unosiłam się jedynie goryczą i żalem.

Przyparta do muru nie zamierzałam się poddawać. Odparłam naprędce pocisk, osmalając lewą rękę. Nie przewidziałam jakiej siły rażenia użyje. Zawyłam, a z oczu poleciały łzy. Właśnie straciłam jedną rękę do walki. Ale to nic w porównaniu z połamaną w dwóch miejscach w poprzednim starciu. Wtedy leżałam plackiem obita niemal do nieprzytomności i chociaż natenczas się podniosłam i wykrzesałam wole do walki, zostałam brutalnie sprowadzona na ziemię. Gdyby Ojciec pół Saiyaninów wtedy nie przybył... Nie mogłabym ponownie stanąć twarzą w twarz z potworem.

— Jeszcze nie przegrałam — wychrypiałam z goryczą. — Jeszcze nie przegrałam!

Ni stąd pojawił się przede mną nieposkromiony dzieciak. Szczerzył się w najlepsze, ale jego oczy zdradzały jakiś diaboliczny plan. Nie odezwał się i w końcu do mnie dotarło, że jak dotąd nie zabrał głosu ani razu. Był niemy? Dosłownie jak dzieciuch.

Nim jednak zdołałam uczynić cokolwiek, oberwałam najpierw serią w brzuch, a następnie mocno w twarz. Przed oczami wszystko pociemniało. Zupełnie jakbym straciła zmysł wzroku. W głowie mi szumiało, a nawet dzwoniło. Wszystko zawirowało, a potem... Chyba upadłam.


06 listopada 2024

*109. Królestwo bogów

Spoglądałam w kryształową kulę jak zahipnotyzowana. Potwór, który w niej szalał, był największym złem całego wszechświata, a my go wkurzyliśmy. Nie było naszą winą sprowadzenie tego potwora na Ziemię. Bogowie ukryli kulę z Buu właśnie tutaj. Znaleźliśmy się w nieodpowiednim miejscu i czasie. Zresztą jak zawsze. Saiyańska klątwa...

Hercules począł się śmiać jak szaleniec. Spojrzałam na niego z dezaprobatą. Najwyraźniej postradał zmysły. Dla kogoś takiego wszystko, co się tutaj działo było jak koszmar na jawie. Wpadł zupełnie przypadkiem w nadnaturalny świat, świat, który istniał, ale nigdy go nie dostrzegał. Nie chciał. A jednak czerpał z tego zyski i to niemałe. Był czempionem ludzkości za sprawą naszych rąk i dobrej woli. Na to ostatnie prychnęłam pod nosem.

Gość usiłował wmówić sobie miraże. Stwierdził, że skoro świat przestał istnieć, my latamy i posługujemy się dziwną magią, to on także może. Z szaleńczym śmiechem pobiegł przed siebie wprost na urwisko. Obserwowałam wszystko z grymasem chochlika. Jeżeli planował skoczyć i się połamać, musiałam znaleźć się na tej widowni. Bezapelacyjnie.

Mark Satan jak postanowił, tak też uczynił. Wyskoczył w przestworza niczym ptak, a potem z wrzaskiem upadł. Nawet jego pies miał go za wariata. Dende wstał i ruszył mu na pomoc jak to miał w zwyczaju. Chyba właśnie to zaważyło na wyborze nowego Wszechmogącego. Miał chłopak ogromnie złote serce. Nawet dla takich dwulicowych ludzi bez krzty poszanowania tych, który utrzymują go przy marnym życiu.

W międzyczasie Gokū i staruszek rozprawiali na temat naszego położenia. Przykro było słuchać, że nie mamy możliwości odtworzyć naszego domu, ani przywrócić życia poległym. Na pewno nie miało to sensu, kiedy ścigała nas krwiożercza guma balonowa. Cokolwiek by się nie działo, takie rzeczy powinniśmy byli odłożyć na dalszy plan. O ile w ogóle miało do niego kiedykolwiek dojść. Wkrótce miało się okazać czy podzielimy ich los.

