16 sierpnia 2026

*118. Przebudzenie... zła?

Saiyański książę, popychając ostatnią osobę, zwaną dalej przeszkodą przykucnął przed wybudzającą się kobietą. Z wielkimi oczyma wpatrywał się w swoją młodszą siostrę, jakby jego spojrzenie miało przyspieszyć sprawę.

Sara zamrugała ociężale, cicho pojękując. Nie tylko brzmiała, ale zachowywała się, jakby dopiero co przebudziła się z wieloletniego nieprzyjemnego snu, jak gdyby została brutalnie wybudzona, a tak naprawdę ledwo zmrużyła oczy. Prawda zgoła była inna. Przetarła oczy, głośno ziewając. Otworzyła szerzej ślepia, a jej spojrzenie zetknęło się z Vegetą. Na jej twarzy odmalowało się gigantyczne zdziwienie.

W amoku poczęła lustrować otoczenie, nie potrafiąc choćby na chwilę skupić się na jednej rzeczy, jednej postaci. Im dłużej to trwało, tym wyglądała na mocniej zagubioną. Saiyanin chwycił zdezorientowaną za ramiona, delikatnie potrząsnął.

— Saro!

Prawdę powiedziawszy, była bardzo zdumiona widokiem swojego brata. Nim straciła świadomy kontakt z rzeczywistością, wiedziała, że znajduje się na Kōriwie. Nie rozumiała jakim cudem odnalazła się w innym miejscu, gdzie nie tylko nie było ciemno, ale też okrutnie zimno. Stamtąd przecież nie dało się uciec. Jeszcze dziwniejszym był fakt, iż spotkała kogoś bliskiego. Świadomość, że coś uległo zmianie, sprawiła, iż serce zabiło mocniej.

Za chwilę Bulma wyszła przed szereg, tupiąc głośno swoimi czerwonymi szpilkami, czym zwróciła uwagę Saiyanki. Druga znajoma twarz i kolejne ciepło kiełkujące gdzieś we wnętrzu. Nie była do końca pewna, co czuje. Czy była to radość? Na pewno nie był to przerażający ból, z którym już dawno przestała walczyć, a którego nie potrafiła przezwyciężyć. Jej ciało wciąż pamiętało to uczucie ciężkości.

Pojawiły się szepty; jedne cichutkie, drugie w miarę głośne. Sara nieporadnie próbowała wychwycić choćby słowo, ale za bardzo piszczało jej w uszach. Rozejrzała się zdezorientowana, jednocześnie nie potrafiąc precyzyjnie dopasować twarzy do zebranych wokoło istot.

Saiyanka ociężale spróbowała się podnieść. Vegeta pospieszył jej na ratunek i zdecydowanym ruchem dźwignął siostrę do siadu. Sarze jeszcze przez dłuższą chwilę kręciło się w głowie, a nawet poczuła mdłości, choć nie pamiętała, kiedy ostatnio cokolwiek jadła.

— Ve-ve-geta...?

Gohan z nazbyt mocno bijącym sercem obserwował, jak jego bratnia dusza wraca do żywych. Miał wrażenie, że śni. Nie był pewien czy winien się poruszyć na choćby milimetr. Tak bardzo nie chciał, by wszystko okazało się ułudą. Oczy zaszły mu mgłą od powstrzymywanych łez.

Córka Herkulesa stojąca nieopodal obserwowała wszystko z zapartym tchem. Ten świat... Świat Gohana, do którego wpadła bez zaproszenia, bez przerwy ją fascynował. Mimo iż wyjaśniono jej parę rzeczy, a niektóre widziała na własne oczy, to wciąż nie mogła się nadziwić tym niesamowitościom. Najbardziej jednak imponowała jej wytrwałość Son Gohana. W chwili, gdy zrozumiał, iż jego wybranka przepadła jak kamień w wodę wierzył, że coś złego przytrafiło się dziewczynie. Do niedawna było jej przykro, że jej kiełkujące uczucie zostało odepchnięte, lecz teraz, gdy widziała, jak patrzy na tę dziką dziewczynę, zrozumiała, że darzył ją naprawdę silnym uczuciem. Tak mocnym, by zdać sobie sprawę, iż czas naprawdę ustąpić.

Przecisnęła się przez parę osób, kładąc rękę na bicepsie niegdyś kolegi z klasy. Spojrzała na niego z troską, jednocześnie delikatnie się uśmiechając. Domyśliła się, że młodego mężczyznę ogarnął strach. To Sara była jego całym światem. Z początku chciała rywalizować o względy niesamowitego nastolatka, jednak szybko została sprowadzona na Ziemię. Gohan nigdy na nią nie spojrzał, nawet gdy zwrócił jej uwagę, by skróciła włosy przed turniejem. Wszystko było tylko koleżeńską troską. Nic poza tym.

— Idź do niej — wyszeptała.

Sara wychwyciła moment, w którym zebrani zmieniali lokalizację. W jej odczuciu działo się zbyt wiele na raz. Był to szok po wybudzeniu z magicznego podtrzymywania przy życiu przez wiedźmę. Im bliżej była śmierci, tym bardziej traciła świadomość, jednocześnie odpływając w koszmary. Seishin uzdrawiała ją na tyle, by ta nie wyzionęła ducha. Była jej potrzebna nie tylko do utrzymywania magii w ryzach, ale i do tego, by móc wciąż bezpiecznie być niezauważoną we wszechświecie. Bez mocy nie była w stanie utrzymać magicznej bariery. Magia się kończyła, co za tym idzie czas księżniczki również.

Saiyanka wytężając zmysły, spojrzała uważniej, a następnie zamarła. Rozpoznała w wysokim i dobrze zbudowanym mężczyźnie Son Gohana. Był taki sam, jak wyglądał w jej wspomnieniach. Jej serce zabiło mocniej. Chciała, by najstraszniejsze wizje okazały się tylko przeklętym mirażem szalonej wiedźmy, lecz chwilę potem zrozumiała, iż zaraz obok niego stoi zgrabna kobieta w idealnie przystrzyżonych czarnych włosach ledwo sięgających do ramion. Dwa mrugnięcia wystarczyły, by zabrakło jej tchu.

Młoda wojowniczka poczuła, jak łzy napływają jej do oczu, jak serce chaotycznie pompuje krew, a w uszach rozpoczyna się nieprzyjemny, cichy pisk. Na kilka chwil zapomniała oddychać, gdy jej spojrzenie spotkało się z jego. Zaprzestała dostrzegać cokolwiek innego. Dosłownie wszystko przestało istnieć.

W międzyczasie usłyszała od Bulmy, że bezpiecznie sprowadzili ją do domu, że jest już wśród swoich. Nie patrzyła na nią. Z boku można było stwierdzić, że nikogo nie słucha. Prawda była zgoła inna; Zewsząd bombardowały ją przeróżne informacje, jednocześnie doprowadzając do napadów lękowych, jak i agresji. To było zdecydowanie za dużo na jeden raz. Czemu ją ściągnęli? Co próbowali tym osiągnąć? Jedyne, o czym pomyślała to kara.

Ściągnęła drżące usta w cienką linię. Miała ochotę zapaść się pod ziemię, utonąć w ciemnej i lodowatej toni, a nawet spłonąć żywcem. Wszystkie opcje były lepsze od tej chwili, w której się znalazła. Imię mężczyzny ugrzęzło w gardle i jedyne co wydobyło się z jej ust do pierwsza litera.

Son Gohan usłyszał ją i było to dla niego równie stresujące. Jego oczy drżały, jednak powstrzymywał się od płaczu. Wpatrywał się w ukochaną i im dłużej to trwało, tym bardziej miał wrażenie, że z jej twarzy odpływa krew, zupełnie jakby zobaczyła ducha. Dostrzegał jej chaotycznie poruszające się tęczówki, jak i niebezpiecznie drgające wargi. Za chwilę uznał, że jest zwyczajnie w świecie przerażona — jak małe dziecko, które miało zmierzyć się z brutalnym i jednocześnie najstraszniejszym koszmarem życia.

Muzyka

Sara na trzęsących się rękach wycofała się, jednocześnie spadając z nazbyt miękkich poduszek. Przygryzła wargi z głośnym jęknięciem. Nie przeszkodziło jej to jednak wrócić spojrzeniem do syna Gokū. Poczuła silne i lodowate ukłucie w sercu, przeszywające na wskroś. Jej oczy zaczęły tonąć we łzach, nie była w stanie tego powstrzymać. Bała się. W głowie jej szumiało coraz głośniej, zaraz doszły zawroty głowy.

Czy to prawda? Czy to on, prawdziwy on? To nie jest prawda.... Nie może być...

Mężczyzna, widząc przerażenie na twarzy ukochanej, ostrożnie wyciągnął przed siebie dłoń, jednocześnie cicho wypowiadając jej imię. Chciał zapewnić Saiyankę, że cokolwiek podczas jej nieobecności się wydarzyło, nie może ją już dosięgnąć, ponieważ jest przy niej i nie pozwoli jej nikomu skrzywdzić. Sara automatycznie odsunęła się, jakby widziała w młodym wojowniku najstraszniejszą zmorę. Gohan instynktownie opuścił dłoń w pół kroku. Na jego licu odmalował się strach wymieszany z żalem.

Sarą targały silne emocje — mroczne i paraliżujące. Nie mogła uwierzyć, że wszystko było realizmem. Ułuda i magia przepadły, a wszystko zastąpiła bolesna prawda. Jej prawda. Świat się skończył, a jedyne co mogła otrzymać to cierpienie, zdradę i potępienie. Nie chciała tego przyjąć do wiadomości przez te wszystkie lata. Walczyła z tym na wszelkie sposoby. Ostatecznie się poddała i... przepadła. Teraz powróciła z martwych, by na nowo przeżyć wszystko, tym razem bez uroku. Tak po prostu i na prawdę?

Jej serce rozsypało się, choć mogło się wydawać, że jest to niemożliwe. Cały świat zawirował, wspomnienia uderzyły z taką siłą, jakby ktoś rozwarł wieczko kontenera najgorszych przeżyć. Dla zniszczonej psychicznie młodej kobiety było to zbyt wiele. Mimo pozycji na wpół leżącej czuła osuwający się grunt pod sobą. Piekło, w jakim czuła, iż się znajduje, zamiast ją spalać, niespodziewanie zamieniło się w lód. Jak wszystko, na czym kiedykolwiek jej zależało, zamienia się w przerażający horror.

Dlaczego? Czym sobie zasłużyłam? Czemu nie pozwolili mi odejść?

Sara nie potrafiła zrozumieć, dlaczego postawili ją w tej sytuacji. Czy nie wycierpiała już zbyt wiele? Nie dość, że trafiła do mrocznego i pełnego złej magii świata, w którym największe koszmary stawały się rzeczywistością, to jeszcze ściągnęli ją z powrotem do miejsca, które kiedyś nazywała domem by ostatecznie co? Pokonać ją? Zniszczyć? Była już dostatecznie zdruzgotana. Jednak sytuacja, w której się znalazła, okazała się gorsza od wszystkiego, co do tej pory ją spotkało. 

W tej sekundzie Siostrze Vegety rozsypało się serce jak wiaderko suchego piasku. Zachłysnęła się powietrzem, a następnie mocno zakrztusiła. Son Gohan bez namysłu podbiegł, przykucając przy niej. Nie miał złych zamiarów, ale ona odebrała to zgoła inaczej — odepchnęła go jak niespodziewanego, wielkiego robala jednocześnie krzycząc. 

To było za wiele. To nie był miraż! On tu był naprawdę! Saiyanka zerwała się na nogi, chociaż te stanowczo odmawiały posłuszeństwa. Pragnęła się bronić, mimo że jeszcze nie miała pojęcia jak to uczynić. Ale tonący chwyta się brzytwy, prawda? Wyciągnęła przed siebie drżące ręce, nie kryjąc ani jednej łzy.

— Nie podchodź... — wyszeptała, połykając słone potoki żalu — Nie podchodź!

Wyglądała jak przerażona mała dziewczynka. Gohana zabolało to na tyle mocno, że struchlał. Nie tak to sobie wyobrażał. Jej zachowanie cięło jego serce niczym sztylet. Nie zamierzał zrobić jej krzywdy. Nigdy tego nie chciał! Zacisnął pięści, mimo iż nie był zły. Targały nim tak sprzeczne emocje, że nie wiedział, co począć. Ostatecznie postanowił trwać w przekonaniu, by pokazać ukochanej, iż stoją po tej samej stronę. W końcu to jemu najbardziej zależało, by wróciła, by móc wyznać jej prawdę.

Przez ciało wojowniczki przebiegł lodowaty dreszcz, a zaraz fala gorąca, która wypalała żyły. Było to bardzo bolesne doznanie. Nie mogła wiecznie uciekać. Powinna była wreszcie stawić czoła swoim demonom. Pomyślała, że oto właśnie otrzymała szansę, by żyć, więc nie mogła się poddać, nawet jeśli wszystko wskazywało na koniec. Chociaż do tej pory jej pragnieniem było zostać wymazanym, nie wiedząc czemu, odczuła palącą potrzebę, by nie poddać się bez walki. Gdyby jednak miała zostać pokonana będzie to chwila, w której okaże się, że on zawsze był silniejszy od niej, nawet gdy myślała, iż jest inaczej. By oczyścić swe imię, musiała podjąć się najgorszego.

Sara zacisnęła szczękę, obie pięści, a następnie napięła wszystkie mięśnie. Poczuła jak zalewa ją ponownie zimno, jak wszystko się wyostrza i nabiera niebezpiecznie ostrych krawędzi; Wzrok zgromadzonych tu istot ciemnieje, uśmiechy stają się groźne, a oddech przyspiesza. Tyle wystarczyło, by z jej ust wydobył się cichy, gardłowy warkot.

Wyprostowała się z nienawistnym spojrzeniem. Coś się zmieniło, powietrze stało się ciężkie i przytłaczające. Son Gohan zareagował instynktownie. Czuł, że Sara zmierza ku autodestrukcji i jest w stanie wyrządzić krzywdę wielu tu zebranym. Nie specjalnie, ale pod wpływem niekontrolowanego gniewu nie baczyła na otoczenie, zwłaszcza gdy czuła się zagrożona. Syn Gokū musiał zdusić to w zarodku. Podbiegł do kobiety, łapiąc ją oburącz za ramiona, jednocześnie spoglądając jej głęboko w oczy. Jeśli była w jakimś letargu chciał sprowadzić ją na ziemię. Na własnej skórze odczuł diaboliczną magię lodowej wiedźmy, domyślał się, że stan księżniczki jest podyktowany kilkuletnim działaniem jej okultyzmu.

Zaskoczona tym gestem Saiyanka spojrzała na Gohana wzrokiem wciąż przepełnionym goryczą. Gdy tak chwile na siebie spoglądali, dostrzegła w jego czarnych oczach cierpienie i niezrozumienie, ale tego drugiego nie była już tak pewna. Wypowiadając cicho jej imię, sprawił, że zatrzęsła się, a chwilę potem ugięły się pod nią nogi, jakby ktoś roztrzaskał je ciężkim młotem.