Dende sprowadził na górę Ziemianina, który przysiadł na skarpie ze zbolałą miną. Kenzuran siedział pod drzewem, spoglądając w magiczną kulę, jakby szukał dobrego rozwiązania. Może lepszej drogi do pokonania zła? Rozumiałam, że ostatecznie nie chciał się wtrącać i zapewne czuł się postrzegany jako zawali noga. Może i był silny, może i jako tako znał naszego przeciwnika, ale ostatecznie nie należał do naszego świata i miał prawo w tym szaleństwie nie uczestniczyć. Czasami coś robił, byśmy nie dali się pozabijać, i chyba to powinno było nam to wystarczyć. Zawsze trzymał rękę na pulsie.

Kolejna planeta przestała istnieć. Mieliśmy parszywego pecha. Buu nie wiadomo jakim cudem opanował sztukę teleportacji. Ojciec Gohana opowiadał, że jemu zajęło to kupę czasu, a uczył się od twórców tej techniki. A on? Tak samo, jak Komórczak, pyk i gotowe. To było bardzo niesprawiedliwe. My musieliśmy zazwyczaj wiele lat poświęcać na doskonalenie. Czy to oznaczało, że łatwiej było być tym złym? Namekanin przykucnął na trawie, obserwując z wielkim smutkiem kolejne odrodzenie potwora. Jego myśli wyraźnie gdzieś błądziły. Chyba jak każdego tutaj.

— Chyba mam pomysł. Możemy wszystkich ocalić! — niespodziewanie się ożywił, zaciskając przy tym pięści. — Przecież mamy Smocze Kule! Na mojej rodzimej planecie, na Namek!

Spojrzałam na niego z zaciekawieniem, a zaraz zlustrowałam otoczenie. Gokū i Vegeta uśmiechnęli się z nadzieją, bogowie zaś wyrażali jedynie zdziwienie i zainteresowanie. Ja nie byłam pewna czy zacząć się cieszyć. Chciałam, bardzo, ale nic nie wiedziałam o Namek poza tym przepadła. Czy on tego nie wiedział?

— Będziemy mogli wszystkich wskrzesić i odtworzyć Ziemię! To się musi udać! — jego entuzjazm był zaraźliwy. — Na pewno Najstarszy nam pozwoli z nich skorzystać.

Uśmiechnęłam się pod nosem. Nie wszystko było stracone. Wciąż mieliśmy cień, szansy na zrobienie czegoś nim pokonamy Buu. Choć nie ukrywam, że wolałabym prosić smoka o uśmiercenie Majina. Nawet Vegeta był uradowany tą wiadomością. To było miłe zobaczyć w nim nadzieję. Pierwszy raz byłam świadkiem jego upadku, a także zwątpienia i ogromnego cierpienia. Większość tego samego, potwornego dnia. To się musiało po prostu udać. Mieliśmy nie tylko Gokū, ale i Kenzurana, którzy potrafili przemieszczać się na spore odległości.

— Ale... Dende... — mina obrońcy Ziemi spochmurniała.

To nie wróżyło niczego dobrego, prawda? Było za wcześnie na radość.

— Namek jest bardzo daleko stąd, a Namekanie nie są specjalnie silni — westchnął, tłumacząc. — Nie będę w stanie ich odnaleźć. Do tego nie posiadamy żadnego statku, by ktoś z nas mógł polecieć i odnaleźć Namek.

Vegeta warknął, a zielonoskóry zmarkotniał. Mnie także do wiwatu nie było. Okazja, choć realna niestety nie była na wyciągnięcie ręki. Westchnęłam ciężko, wracając spojrzeniem na poczynania różowego przekleństwa. Zacisnęłam pięść na źdźbłach trawy, próbując zachować spokój.

— Król Światów może to zrobić — zauważył przybysz z innego świata, przypominając innym o swojej obecności.

Wciąż siedział w cieniu drzewa z założonymi rękoma. Nie otworzył nawet oczu, za to wszystkie skierowały się na niego. Musiał to wyczuć, bo zaraz z wolna uniósł powieki.