Tafla szkła pękła — tyle była w stanie usłyszeć siostra Vegety w swojej głowie. Tyle też wystarczyło, by cały świat spowiła lodowata aura, jakby ktoś włączył przełącznik. Młoda kobieta osunęła się na kolana z drżącą wargą i mokrymi powiekami. Po okolicy poniósł się przeraźliwie łamiący krzyk; Sara z wysoko podniesioną głową krzyczała tak długo, aż zabrakło jej tchu. Po wszystkim zakaszlała kilkukrotnie, opadając rękoma na pokład statku. Ponownie zalała się łzami, te poczęły jej kapać na trzęsące się dłonie.

Nagle nastała cisza. Nikt nie śmiał się ruszyć choćby o milimetr. Nikt nie był pewien, co wydarzy się później, a najgorzej w zaistniałej sytuacji czuł się półsaiyanin. Stał najbliżej księżniczki i najlepiej odbierał wibracje wydobywające się z jej ciała. Wiedział, że jeszcze chwila i nastąpi kulminacja. Nie zdążył zrobić nawet kroku, gdy kilkunastosekundowe milczenie zamieniło się w cichy chichot, a który niedługo potem przerodził się w iście szaleńczy śmiech.

Son Gohan oraz reszta zebranych istot spoglądali na Saiyankę z rezerwą bądź zaskoczeniem. Jedni uznali, iż zwariowała, inni, że Wish nie wyleczył jej do końca. Tylko Berrus postukiwał nerwowo palcem o ramię, uznając, iż czas, jaki otrzymali przegrani, nader szybko umykał, a oni wciąż stali w miejscu. Miał zdecydowanie dość czekania na tajemniczego Super Saiyanina Boga.

W chwili, gdy histeryczny rechot ustał, powietrze zrobiło się niebezpiecznie ciężkie i chłodne zarazem. To była cisza przed burzą. Wszystko po tym potoczyło się niespodziewanie szybko; W mgnieniu oka Sara przemieniła się w super wojownika i bez ostrzeżenia natarła na syna Gokū, jednocześnie taranując go barkiem. Mężczyzna nie tylko nie zblokował ataku, ale też nie utrzymał się na nogach. Boleśnie upadając na idealnie wyfroterowaną drewnianą podłogę, doszedł do wniosku, iż Sara do tego taranu użyła ogromnych pokładów mocy wraz z szybkością. Zupełnie jakby od tego zależało jej życie. Skarcił się w duchu za opuszczenie gardy.

Księżniczka, będąc w całkowitym amoku, nie miała zamiaru na tym poprzestać i od razu pognała do kolejnej ofiary. Najbliżej stała Bulma. Kobieta nie miała żadnych szans w starciu z rozjuszoną Kosmiczną Wojowniczką. Vegeta w porę interweniował, zderzając się z siostrą, by jednocześnie uchronić przed niechybną śmiercią swoją kobietę.

Sara ściągnęła brwi w diaboliczny sposób, jednocześnie odskakując od księcia Saiyan. Warknęła, przetarła usta mokre od śliny i ponowiła atak niczym rozjuszony byk. Nie zamierzała ustępować, nikomu. Przed oczami miała jedynie lodowatą mgłę, a w głowie cichy i nienawistny szept.

Książę ani myślał być pokonanym. Miał zamiar za wszelką cenę uspokoić rozjuszoną, choćby miał ją doprowadzić do nieprzytomności. Nie po to sprowadzali ją do domu, by teraz ich poskromiła, a jednocześnie rozjuszyła do reszty Boga Zniszczenia. Vegeta zdążył już kilkukrotnie zarejestrować, iż czcigodny kocur tracił cierpliwość, co oznaczało ich rychły koniec. Sara miała być ich ostatnią nadzieją, nie gwoździem do trumny.

Rozległy się krzyki, które wydobywały się z ust każdego, kto nie miał szans z szaloną wojowniczką i jednocześnie się jej bał. Słabsza część zebranych rozbiegła się wprowadzając chaos. To na moment rozkojarzyło dziewczynę, jednocześnie zmuszając do rozejrzenia się po okolicy. Amok wprawiał ją w otępienie i zawroty. Złapała się za głowę, wciągając głośno i jednocześnie chrapliwie powietrze. Potrząsnęła nią kilka razy, powarkując jak wściekła. Za chwilę obrała sobie kolejny cel — tym razem Kuririna obejmującego siedmioletnią, przerażoną córkę.

Osiemnastka zasłoniła rodzinę energetyczną barierą w ostatniej chwili. Ta niestety nie wytrzymała i pękła jak delikatne szkło. Zmodyfikowana kobieta przyjęła cios na siebie, upadając boleśnie na podłodze, co w momencie doprowadziło jej córkę do płaczu.

Księżniczka uśmiechnęła się diabolicznie, wykonała szybko ruch ręką, uwalniając tym samym silny podmuch, który zmiótł poległą  w tył, aż uderzyła głową o burtę. Nic sobie nie robiąc z tej sytuacji siostra Vegety, chwyciła pierwszego lepszego człowieka za gardło, by następnie wyrzucić go do oceanu jak śmiecia. Nieszczęśnikiem okazał się jeden z pracowników statku.

Starszy syn Gokū polecił naprędce swemu bratu, by ten ruszył na ratunek niczemu winnemu Ziemianinowi, po czym sam natarł na rozjuszoną wojowniczkę. W locie przemienił się w super wojownika. Widok nienawistnej Saiyańskiej księżniczki łamał mu serce, przypominał dzień, w którym pokonali zło. Ten sam, w którym odeszła. Wieczór, w którym miał zamiar wyznać jej swe uczucia i zakończyć bezsensowny spór. Musiał jednak odłożyć swoje złamane serce na bok, jeśli chciał, by wszyscy ocaleli, by obrażalski kocur nie postanowił ich zrównać wraz z Ziemią.

Ku zaskoczeniu wojownika siostra Vegety zgrabnie wyminęła go, wykonując zwodniczy manewr ataku. Kobieta nie zamierzała atakować tych w pierwszej kolejności, którzy mogli się bronić. W głowie miała jedynie złowieszczo dudniącą zemstę. Pozbyć się tych, którzy dla innych mieli znaczenie.

Ostatecznie Beerus jak gdyby nigdy nic pojawił się na trasie lotu wojowników. Oboje w ostatniej chwili zatrzymali się, by nie wpaść na przeszkodę. 

— Dość... — wychrypiał posępnie.

Gohan struchlał na myśl, co może wydarzyć się następnie. Sara warknęła gniewnie, a następnie bez zastanowienia zwiększyła swą aurę, tym samym okazując brak współpracy z bogiem. Wymierzyła cios, który został natychmiast powstrzymany. Księżniczki w żaden sposób to nie przystopowało, by ruszyć drugą kończyną do ataku. Zablokowanie jej było jak dolanie oliwy do ognia. Syn Chi-Chi zrobił wielkie oczy, miał nadzieję, że ostatecznie nie stanie jej się krzywda.

Saiyańska wojowniczka nie kryjąc irytacji, usiłowała wyswobodzić się z żelaznego uścisku. Nie była jednak w stanie przeciwstawić się sile boskiemu kocurowi. Im bardziej się szarpała, tym szybciej rosła irytacja Berrusa. W końcu nie wytrzymał i uderzył jednym szybkim ruchem kobietę w brzuch. Ta upadając, zakrztusiła się własną śliną. Wpatrywała się w fioletowego kotowatego nie tylko z nienawiścią, ale i ogromnym zdumieniem.

— Saro... To... Jest Bóg Zniszczenia...

Rozjuszona ogoniasta wyciszyła aurę, wciąż spoglądając na najsilniejszą istotę, jaką w życiu spotkała. Gardłowo zachrypiała. Zebrani nie do końca byli w stanie stwierdzić czy był to śmiech, czy jednak jakiegoś typu pogarda. Pochyliła głowę, jakby chciała ukłonić się bóstwu, a następnie nieoczekiwanie odleciała w przeciwną stronę, nabierając przy tym prędkości. Zniknęła.