— Tak, to prawda. Jestem Bogiem Światów i mogę teleportować się z Królestwa Bogów w dowolne miejsce w waszym świecie — przytaknął nieco speszony. — Nie wiem jednak, o czym rozprawiacie. Czym są Smocze Kule?

Dende z Son Gokū niemal zatańczyli z radości. Mnie wróciła nadzieja. Uśmiechnęłam się półgębkiem do Saiyańskiego kolegi. Był zawsze, wtedy kiedy powinien. Chyba miał u mnie szansę na polubienie go.

— Będziemy mogli przywrócić wszystkich, gdy już uporamy się z Buu! — nawet księciu udzieliła się wiara w lepsze jutro.

— Nie tak prędko — odezwał się najstarszy.

Minę miał nietęgą. Zresztą ktoś, kto wyglądał jak pomarszczona skórka pomarańczy, z wyłupiastymi oczami i paskudnym wąsikiem pod nosem nie mógł wyglądać lepiej. Jednak jego ton nie zwiastował dobrych wieści. I jak można było się domyślić, był bardzo oburzony naszymi zamiarami. Nie pozwalał bowiem na użycie artefaktów. Jego zdaniem tylko skromnie żyjący Namekanie mieli prawo do jakiegokolwiek życzenia. My jako banda roszczeniowych wojowników zdecydowanie do tej grupy nie należeliśmy. Na mej twarzy wykwitła mina mówiąca: A spróbuj nas staruszku powstrzymać.

— Wyluzuj staruszku — Gokū postanowił załagodzić sytuację.

Zbliżył się do niego, a potem zaczął coś szeptać do jego szpiczastych uszu. O czymkolwiek rozprawiał Saiyanin, musiało działać, bo Kaioshin zaczynał zmieniać wyraz twarzy na bardziej przyjacielski. Podniosłam się i przysunęłam bliżej Saiyańskiego przybysza.

— Teraz rozumiem, dlaczego byłeś taki spokojny, gdy tutaj dotarliśmy — rzekłam z lekkością. — Może i jesteś niezwykle tajemniczą osobą, ale głowę trzymasz na karku.

— To ma być komplement? — mruknął, wciąż utrzymując swoją skorupę obojętności.

— Yyyy... właściwie — zbył mnie z pantałyku — tak, to chyba tak wygląda.

Mężczyzna spojrzał na mnie, mrużąc oczy, po czym szeroko się uśmiechnął. Jeszcze bardziej poczułam się niekomfortowo. Zrobiłam głupią minę, po czym znalazłam pospiesznie inny obiekt zainteresowań. Potrzebowałam przerwać tę niezręczną sytuację.

— Nie sądziłem, że można ciebie lubić — najwyraźniej nie zamierzał zamykać tematu. — Trochę czasu spędziliśmy ze sobą i muszę przyznać, że jesteś spoko.

— Ty też — burknęłam, nie chcąc nawet na niego spojrzeć. Zagryzłam wargę speszona.

— W takim razie uratujmy ten świat razem, co? — dodał z większym entuzjazmem. — Nie jesteśmy wrogami.

Miał rację. Nie byliśmy, chociaż bardzo często. No dobra niemal bez przerwy traktowałam go jak przeciwnika. Wszędzie węszyłam intrygę. Ale czy ja byłam na każdym kroku szczera i otwarta, gdy podróżowałam w czasie? Do tej pory były rzeczy, których nawet nie powiedziałam po powrocie. To były sytuacje, które zmuszały człowieka do milczenia, nawet jeśli ktoś uważał inaczej. Odwróciłam się do pobratymca z większym przekonaniem.

— Oczywiście, że nie jesteśmy — odpowiedziałam z nieśmiałym uśmiechem.

Wyciągnęłam ku ogoniastemu rękę na znak pojednania. Przynajmniej tyle mogłam zrobić. To był pierwszy krok do wielkich zmian. Niestety nie zdążyłam dokończyć procesu, gdyż Vegeta wrzasnął na Kakarotta, zwracając tym samym swoją uwagę.

— Całkiem ci odbiło pajacu! Może byś tak sprzedał własną żonę?!  — dosłownie kipiał z wściekłości. — Bulma nie jest twoją własnością, byś decydował! Jesteś skończonym idiotą!