Son Gohan upadł na kolana. Czuł, jak wielki ciężar z niego spada. Sara nie próbowała pokonać boga. Żyła. Nie mniej, nie tak sobie wyobrażał jej powrót. Miał ją odzyskać. A ona... Ona nadal była tą rozwścieczoną dziewczyną sprzed lat. Opuścił głowę ze smutkiem, jednocześnie dostrajając ciało do KI uciekinierki. Potrzebował czuć. Tyle lat nie było mu dane czuć jej energii. Była inna, ale doskonale wiedział, że należała do niej.

— Wybacz jej, proszę... — wyszeptał z trudem syn Gokū. — Ona nie wie, co czyni... To nie jest... Ona. To znaczy, jest, ale...

— Nie jest sobą — dokończył Wish, który pojawił się obok zupełnie znikąd.

Saiyański wojownik spojrzał ze zdumieniem na swego przedmówcę. Tak, dokładnie to miał na myśli. Ale jeśli w tym twierdzeniu było coś więcej? Co, jeśli naprawdę brała w tym udział jakaś większa siła? Księżniczka dotąd nigdy nie atakowała bezbronnych, nie krzywdziła swoich, może nie przyjaciół, ale osób, z którymi się bratała. Son Gohan zdążył poznać Sarę zmanipulowaną, widział, jak Babidi kontroluje Vegetę. Na własnej skórze przekonał się jak silną magią dysponowała tajemnicza wiedźma z Kōriwy. Młoda wojowniczka musiała być pod wpływem diabolicznej siły. To nie ulegało żadnym wątpliwościom. Jak jednak miał przełamać czar?

Gohan z przerażeniem spojrzał na towarzysza boga, jakby usiłował wybłagać od niego jakąś nadzwyczaj pozytywną odpowiedź. Jakby szukał nadziei. Niestety w spojrzeniu wysokiego anioła nie potrafił znaleźć choćby okruchu pozytywnych rozwiązań.

— Trzeba było wybrać mądrze — zauważył opiekun boga. — Wybrałeś sercem. Teraz będziesz musiał zapłacić za to ogromną cenę.

Policzki mężczyzny zapłonęły. Wish wiedział, nie wszyscy jednak mieli tego świadomość. Uczucia wojownika było głęboko ukrywane przed światem, niegdyś i przed samym sobą. Miał świadomość, że wybrał sercem. Gdyby wiedział, że Sara okaże się ich zgubą, postawiłby na drugiego Saiyanina? Nie, nie zrobiłby tego. Nawet w obliczu ich nadchodzącego końca nie zmieniłby zdania. Sara była dla niego wszystkim, a jeśli mieliby zginąć, to chciał wraz z nią, miał zamiar powiedzieć jej prawdę.

Było mu wstyd, że wybrał sam. Nie pozwolił innym zdecydować, kto może ich ocalić. Liczył na uleczenie własnego serca. Był samolubny... Jednak czy był przez to złym? Zawsze robił to, co należy, jednak tym razem zrobił coś zupełnie innego — pomyślał o sobie.

— Czy...? — zaczął nieśmiało.

— Nie — odrzekł automatycznie anioł.

Gohan  nie potrzebował nic więcej. Serce pękło mu na milion kawałeczków. Myśl, że dla jego wybranki nie ma ratunku, a wpływ czarownicy odcisnęła na niej najgłębsze piętno, sprawiało, że czuł się jeszcze bardziej winny całej sytuacji. Wciąż nie żałował swojej decyzji. Jeśli Sara miała zginąć, to przynajmniej tutaj. Nie była już sama i zapomniana, nawet jeśli nie zdawała sobie z tego sprawy. Miał jednak zamiar nadal walczyć. Nie tylko dla Ziemi, ale dla niej. Już raz ją ocalił. Teraz musiał ponownie to zrobić. Poddanie się oznaczało tylko jedno: śmierć.



12 marca 2026

*117. Oferta Seishin

Dookoła panowała przerażająca cisza, którą potęgował mrożący do kości chłód. Ciało Saiyanki, do której przytulał się Son Gohan, dodatkowo nasilał dyskomfort. Czekał na istotę, z którą tutaj przybył, ale nic się nie działo. Czasu było coraz mniej i doskonale sobie z tego zdawał sprawę. Stan młodej kobiety był krytyczny — potrzebowała natychmiastowego leczenia. Magiczna fasolka nic by nie dała. Na skraju śmierci nikt nie byłby w stanie pogryźć twardego nasiona.

— Panie Whis? — szepnął młodzieniec z trwogą. Mimo otulającego go zimna czuł, jak się poci.

Pomoc nie nadchodziła, a Gohan odczuwał, że nie tylko odmraża sobie powoli kończyny, ale słabnie, wręcz chce mu się niewyobrażalnie spać. Nie miał pewności czy było to spowodowane wyłącznie temperaturą, czy jednak niebywale piękna wiedźma maczała w tym palce. Już raz odpłynął w sen na tej planecie.

Z ostrożna podniósł wychłodzone ciało, jednocześnie klnąc w duchu, że nie wziął ze sobą marynarki. Teraz byłaby idealna, by okryć lodowatą skórę. Przytulił Saiyankę do piersi, jednocześnie trzepiąc się z zimna. Usiłował ją ogrzać swoim i tak już wychłodzonym organizmem. Ruszył w drogę powrotną, a gdy dotarł do zamkniętej klapy ogniki, które oświetlały kryptę zgasły. Gohana ogarnęła ciemność i pozostałości zielonkawego światła przed oczami. Domyślił się, że przeklęta strzyga nie zamierzała go wypuszczać.

Wziął głęboki wdech, jednocześnie przymykając powieki. Rozbudził w sobie KI, równocześnie oświetlając pomieszczenie ciepłym blaskiem. Docisnął nieprzytomną Sarę do siebie, dbając o zabezpieczenie głowy i szyi.

— Trzymaj się Saro... Proszę, wytrzymaj...  — wyszeptał drżącym głosem.

Chwilę po tych słowach jak pocisk rzucił się na klapę, którą następnie roztrzaskał na kawałki bez żadnego problemu. Bez zbędnych myśli ruszył przed siebie, byleby uciec stąd jak najdalej. Musiał coś zrobić, zniknąć i jednocześnie czekać na odsiecz, która z jakiegoś powodu nie nadchodziła. Wiedział, że sam nie będzie w stanie opuścić tej zapomnianej planety. Ani on, ani Sara nie korzystali z tradycyjnego transportu na Kōriwę. 

Pędził przed siebie, byleby do przodu. Na oślep. Nie miał pojęcia czy ruszył w drogę powrotną, czy wręcz przeciwnie. Miał jedynie nadzieję, że jak najdalej od mrocznej kobiety. Głośno wyrażał swoją frustrację z powodu nieobecności anioła, który obiecywał, że zjawi się wtedy, kiedy będzie trzeba. Gohan nie rozumiał, dlaczego się tak nie stało. Odnalazł księżniczkę, tak jak było ustalone. Czy wydarzyło się zatem coś, o czym nie wiedział?

Młodzieniec zatrzymał się przy zwalonej kamiennej ścianie, by na chwilę odsapnąć. Wrócił do pierwotnej formy. Czuł ogromne zmęczenie, był również zmarznięty. Ostrożnie odłożył wciąż nieprzytomną dziewczynę, lecz za chwilę przytulił ją do siebie z powrotem. Bał się. Obawiał się, że jeśli wypuści ją z rąk, ta w magiczny sposób zniknie. Nie rozumiał do końca tego niepokoju, ale z drugiej strony tyle lat jej poszukiwał, że nie chciał spuścić jej z oka nawet na sekundę. Zwłaszcza gdy w okolicy grasowała magiczna istota, która potrafiła tworzyć miraże niemalże doskonałe.

Utulił do piersi zimne ciało, a jego organizm przeszedł lodowaty dreszcz. Nie należało to do przyjemnych, lecz dla Sary był w stanie przetrwać wszystko. Musiał ją ocalić, musiał ją przede wszystkim zabrać do domu. Za wszelką cenę. Wytrwać i mieć nadzieję, że wszystko się w końcu ułoży. Tylko to trzymało go jeszcze w pionie.


Ponowił lot w nadziei, że pomoc wreszcie nadejdzie. Nie miał pojęcia, gdzie się znajdował, jak daleko był od miejsca, z którego uciekł, ani gdzie ostatni raz widział się z Whis'em. Krążył w ciemnościach Kōriwy jak dziecko we mgle i im dłużej to trwało, tym trudniej było mu wierzyć w powodzenie tej misji. Czy towarzysz Boga Zniszczenia pozwoliłby mu tutaj zginąć? Czy mógłby nadszarpnąć zaufania swego boga dla własnej satysfakcji? Ciężko było mu w to uwierzyć. Whis zdawał się zachowywać nie tylko jak wierny doradca, ale i oddany sługa. Son nie miał pojęcia, kim tak naprawdę był bladoniebieski kamrat groźnego boga.

Poczuł niebezpieczne uderzenie ciężkości, jakby ktoś zrzucił na niego paręnaście ton najcięższego metalu wszechświata. Zakręciło mu się w głowie, co doprowadziło do wypuszczenia z rąk księżniczki. Zdążył jednak zorientować się i pognał za upadającą bezwładnie siostrą Vegety. Zdążył, nim jej głowa zetknęła się z twardym podłożem. Odruchowo odetchnął z ulgą. Zaraz napiął wszystkie mięśnie, poważniejąc. Rozejrzał się nerwowo po okolicy. Ewidentnie czuł się obserwowany.

W oddali zobaczył szybko powiększającą się mgłę, która kilka chwil później otoczyła go. Poczuł dziwne mrowienie na ciele. Nie potrafił określić, czym było. Nie mógł nazwać tego energią, jaką znał, ale był pewien, że całe zjawisko nie było naturalne. Magia? Na samą myśl struchlał. Ona tu była.

— Przede mną nie uciekniesz panie Son  — usłyszał melodyjny szept jakby tuż za nim.

Z duszą na ramieniu odwrócił się, lecz niczego, a raczej nikogo nie zobaczył. Odruchowo przycisnął do siebie nieprzytomną. Czy tego chciał, czy nie, dla Seishin był złodziejem. Nie miał pojęcia, czemu więziła Sarę ani po co jej była potrzebna w tym agonalnym stanie. Jedno wiedział na pewno — nie zamierzała oddać jej dobrowolnie. Gohan ostatecznie musiał podjąć rękawicę i zmierzyć się z mroczną siłą. Obawiał się, że bez tego nigdy nie wydostanie się z tego przeklętego miejsca.

Powstał, starając utrzymać się na równych nogach, z wysoko podniesioną głową. Chciał pokazać tej kobiecie, że się nie boi. Prawda była zgoła inna. Nawet jeśli nie obawiał się samej czarownicy ani tego, do czego jest zdolna, to przerażała go wizja śmierci ukochanej. I utracenie jej na zawsze. Z tego powodu nie wypuszczał jej z objęć, jakby od tego zależało wszystko.

— Pytałaś się, jakie jest moje największe pragnienie  — wychrypiał cicho. — Ona nim jest i nie poddam się, póki nie będzie bezpieczna. Z dala od ciebie!

Białowłosa chicho się zaśmiała. Saiyanin nawet tego był pewien czy go usłyszał. Odgarnęła z niebywałą delikatnością  włosy z twarzy. Nie spuszczała młodego intruza z oczu.

— Odważnie — wymruczała zalotnie. — To bardzo... urzekające? To chyba dobre słowo? Jesteś bardzo mocno z nią związany. I ona też. Widziałam.

— Co widziałaś?

— Zadałeś jej ból. Bardzo wiele bólu. Widziałam cię we wspomnieniach — wyjaśniła z cichą ekscytacją. — Jej katusze były niesamowicie silne i piękne. Budujący! Czysty i urzekający.

Gohan zamrugał kilkukrotnie z dezorientacją. Kobieta ewidentnie zachwycała się czyimś cierpieniem. Budujący? Czy ona karmiła się ludzkimi dramatami? Czy właśnie dlatego Gohan czuł się tak mocno przytłoczony? Bardziej niż przez te kilka lat. Do tego stopnia, że momentami nie wierzył w powodzenie swojej misji. To musiało być to! Ona pożerała cierpienie! Tylko dlaczego? Tego syn Gokū nie potrafił jeszcze zrozumieć, ale nie zamierzał się poddać. Nie, kiedy był tak blisko, nie, kiedy miał realną szansę na sukces. Na ocalenie księżniczki i odwrócenie przeklętego losu.

— Nie pozwolę ci jej zabić — ryknął, a jego głos zadrżał. — Coś ty jej potworze uczyniła!

Blada kobieta przechyliła powoli głowę na bok, wciąż bacznie obserwując mężczyznę. Uśmiechnęła się krucho, nie wypowiadając ani słowa. Uwielbiała moment, w którym osaczeni są na granicy; Nie wiedząc, co ich czeka, jednocześnie walcząc ze swymi lękami.

Gohana ogarnęło dziwne ciepło, które rozlewało się po ciele nie jak lekarstwo, a narkotyk. Rozgrzewająca się atmosfera sprawiła, że otoczenie w jego oczach nabrało więcej kolorów. Jego chęć woli wzrosła do tego stopnia, że przestał się bać czegokolwiek. Stał się pewny siebie i swych celów. Z dumą podniósł głowę, spoglądając kobiecie w twarz. Ta jednak wciąż się tajemniczo uśmiechała.

Dziwne uczucie jednak go nie opuszczało. Rozejrzał się dookoła, a potem ze zdumieniem spojrzał na ręce, które utrzymywał w powietrzu. Zupełnie nie rozumiał, co się właśnie wydarzyło. Jakby o czymś zapomniał? Może chciał coś zrobić? A może to nie było nic istotnego? Opuścił dłonie, by za chwilę zacisnąć pięści w gotowości do walki. Mimo to nie stracił pamięci, gdzie był i z kim miał do czynienia.

— Nie pozwolę ci odejść — wysyczała powoli. Po raz pierwszy nie była dla Gohana mdląco bałamutna. — Godnie zastąpisz poprzedniego darczyńcę.


Zareagował instynktownie, tak się mu wydawało. Zerwał się do lotu wprost na czarownicę. Nie zamierzał być jej więźniem. Nie chciał przebywać w tym miejscu i w sumie to zapomniał, dlaczego tutaj się znalazł. Jedyne co wiedział, to to, że nie planował zostać niczyją marionetką. Cokolwiek od niego chciała biała wiedźma, nie powinno dostać się w jej ręce. Tyle chociaż wiedział. A przynajmniej takie miał przeczucie. Źle jej z oczu patrzyło.

Jak na wojownika walczącego o przetrwanie przystało, zaatakował pierwszy. Nic nie mogło go powstrzymać, nawet fakt, że przyszło mu walczyć z kobietą. Bardzo urodziwą i wyglądającą jak porcelanowa lalka. Przez wszystkie lata zdążył pojąć, że wygląd i płeć to nie wszystko. Walczył z Zangyą, a także z marionetką Yonana. Wiedział, że przeciwna płeć potrafi zaskoczyć i nie należy jej lekceważyć. Był gotów walczyć i zwyciężyć. Grał o wysoką stawkę. Chciał wrócić do domu, być wolnym, a miejsce, w którym się znalazł, nie było przyjazne dla nikogo.