Zerwałam się na równe nogi, nim doszło do rękoczynów. Stanęłam pomiędzy wojownikami, żądając odpowiedzi. Tuż za młodszym z mężczyzn stał starzec z podejrzliwą miną. Vegeta nie przebierając w słowach, krzycząc do mego ucha, uświadomił mnie, że ten drugi zamierzał sprzedać Bulmę starcowi. Brzmiało to nielogicznie. Szybko zostałam uświadomiona, iż chodziło o perwersyjne kobiece zdjęcia bez odzieży. Zamrugałam kilkukrotnie, obserwując całą trójkę.

— Tylko o to tyle szumu? — zdziwiłam się. — Nie można tego po prostu załatwić?

— Po moim trupie!  — ryknął mój brat. — Bulma nie będzie niczyją seks zabawką!

— Czym? Przecież mówiłeś, że chodzi o oglądanie ciała.

— No właśnie! — opluł mnie, kipiąc jak wulkan.

Wzruszyłam ramionami, tym razem patrząc na reakcję złotowłosego mężczyzny. Zrobiłam wymowną minę, a ten cofnął się, jakby bał się i mojej reakcji. Zrobiłam kilka kroków do przodu i skierowałam spojrzenie na boskiego tetryka.

— Czego ty właściwie chcesz? — zadałam pytanie zupełnie luźno. — Co obiecał ci Gokū, a co tak rozsierdziło mego braciszka?

Gokū jeszcze bardziej się speszył. Dziadunio odchrząknął, przymknął jedno oko, a tym drugim obserwował wojownika w pomarańczowym gi. Prawdopodobnie wyczuł jakiś szwindel.

— Obiecano mi zdjęcia, gazetki, cokolwiek z jędrnymi cycuszkami — odpowiedział w końcu.

— Tylko tyle?  — zdziwiłam się.

Mężczyźni spojrzeli po sobie. Nawet Vegeta się uspokoił, jego aura już tak nie pulsowała. Dziad nie prosił o nic niemożliwego.

— Umowa stoi  — odparłam, wyciągając do niego dłoń. — Dostaniesz to, o co prosisz.

— Tyś zwariowała?! — książę ponownie się odpalił.

Gokū zrobił ogromne oczy, tak samo, jak Kibitoshin. Dziadek spojrzał niepewnie.

— Uspokój się — burknęłam, podnosząc ton. Odwróciłam się do brata. — Nikt nie będzie oglądał, twojej Bulmy, jeżeli tak cię to drażni. Pokażę mu swoje.

— CO?!  — Saiyanie oraz Shinjaninowe ryknęli jak jeden mąż.

— No co? Przynajmniej do czegoś się przydadzą, zamiast wiecznie przeszkadzać — wzruszyłam ramionami. — Czy teraz możemy wreszcie ruszyć po Kryształowe Kule? Mamy trochę osób do uratowania.

Syn Bardocka usiadł na trawie, przecierając mokre czoło. Mruknął pod nosem, że teraz to na pewno Gohan go zabije*. O cokolwiek mu chodziło, nie mogło się to przecież wydarzyć. Jego syn nie żył, a ja byłam gotowa zrobić wszystko, byleby dostać się na Nową Namek. Zwłaszcza że umowa była niezwykle błaha. Przynajmniej dla mnie. Cycki jak cycki.


Wszystko miało się dobrze skończyć, ale to nie ta bajka. Tutaj zawsze było coś nie tak. Bóg Światów zwrócił naszą uwagę poczynaniami Buu. Bydlak pojawił się na planecie Króla Zaświatów, co oznaczało, iż był już bliżej niż dalej. Musiałam zauważyć, że strasznie dużo było tych planet, bogów, królów i innych wielkich tytułów. Kula pokazała nam, jak pojawia się pod upadającym obeliskiem. Obraz w magicznym przedmiocie był mały, a różowy demon zlewał się z różano-czerwonym niebem. Jedno było pewne — Czas nam się kończył. Na planecie atakowanej przez Buu znajdował się Yamcha i Kuririn. Son Gokū pospiesznie wyjaśnił, iż tam tylko nieliczni mogą trenować po śmierci.