Seishin była potężną czarownicą. Syn Chi-Chi nie był w stanie poradzić sobie z jej mirażami. Ilekroć myślał, że jest w zasięgu jego ręki, ta rozpływała się jak otaczająca ich mistyczna mgła. Dookoła niósł się szyderczy śmiech, który nie tylko irytował, ale jednocześnie podcinał skrzydła. Królowa lodowej krainy bawiła się przednio, czego nie można było powiedzieć o wojowniku.

Son Gohan nie zamierzał się poddawać. Przyjął pozycję do ataku, bacznie rozglądając się po ciemnym i zimnym otoczeniu. Jego ciało emanowało pulsującym ciepłem, chociaż nie odpalał Super Saiyanina. Czuł się dziwnie, jednak starał nie zwracać na to uwagi. Potrzebował skupienia. Przeklęta białowłosa kobieta nie odstępowała go na krok, a jednocześnie znikała i pojawiała się niczym mroczny cień, tłamsząc wzbierające w nim KI.

Młody wojownik kolejny raz natarł na czarownicę. Stała niewzruszenie z chytrym uśmieszkiem. Gdy tylko sięgnął pięścią ku jej twarzy, ta rozpłynęła się w powietrzu. Powtarzał ten moment tyle razy, że złość ogarniała go w całości. Nie rozumiał, na czym polega ta zabawa i dlaczego kobieta nie zamierza go ani powalić, ani zaatakować. Jedynie podsycała jego gniew. Koniec końców Son Gohan się wściekł. Jego ciało eksplodowało złotą energią. 

Seishin roześmiała się szaleńczo, a zarazem triumfalnie. Wszystko szło zgodnie z planem. Nikt nigdy jej nie przechytrzył. Była potężną czarodziejką i nie mogła pozwolić odejść takiemu kąskowi. Źródełko się wyczerpywało i potrzebowała nowego zasilania. Przez tyle lat była wysuszona, pozbawiona pożywienia i prawdziwej potęgi. Nie mogła przepuścić okazji, w której zjawiali się goście. Nie często ktoś tu zaglądał. Kto w końcu miał interesować się zapomnianą przez świat planetą, na której od wieków nie istniało życie? Rozbitkowie, zagubieni, uciekinierzy i oczywiście poszukiwacze. Kąski takie jak ten tutaj zdarzały się bardzo rzadko, wręcz można by uznać, iż wcale.

W chwili, gdy ja jej ponurej planecie zjawiła się dziewczyna ze strzaskanym jestestwem Seishin cierpliwie czekała na zaproszenie do pożarcia życiodajnej energii, która była jej źródłem młodości i potęgi. Była przeklęta i nie mogła umrzeć ze starości czy głodu. Jedyne co jej pozostało to okradać przybyszy z energii życiowej, by samej, choć na chwilę być w pełni sił. Była związana z tym miejscem, nie mogła go opuścić, a gdy wracała jej magia, mogła ukryć swą planetę przed światem, by nikt jej nie znalazł. By w spokoju mogła delektować się torturowaniem swych ofiar za pomocą złudzeń, aż po ich kres. Wystarczyło odpowiednio zbadać grunt, a potem czerpać do woli.

Zabawa w kotka i myszkę w końcu znudziła królową lodu. Wyciągnęła smukłą dłoń przed siebie i za pomocą magii zatrzymała w locie Saiyanina, który kolejny raz na nią szarżował. Zawisł w powietrzu, nie kryjąc gniewu wymieszanego ze zdumieniem. Zaraz zorientował się, iż nie może ruszyć choćby palcem. Poczuł się jak wtedy gdy telekinetyczne więzy bandy Bojacka go oplotły. Różnica polegała na tym, że wtedy jego moc była niwelowana. Tutaj nic takiego nie miało miejsca i nie sprawiało to bólu. Trwał w zawieszeniu, złowrogo łypiąc na przeciwniczkę, która zadziornie się uśmiechała. Jej pewność siebie była dziwnie przerażająca.

Seishin podeszła bliżej, zdecydowanie za blisko i popatrzała swoimi lodowatymi błękitnymi oczami w jego seledynowe. Młodzieniec nie był w stanie uciec przed jej hipnotyzującym spojrzeniem. Jej twarz była niebezpiecznie blisko, czuł jej lodowaty oddech na swych ustach. Gdyby mógł, wyciągnąłby dłonie i zacisnął je na chudej szyi, ale jedynie co potrafił to patrzeć. Nie mogąc mrugnąć, czuł, jak gałki oczne zaczynają go piec, a w ustach pojawia się więcej śliny. Nie tak to wszystko miało wyglądać. Czy naprawdę jej magia miała być tak potężna? Jak?

— Pozwól, że zabiorę ten gniew i palące cierpienie — wyszeptała uwodzicielskim tonem. — Tutaj możesz być spokojny. Zabiorę od ciebie walkę, nienawiść i strach przed porażką. Nie musi tak być. Tutaj możesz przestać walczyć. Na zawsze.

Nie mógł odpowiedzieć, zareagować. Był w stanie jednak myśleć i przetwarzać dane. Strach przed porażką? Jaką? Z nią? Nie bał się jej ani przez chwilę. Po czasie, kiedy już kobieta odeszła z zamyśleniem pomyślał o przytłaczającej go sytuacji i wcale nie chodziło o tę kobietę, ani o całą sytuację.

Pstryknięcie palcami. Łup! Całe zawieszenie zniknęło, a Gohan runął na ziemię z impetem. To było jak uderzenie przywracające ustawienia fabryczne. I wtedy przypomniał sobie coś na oka mgnienie. Przez całą walkę mierzył się z uczuciem niepewności i jakieś nieprawidłowości, ale jedynie co dostrzegał to wciąż powtarzający się cykl; Gonił wiedźmę, której nie dało się dogonić. Była zawsze o krok przed nim, co go niebywale irytowało. Poruszył kończynami, głośno stękając. Nie tyle z bólu po upadku ile po zablokowaniu jego wszystkich mięśni.

Poderwał się na zgiętych nogach, ponownie spoglądając na górne kończyny. Czegoś mu brakowało, ale nie potrafił dojść do tego co. Miał świadomość, że przed chwilą wiedział więcej, ale to coś było ulotne jak westchnienie. Przyglądał się trzęsącym się palcom, jakby tam była odpowiedź. Ta, która nie chciała nadejść. Spojrzał na przeciwniczkę, której dotąd nie udało mu się dosięgnąć. Wrócił myślami do jej słów. Koniec walki. Pragnął być wolnym od śmierci i decydowaniu kto ma żyć, a kto nie. Nigdy nie pragnął być bohaterem. Chciał być zwykłym dzieciakiem z aspiracjami i wielkimi marzeniami. Co dostał? Szybkie dorastanie, kilkukrotną śmierć ojca i jego wieczną nieobecność. Dostał również wielką przygodę, możliwość spełniania nierealnych życzeń, umiejętność latania i wielką siłę. Wszystko kosztowało — stracił normalne ludzkie życie.

Chciał jeszcze czegoś. Wiedział, że to gdzieś jest, tylko nie umiał oprawić uczucia w słowa. Chwilę mu zajęło, nim pojął, że było to powiązane z tym, czego nigdy nie pragnął. Gdyby miał normalne życie, jak jego koledzy z klasy nigdy nie wydarzyłoby się coś jeszcze. Coś, co było za wielką mgłą. Coś, o czym najprawdopodobniej kobieta nie pozwalała mu sobie przypomnieć.

Odwróciła się do Saiyanina, spoglądając na niego niczym zatroskana matka. Jej wyraz twarzy był łagodny. Son Gohan wpatrywał się w nią z intensywnością, za chwilę poczuł delikatny chłód. Wiedźma podeszła do młodzieńca, z gracją wyciągając w bok prawą dłoń. Delikatnym ruchem palców przywołała swoją laskę z dużym kryształem na czubku, który emanował zielonkawym światłem, jak to które oświetlało mu drogę w krypcie.

Wyłupił oczy, odkrywając prawdę. Przybył tu dla Sary. Nie zamierzał ani walczyć z czarownicą, ani też się z nią dogadywać. Zrozumiał, czego mu brakowało — księżniczki! I wszystko stało się tak jasne. Brakującym elementem układanki był powód, dla którego tutaj się znalazł. Tylko gdzie ona teraz się znajdowała? Ponownie spojrzał na swoje puste ręce i uświadomił sobie, że wcześniej trzymał ją w objęciach. Teraz jej tu nie było. Nie potrafił sobie przypomnieć czy ją gdzieś odstawił bądź ukrył. Wciąż czegoś brakowało w tej łamigłówce.

Seishin wyciągnęła smukłe palce przed tors Gohana. Wyglądało to tak, jakby zamierzała wedrzeć się w jego ciało. Obserwował ją w milczeniu, a gdy była już blisko powietrze wokół niej zafalowało niebezpiecznie. Złapała się za głowę, cicho sycząc z bólu. Wojownik mógł przysięgnąć, że na kilka chwil zobaczył zupełnie inną kobietę; starszą i pomarszczoną. Odniósł wrażenie, że cała ta magia osłabła. Musiał wykorzystać ten moment. Złapał natrętną wiedźmę za lodowatą i kościstą dłoń. Zmrużył w gniewie oczy.

— Gdzie jest Sara?! — warknął, spoglądając jej w oczy.

Kobieta na ułamek sekundy struchlała, widział to. Nie tylko dlatego, że ją powstrzymał przed czymś, ale dlatego, że wypowiedział imię Saiyanki. Jej spojrzenie zmieniło się za chwile w ponure, dosłownie widział, jak błękitne tęczówki ciemnieją.

— Przypomniałeś sobie. Nie... Nie możesz... — wyszeptała, po czym westchnęła. — Jesteś niesamowicie silnym egzemplarzem.

Gohan nie zamierzał słuchać jej głosu. Wyłączył się, w umyśle powtarzając jak inkantację, po co tu przybył. Czas go poganiał, minęło naprawdę wiele godzin od jego przybycia na tę przeklętą planetę. Do tego wszystkiego zgubił Sarę! Musiał działać szybko. Czarownica już tyle razy go przechytrzyła, że był w stanie uwierzyć, że nie dostanie kolejnej szansy i wkrótce podzieli los swojej ukochanej. Do tego gdzieś tam daleko czekali na niego rodzice i przyjaciele, których również czekała nieprzyjemna śmierć.

Zacisnął mocniej palce na nadgarstku, po czym uwalniając swoją moc, pociągnął kobietę ku sobie, jednocześnie szykując dla niej w drugiej dłoni kikōhę. Mącicielka upadła daleko od niego z oszołomieniem. Teraz albo nigdy — pomyślał, po czym wystartował w niebo, by jak najszybciej oddalić się od przeciwniczki. Kiedy uwolnił się spod uroków, skupił się na otoczeniu w nadziei, że gdzieś w pobliżu odnajdzie Saiyankę.

Wylądował na skraju rozpadliny, po czym przykucnął. Musiał się odprężyć i skupić. Potrzebował wykryć iskierkę życia. Dłuższą chwilę mu zajęło skanowanie otoczenia, ale ostatecznie odnalazł KI Sary.

Księżniczka leżała bezwładnie w wąwozie wypełnionym lodowymi szpilami. Tylko cud musiał sprawić, że szczęśliwie upadła nie tracąc życia. Gohan nie miał pojęcia, kiedy ją zgubił, ale musiało to nastąpić w chwili, gdy uciekał przed lodową wiedźmą. Uraczyła go iluzją pustych rąk, jednocześnie wchodząc mu do głowy, by zapomniał, po co tu przybył. To świadczyło o jej zadziwiających zdolnościach, z którymi nie zamierzał się mierzyć. Był przekonany, iż w końcu polegnie.

Ukucnął, a następnie utulił wychłodzoną kobietę do piersi, całkowicie ignorując, jak bardzo sam był zziębnięty. Usłyszał świst, a przed jego oczami pojawiły się czarne buty. W pierwszej chwili pomyślał, że to ta przeklęta wiedźma, lecz później usłyszał spokojny i znajomy głos Whisa:

— Nie śpieszyłeś się.

— Pan także! — warknął, chociaż wciąż szalał w nim lęk.

***

Bezpiecznie opuścili mroczny glob we trójkę. Gohana dopadły torsje w chwili startu, lecz nie mógł się skarżyć. Czuł teraz tak wielkie poruszenie, że nie był w stanie skupić się na niczym innym prócz powrotu do domu. Miał tylko nadzieję, że księżniczka przetrwa ich podróż.

— Czemu pan nie dotarł, gdy ją odnalazłem? — zapytał Saiyanin z pretensją. — Niedużo brakowało, a podzieliłbym los Sary. Ta wiedźma jest naprawdę potężna.

— Nie wolno mi wtrącać się w ludzkie istnienia. Sam musiałeś sobie poradzić z owym położeniem.

Son Gohan zbladł. Wstyd mu się zrobiło. Nie miał pojęcia, że nie wolno było aniołom pomagać śmiertelnikom. Sam fakt, że pomógł mu namierzyć Sarę, stanowił wielki dar. Gdyby tylko wiedział wcześniej, nigdy by nie wyskoczył do niego z takim wyrzutem. Był wdzięczny za to, co otrzymał. Ostatecznie Whis przyszedł po nich i bezpiecznie eskortował do domu, na Ziemię.

— Kim ona właściwie jest?

— Seishin?

Syn Chi-Chi jedynie skinął głową. Nie znał dotąd jej imienia, ale od razu wiedział, o kim była mowa. Miał nadzieję, że już nigdy więcej jej nie spotkają. Chciał jednak wiedzieć, z kim przyszło mu się zmierzyć. Kto wyrządził tak straszną rzecz jego wybrance i dlaczego?

— Cóż... — zamyślił się anioł, nie odrywając spojrzenia od obranej trasy. — To bardzo stara historia...

Wiele wieków temu Kōriwa była zamieszkaną planetą i niewiele różniła się od Ziemi. Charakteryzowała się chłodnym, wilgotnym i wietrznym klimatem.

Seishin odziedziczyła po swojej matce magiczny talent, który musiała ukrywać. Na Kōriwie panowały surowe prawa. Nie wolno było bez wiedzy i zgody tamtejszego władcy korzystać z magii. 

Kobieta młodo wyszła za mąż i powiła dziecko; Córkę, która tak jak ona otrzymała dar.

Wioskowi głupcy w pod wpływem strachu przed okrutnym władcą, który posługiwał się magią ognia, zamordowali rodzinę czarodziejki, gdy ta zbierała zioła na leki dla wioski. Nie udało im się zlikwidować czarodziejki.

Seishin poprzysięgła zemstę, jednocześnie zsyłając na mieszkańców planety klątwę — związała się z ich życiami, powoli wysysając ich żywot. W międzyczasie pokonała panującego czarownika, a z jego magii utworzyła pole ochronne — magiczną barierę, która nie pozwała na odnalezienie planety, za pomącą radarów czy choćby magii.

Przez dekady planeta podupadła, a nienawiść i żal Seishin zmieniło ją w lodowe pustkowie, gdyż z taką magią pierwotnie się urodziła.