— Jeżeli Majin Buu zniszczy tę planetę, nasi przyjaciele zostaną wymazani. Drugi raz nie można umrzeć — uświadomił nas niedawno wskrzeszony Saiyanin.

— Oznacza to koniec zabawy — westchnęłam. — Musimy tam lecieć, nim będzie za późno.

Obrońca Ziemian przestąpił parę kroków ku otwartej przestrzeni. Przyłożył dwa palce do czoła chcąc namierzyć energię wroga. Chyba nie zamierzał ruszać tam samotnie?

— Poczekajcie. Daj im swoje potary. Będą potrzebować wsparcia — zawołał pospiesznie staruszek do swego następcy.

Kibitoshin naprędce odpiął magiczne błyskotki i po jednej rzucił w kierunku niedawno scalonych Saiyan. Vegeta uśmiechnął się pod nosem. Nie, żebym nie tak dawno usiłowała go namówić do tego precedensu... Ku memu zdumieniu Gokū podziękował za błyskotki. Stwierdził, że żaden z nich nie zamierza w ten sposób walczyć, bo wolą robić to tradycyjnie w pojedynkę. Oczy dosłownie wyszły mi z orbit. On tak na poważnie?! Jak niby zamierzał walczyć, jeśli nie tak?!

— Oszaleli — mruknęłam z rezygnacją.

W tym czasie Vegeta w demonstracyjny sposób zniszczył kolczyk. W jego ślady poszedł pobratymiec, choć jeszcze chwilę temu zamierzał oddać artefakt bóstwu. Kaioshinowie zdębieli, a ja jedynie smutno spojrzałam na ich postępek.

— Jestem pod wrażeniem, Kakarottcie — rzekł książę, a w jego głosie wyraźnie było słychać uznanie. — Twoje słowa brzmią jak te, które powinien wypowiedzieć każdy szanujący się wojownik wysokiej rangi.

Przewróciłam oczami. Bo nie można było działać w grupie? Czy wszystkie walki winny odbywać się solo? Wątpiłam w to. Wielokrotnie los nas za takie postrzeganie sprawy karał. Co złego było w dopasowanym towarzyszu broni, z którym można było walczyć bez słów? Ja na przykład świetnie dogadywałam się z Son Gohanem, gdy był na drugim poziomie. Potrafił się zsynchronizować ze mną jak brat bliźniak, jak odbicie lustrzane. I chociaż on nie lubił swojej bezwzględności w tym stadium, ja ją właśnie podziwiałam.

— Mam lepszy plan — Książę zabrał ponownie głos. — Sprowadźmy go tutaj. Tutaj możemy walczyć bez ograniczeń. Nikt nie ucierpi.

To była myśl! Tutaj byliśmy tylko my, a tam cała rzesza martwych wojowników, która w sumie nie zasługiwała na wymazanie. Gdyby coś takiego przytrafiło się Kuririnowi, Osiemnastka na pewno próbowałaby mnie zabić.

— To jest genialny plan! — walnęłam pięścią w otwartą dłoń. — We czwórkę szybko sprowadzimy tutaj Majina. Choć Kenzuranie, czas ratować ten niewdzięczny świat.

Machnęłam ręką na pobratymca, a ten ociężale podniósł się z siadu. Najwidoczniej dobrze mu się tam siedziało. Niestety nasza sielanka dobiegła końca. My to nie mieliśmy lekko. Westchnęłam, podążając za ojcem Gotena. Tuż obok pojawił się Vegeta.

— Ty chyba nie zamierzasz rozbierać się przed tym starym zboczeńcem? — fuknął mi cicho do ucha.

— Nic ci do tego — burknęłam mróżąc oczy — moje ciało moja sprawa. Zresztą, od kiedy kogokolwiek interesuje moje ciało?

— Dziewczyno... — westchnął ciężko książę.

Pokręcił głową, jakbym walnęła jakąś nadnaturalnie głupią gafę.

— Nagość rzecz naturalna, czyż nie? Widziałeś kiedyś kogoś kąpiącego się w komorze w ubraniu?

Wypuścił wymownie i głośno powietrze przez zęby. Odniosłam wrażenie, że przez chwilę nad czymś się intensywnie zastanawiał. Zaraz dogonił mnie i z miną niezdradzającą emocji dorzucił:

— Mieszkanie na Ziemi nieco zmieniło mój sposób myślenia. Może zrozumiesz moje położenie, gdy ktoś będzie oglądał twojego wybranka bez odzieży?

Spojrzałam na niego z konsternacją. Co on wygadywał?

— Czy chciałabyś, aby córka tego błazna Satana oglądała Gohana nago?

Rzucił z niebywałą nutą jadu, po czym przyspieszył kroku, tym samym kończąc temat. Wybałuszyłam oczy, zatrzymując się jak wbita w ziemię. Więc o to chodziło? O zazdrość? Ale trącił w moją bezwstydność, której musiałam się nauczyć już jako szczeniak w niewoli. Coś, co stało się dla mnie zupełnie naturalne, nagle miało być wadą. Wszystko zależało od tego, kto, kogo i kiedy... Westchnęłam ciężko. A co Gohan miał do powiedzenia? Przecież nie byłam jego wybranką i raczej nie miał brać udziału w mojej słownej umowie ze Starym Kaioshinem. Ale szpila została wbita. Może faktycznie nie chciałabym, by ktoś oglądał Gohana w pełnej okazałości? Sama nie miałam okazji, choć parę sytuacji odwrotnych się zdarzyło.

Dołączyłam do Saiyan stojących na wzniesieniu. Zaraz za mną pojawił się Kenzuran. Nie byłam pewna czy nadal nosił maskę, czy tym razem był naprawdę taki... pozbawiony uczuć. Jego twarz w tej chwili wyglądała groźnie. To dobrze. Przed nami była niełatwa walka i miałam nadzieję, że na tyle ile będzie w stanie, pomoże nam. Wspominał coś wcześniej o konsekwencjach swojego przybycia. Tym razem nie chciałam go do niczego zmuszać. Był tu jedynie gościem, osobą proszącą o pomoc. I tak już zdecydowanie za długo u nas zabawił. Miał jedynie odnaleźć siostrę Vegety i ruszyć w dalszą podróż. Wyszło zupełnie inaczej.

— Do dzieła panowie! — wykrzyczałam motywacyjnie. — Niech stanie się światłość!

Bez zbędnych ceregieli włączyłam pierwszy poziom super wojownika, a Vegeta i Kenzuran poszli moim śladem. Gokū przez cały ten czas był w tej formie. Jak jedno ciało poczęliśmy koncentrować w sobie KI, która miała zwabić nasze największe utrapienie. Musieliśmy się porządnie skupić, by nie wchodzić wyżej, tylko zagęścić tyle ile się dało. Nasze ciała spowijała złota aura połączona z wyładowaniami elektrycznymi, które przeskakiwały z ciała na ciało. Niebo nad nami pociemniało. Nasze okrzyki przeszywało okolicę. Chociaż nie byliśmy gotowi na starcie, musieliśmy działać.

Atmosfera robiła się gorąca. Nie minęło pięć minut, gdy w nasze skromne progi zawitała bestia z piekła rodem. Chociaż był mały, to prezentował się diabelsko. Brak nosa dodawał mu animuszu. Uśmiechnął się demonicznie, a my zaprzestaliśmy wezwania. Chociaż patrzyłam na stwora z niebywałą determinacją, to najzwyczajniej w świecie się go bałam. Wiedziałam, co potrafił po zjedzeniu Gohana. Teraz był podobnież najgorszą wersją siebie. Pokazał nam już co nieco. Prawdę mówiąc, nie chciałam się z nim mierzyć, ale musiałam być gotowa. Każda ręka była potrzebna, jeśli planowaliśmy przetrwać.