Po dziś dzień po pustkowiach błąkają się żywe trupy, mieszkańcy Kōriwy, którzy czekają, aż ktoś skróci ich męki.

Gohanowi nie byłoby żal tamtych istot, gdyby nie fakt, że ucierpiała na tym cała planeta  w tym niewinni. Na samo wspomnienie o nieumarłych przebiegł go lodowaty dreszcz. I wcale nie było to spowodowane zimnym ciałem, które do siebie tulił.

***

Wylądowali bezpiecznie na statku wycieczkowym, gdzie Bulma urządzała uroczystość urodzinową. Na niebie słońce zaczynało znikać w tafli oceanu. Zabawianie Beerusa nie mogło mieć miejsca w gąszczu lasów i wysokich traw, gdzie wzywali Boskiego Smoka. W końcu trzeba było ugościć kocura, jak należy.

Nie zdążyli się nawet dobrze wyprostować, gdy uczestnicy rejsu zbiegli się wokoło przybyłych. Słychać było radosne okrzyki, ciche szepty i wiele, wiele pytań. Gohan nie zamierzał na żadne odpowiadać. Jeszcze nie teraz. Ostrożnie położył wychudłe ciało na ciepłych od słońca drewnianych deskach. Z lubością poczuł na plecach promienie wielkiej gwiazdy. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, że naprawdę był w zimnym świecie, gdy jego skóra zareagowała. Zmrożone odzienie zrobiło się wilgotne, gdy szron się rozpuścił. Spojrzał na ukochaną i z przerażeniem zrozumiał, że w normalnych okolicznościach nigdy by jej nie rozpoznał. Wyglądała, jakby przeszła najstraszniejsze piekło.

Wyniszczona twarz, zapadnięte kości policzkowe, brudna, podrapana i zakrwawiona skóra w kolorze trupiej bieli. W niczym nie przypominała tej dziewczyny, która do niego się uśmiechała w podniebnym pałacu po wygranej walce. Z rozpaczą spojrzał na Whisa. Ona umierała i Gohan o tym doskonale wiedział. Zwłoka była niewskazana.

— Może jej pan pomóc? — wyszeptał, a oczy zaszły mu łzami. — Proszę...

Anioł spojrzał na kobietę z surowym wyrazem, a później na Gohana. Jego twarz w momencie złagodniała. Wyciągnął dłoń przed siebie, tuż nad jej głową. Gohan zesztywniał, przypominając sobie magiczne sztuczki wiedźmy. Jednak czekał. Ktoś taki przecież nie mógł chcieć jej krzywdy. Nie po to przemierzyli wielki kosmos. Sara była ostatnim ogniwem do rytuału, którego od nich oczekiwał Bóg Zniszczenia.

— Mogę wyleczyć jej ciało, ale nie obiecuję nic ponadto — rzekł obojętnym tonem. — Nie jestem też pewny, czy to jest to, czego potrzebujecie.

Gohan nie słuchał dalszej wypowiedzi. Nie interesowało go to, co miał mu do zakomunikowania ochroniarz boskiego bytu. Istotne było jedynie uleczenie księżniczki. Nie tylko on w napięciu oczekiwał tej chwili. Obecni byli tu wszyscy. Stali jak posągi. Vegeta w nadludzki sposób utrzymywał się w jednej pozycji. Wolałby wbiec w syna Gokū i staranować go, byleby przechwycić swoją siostrę. Jednak stan, w jakim się znajdowała, nie pozwalał mu na choćby skinienie palca. Szkarada, jaką przynieśli ze sobą, prawie wcale nie przypominała Saiyańskiej księżniczki.

Jednak odnalazł w sobie dość męstwa, by sprawdzić, czy to ta sama osoba. Ostrożnie zbliżył się i przyklęknął przy zmizerniałym młodzieńcu. Wyglądał, jakby śmierć zajrzała mu do gardła. Gdzie wyście byli u diabła? — zapytał samego siebie. Wyciągnął rękę i najechał nią do kościstej szyi, na której winien znajdować się dowód. Kiedy spód jego dłoni musnął skórę, przeszył go dreszcz. Lodowate i szorstkie ciało było jak martwe. Gdy odnalazł to, czego poszukiwał, z wysiłkiem spojrzał na wątłą buzię młodej kobiety, która przypominała zwiędłą staruchę z zapadniętymi oczami. Chwycił dwoma palcami maleńki sygnet z wyrytym jego mianem. Był to definitywny znak. Ten wrak Saiyanki był jego siostrą.

— Na co czekasz? Ulecz ją! — ponaglił anioła książę. — Nie mamy czasu!

Przed szereg wyszedł Beerus, by doglądać całe przedsięwzięcie. Sam nie mógł się doczekać obiecanej walki na poziomie bogów. Wystarczyło postawić na nogi kolejnego Saiyanina, wykonać rytuał według wskazówek Boskiego Smoka i gotowe. Już nic nie mogło pójść nie tak. Poza przegraną Son Goku rzecz jasna. Kocur ani przez chwilę nie wierzył w wygraną tego zapaleńca. Chciał jedynie sprawdzić poziom mocy kogoś takiego jak Super Saiyanin Bóg.

Anioł tchnął energię uzdrawiającą w leżącą u jego stóp kobietę. Zebrani obserwowali, jak drobinki jaskrawego światła przemieszczają się ze smukłych palców, okalając zniszczone ciało. Jak sucha i zapadnięta skóra nabiera witalności, jak policzki się uwydatniają i nabierają rumieńców. Jak znikają otarcia i większe rany. I na koniec jak zapadnięta klatka piersiowa nabiera kształtów. Tylko brud i zniszczony pancerz pozostały bez zmian.

— Wszystko z mojej strony — powiedział triumfalnie Whis, ustępując miejsca. — Pozostało czekać, aż się ocknie.

Son Gohan z duszą na ramieniu wypatrywał momentu, w którym księżniczka miała odzyskać przytomność. Nie wiedza ile przyjdzie im czekać, sprawiała, że drżały mu dłonie. Sekundy? Minuty? Godziny? Nie miało to znaczenia. Cztery lata czekał na tę chwilę, to co jeszcze mu zostało było jedynie kroplą w oceanie. 

Czas mijał, a Sara się nie wybudzała. Berrusa zaczynało to irytować, jednak na ratunek przyszedł Whis, który proponował bogu drzemkę po posiłku.

Osiemnastka siedziała na krześle wraz z Son Gohanem nieopodal księżniczki, która leżała na stosie poduszek, które pozbierano na statku. Z uwagą wysłuchiwała opowieści młodego mężczyzny, który niespełna godzinę temu wrócił z tajemniczej planety Kōriwa. Zapadł zmierzch. Androidce nie podobała się sytuacja, była pełna obaw. Stan, w jakim odnaleziono jej przyjaciółkę, nie brał się znikąd. Chciała jednak pocieszyć nieszczęśliwca, który bardzo przejmował się przeszłością i teraźniejszością. Sama miała obawy co do przyszłości, jednak postanowiła nie straszyć bardziej już i tak przejętego Saiyanina.

Syn Gokū i Chi-Chi usłyszał ciche westchnięcie, komunikując się z Osiemnastką niewerbalnie swoim odkryciem. Oboje zerwali się z krzeseł, obserwując na bezdechu siostrę Vegety. Młoda kobieta poruszyła palcami u ręki, a następnie się zakrztusiła.

— Budzi się — wychrypiał Gohan.

Informacja pognała lawinowo i za chwilę dookoła poduszkowego legowiska zebrali się wszyscy zainteresowani. Vegeta niczym czołg taranował ludzi, byleby stanąć w pierwszym rzędzie. Wielkimi oczami wyczekiwał najważniejszego momentu w dziejach tej planety — podniesienia się powiek wojowniczki, co nastąpiło parę chwil później. Sara się wybudziła.