Majin Buu jak tylko nas zobaczył, roześmiał się niczym szaleniec. Już nikogo to nie ruszało. Wszyscy doskonale zdawali sobie sprawę, iż gość miał nie równo pod sufitem. Vegeta uderzył w pięści z niebywałą determinacją i szalonym błyskiem w oku. Kenzuran nie poruszył się nawet o milimetr. Tylko jego ogon zdradzał, iż nie zamienił się w posąg. Gokū nabrał postawy bojowej. Tylko ja stałam jak posąg. W głowie miałam multum obrazów zwiastujących nadchodzącą śmierć. Otarłam się o nią i za nic nie pragnęłam do tego wracać. Byłam głupia wtedy i zraniona. Przełknęłam ślinę, udając, że się nie boję.

— Boże Światów mam ogromną prośbę — zabrał głos mąż Chi-Chi. — Zabierz, proszę wszystkich w bezpieczne miejsce. Tutaj już nie będzie bezpiecznie.

— To prawda. Udajcie się daleko stąd, tak by można było tutaj walczyć bez żadnych ograniczeń — dodał ogoniasty wojownik. — By pokonać Buu, nie można myśleć o tych, którzy niepotrzebnie zginą.

Mieli całkowitą rację. Na Ziemi każde z nas musiało zachować ostrożność. Był tam nasz dom i w ogóle. A tutaj? Tutaj byliśmy nie tylko gośćmi, ale i wojownikami całego wszechświata. Na całe szczęście Staruszek utwierdził nas w przekonaniu, że ta planetka jest zdecydowanie wytrwalsza od tej, którą dopiero co zlikwidował Majin. Może i skromna, ale mimo wszystko piękna. Jeśli mielibyśmy polec, to tutaj przynajmniej było na czym oko zawiesić.

To tutaj Gohan zyskał swoją niesamowitą moc. Na samo wspomnienie poczułam ukłucie pod sercem. Brakowało mi go. Chciałam, by wszystko wróciło do normy. Byśmy mogli znowu razem przemierzać nieboskłon, śmiejąc się beztrosko. Siedzieć nad brzegiem jeziora w upalne dni. Szukać spadających gwiazd w Zachodniej Stolicy, na dachu kopulastej budowli, gdzie wszystko było utrudnione przez miastowe neony. Odpoczywać pod drzewem tuż za domem w Górach Paozu. Mieliśmy tyle pięknych wspomnień i chwil spędzonych razem. Wszystkie były dla mnie ważne. Chciałabym jeszcze raz tam wrócić, ale bogatsza o nowe doświadczenia. By tego dokonać, byłam zmuszona walczyć.

Shin scalony z Kibito poprosił Dendego i swojego poprzednika o chwycenie się jego, by mógł ich bezpiecznie przetransportować w daleki zakątek wszechświata. Miałam nadzieję, że tam, gdzie Buu w razie naszej porażki prędko nie dotrze. By mieli szansę nas wskrzesić na Nowej Namek. Miałam cichą nadzieję, że na to wpadną. Nie mogłam o tym teraz otwarcie mówić. Stetryczały Kaioshin pochwycił swoją magiczną kulę, którą zapewne mieli obserwować nasze poczynania, a potem zniknęli.

To była ta chwila, której najbardziej się obawiałam. Zamknęłam oczy, w duchu przygotowując się na najgorsze. Chyba tylko ja byłam pełna obaw. Byłam też najmłodszym wojownikiem w całej ekipie. I jedyną dziewczyną. Czas też było wreszcie zdecydować, kto otwiera ten turniej na śmierć i życie. Son Gokū wymyślił, że zagramy o pierwszeństwo, co sprawiło, że zwątpiłam we wszystko.

— Pieprze jakiejś durne zabawy — warknęłam. — Równie dobrze to ja mogę iść na pierwszy ogień. W końcu panie przodem prawda?

Vegeta warknął, a następnie zatrzymał mnie, gdyż postanowiłam ruszyć ku demonowi. Wyraźnie nie podobał mu się mój pomysł.

— Nie mogę ci na to pozwolić.

— A to niby dlaczego? — obruszyłam się. — Jestem tak samo świetnym wojownikiem, jak ty. Poza tym nie umniejszaj mi.

Książę westchnął i spojrzał mi głęboko w oczy. Nie często się to zdarzało, ale ja wiedziałam, że miał zamiar powiedzieć coś ważnego. Coś, czego normalnie nie powiedziałby przy innych. Tym razem nie miał wyjścia. Skrzyżowałam ręce na piersi wyczekująco.

— Jeśli zrezygnujesz teraz z walki, ja również ją oddam. Nie walcz pierwsza, proszę — ostatnie słowo dodał tak cicho, że z ledwością je usłyszałam.

Oczy zamieniłam na spodki. Czegoś takiego się nie spodziewałam. A może powinnam? Dopiero co postanowił połączyć się potarami z Gokū, kiedy postanowiłam to uczynić. Był moim bratem, jedną z najważniejszych istot mego życia. Jak mogłabym mu odmówić, jeśli sam oddał swoją możliwość walki. Całkiem dobrowolnie.

— Zgoda — uśmiechnęłam się niemal niewidocznie.

Następca tronu zniwelował swoją transformację, a ja poszłam jego śladem. Pozostali dwaj Saiyanie na placu boju powzięli próbę, by zdecydować, który pójdzie na pierwszy ogień. Obserwowałam ich rywalizację z ostracyzmem. Papier, nożyce i kamień to była gra dla przedszkolaków, nie dla rosłych wojowników walczących o losy całego świata! Im dłużej przyglądałam się ich rywalizacji i ciągłego wybierania tej samej figury zaczęłam zastanawiać się, czy któryś nie usiłował wymigać się od obowiązku.

W końcu padło na Son Gokū. Ten się uradował na swą wygraną, a Kenzuranowi ewidentnie ulżyło. Czy to dlatego, że wciąż usiłował się nie wtrącać? Możliwe. Ciężko było mi uwierzyć, by obawiał się przegranej. Chociaż? Nie znałam ostatecznego wyniku na jego Ziemi. To znaczy, wiedziałam, że pokonali bestię, ale nie miałam pojęcia, jak i kto ostatecznie tego dokonał. Mężczyzna był w tym wypadku bardzo tajemniczy.

I on wrócił do normalnej formy, a następnie do nas dołączył. Vegeta jako pierwszy uniósł się w powietrze, krzyżując przy tym ręce na piersi. Ja i przybysz niemal w tym samym czasie podążyliśmy za księciem.

— Jestem pełen podziwu, książę Vegeto — zabrał głos ogoniasty.

— Nie rozmawiajmy o tym.

Spojrzałam to na jednego, to na drugiego z uniesionymi brwiami. Żaden więcej się nie odezwał. O co im tak właściwie chodziło? Czy aby każdemu o to samo? Nie chcąc się zastanawiać nad rzeczami możliwie błahymi, wróciłam wzrokiem mu demonowi, który dziwnie stał w jednej pozycji, odkąd skończył przeraźliwie się śmiać.

W tym czasie Gokū szykował się do walki. Czas było na rundę pierwszą. Obawiałam się wszystkiego. Z ledwością potrafiłam sobie wyobrazić nasze zwycięstwo. I pomyśleć, że z takim tchórzostwem byłam gotowa ruszyć do walki jako pierwsza. Zupełnie mi odwalało w obecności Majina.

W międzyczasie wylądowaliśmy na odległym wzniesieniu, jednak nie za daleko. Musieliśmy oglądać walkę. Mieć jakikolwiek wgląd na losy świata. Poznawać nowe możliwości potwora i mieć nadzieję, że wszystko się jakoś potoczy.

— Wytrzymaj jak najdłużej — wyszeptałam, przyciskając pięści od piersi. — Musimy wygrać.






Ciekawostka — żeby dowiedzieć się, czemu Gohan może chcieć zabić swojego ojca, zapraszam do bonusa o tytule: Zaklęty w ostrzu. (TUTAJ) Tam jest wszystko wyjaśnione. Jeśli oczywiście ktoś nie czytał bonusu z okazji setnego odcinka.