10 lipca 2018

*22. Nie wszystko przychodzi łatwo

Po przekroczeniu magicznych wrót mieszczących się w pałacu Wszechmogącego znalazłam się w pomieszczeniu, które nadal przypominało Rajski Pałac. Różnica była w temperaturze powietrza oraz jego jakości. Czułam nieprzyjemny zaduch, jakby ktoś włączył ogrzewanie w bardzo ciepły dzień i jednocześnie napalił w kominku. Czego mogłam się spodziewać w takim miejscu? Czy w ogóle powinnam cokolwiek oczekiwać? W głowie zadźwięczały mi słowa Gohana.

Moją uwagę przykuło otwarte wyjście, gdzie żarzyła się ostra biel. Ruszyłam w tym kierunku, chcąc się lepiej przyjrzeć i utwierdzić w słowach Son Gohana, który opisał to miejsce niejednoznaczne: Nie do opisania. Teraz gdy się tu znalazłam, zrozumiałam, co miał na myśli. Czy da się wyrazić opinię o czymś, czego tak naprawdę... nie ma? Bo czym była owa biała nicość? Nie zapisaną kartką? Przypomniałam sobie, że sługa ziemskiego boga wspominał, iż była ona wielkości ich planety. Robiło wrażenie. Tym bardziej nie planowałam zgubić drogi powrotnej. Zresztą, po co miałabym się gdzieś szwendać? Oglądać nicość? To nie dla mnie.

Otworzyłam zaciśniętą dłoń na podarku od Trunksa, przez chwilę zastanawiając się, co mogło w środku się znajdować. Maleńka sakiewka noszącą ślady zużycia nie zawierała niczego ciężkiego ani kształtnego. Wydawać się mogło, że była pusta, co byłoby nie taktem ze strony podróżnika w czasie. Chyba że miało być ono symbolicznym szczęściem.

Nie chcąc tracić ani chwili rozerwałam supeł na rzemyku, zaglądając do środka. Żółty. Tak, to był słoneczny kolor, grubej i lśniącej tasiemki. Tylko po co ją dostałam? Żeby wyglądać jak rasowy zabijaka z Ramod? Tamtejsze istoty człekokształtne o kocich głowach osadzone w wojsku nosiły tego typu opaski na ramionach. Tamte były w kolorze krwi i właśnie taką miałam ja. Pamiątkę tamtejszych wydarzeń. Zawiązałam sakwę i schowałam ją pod pancerz. Cokolwiek młody mężczyzna miał na myśli, pozostało dla mnie nieodgadnione.


***
PLANETA RAMOD.
ROK 763


Ludzie Kosmicznej Organizacji Handlu przeczesywali ziemię królestwa Aamataya w poszukiwaniu zbiegłych jeńców pobliskiej stacji Freezera nr 10. Było tam jedno z trzech więzień, w którym przetrzymywano byłych członków ruchu oporu; głównie dowódcy i ważne osobistości. Nie mogło również zabraknąć wszelakiej maści zdrajców i kosmicznych piratów. Jedynie co ich utrzymywało przy życiu, to fakt, iż wydawali się im przydatni, choćby w prowadzeniu eksperymentów. Zarbon, nieżyjąca już prawa ręka imperatora niejednokrotnie powtarzał, że trzymanie tych kreatur w tej bazie jest nad wyraz nierozsądne z powodu niedaleko znajdującej się planetce życzliwych Catów.

Catowie słynęli nie tylko z dobrodziejstwa, ale i z najlepszych włókien w tej części galaktyki. Tylko z tego względu Changeling nie zagrabił tych ziem. Doskonale zdawał sobie sprawę, że najazd na tę żyłę złotą mógł pozbawić jego organizację sporych zasobów. Tu handlował bronią w zamian za najdelikatniejsze i najcudowniejsze tkaniny, by następnie móc je sprzedać zamożnym ludom w odległych zakątkach kosmosu. Jemu samemu, a także podwładnym wystarczały Arconiańskie, niemal niezniszczalne stroje bojowe. Peleryny jednak z hiper gumy wykonać się nie dało.

Ród kocich stworzeń był jedynym, który potrafił zajmować się zwierzyną zwaną u nich rataj, nieco przypominającą ziemskie szczury. Były one o wiele większe, poruszające się wyłącznie na tylnych kończynach.  Stworzenia te posiadały doskonałe futro do wyrobu tanai – najcudowniejszej tkaniny we wszechświecie. Freezer lubował się w nim podczas wypoczynku. Pościel wykonana z białego tanai po prostu sprawiała, że każdy, kto tonął w objęciach Morfeusza, budził się nowo narodzony.

Tym razem jednak nikt nie przybył na tę planetę po cudowne materiały dla jaszczura, który to po ciężkiej batalii na Namek dochodził do siebie w zupełnie nowej odsłonie – mechanicznej.

Jedną z wysłanych na Ramod była księżniczka Saiyan. Oczywiście w nosie miała problemy istot mordercy jej ludu. Planowała nawet utrudnić im poszukiwania, a jeśli się uda to uciec od tego wszystkiego raz na zawsze. Miała serdecznie dość poniżania i tej bezsilności wśród potężniejszych od niej samej. Nie miała możliwość się doskonalić, treningi trwały tylko tyle, ile trzeba, byleby nie stracić formy. Potrzebowała jedynie jakieś okazji...

Gdy Saiyanka maszerowała z wysoko podniesioną głową po kolorowych, wąskich uliczkach Aamataya nie mogła się nadziwić tutejszej architekturze. Wszędzie gdzie okiem sięgnąć znajdowały się wyciosane w drewnie, wykute w kamieniu, a także odlane w metalu kocie łby. Nie tylko jako płaskorzeźby, ale i wystające ze ścian, niekiedy groźnie łypiące na przechodniów. Wiedziała, że mieszkańcy byli pokojowo nastawieni do wielu ras, w tym z samym Changelingiem, co wypadało bardzo groteskowo. Mimo to posiadali liczne wojska, na wypadek, gdyby miało dojść do inwazji. Czy byli zaprawieni w boju? Tego nie wiedziała. Wiedziała za to, że tędy prowadził szlak handlowy.

Mijając kolejny pomnik przedstawiający tutejszą rasę, poczuła silne uderzenie w plecy, po czym zachwiała się i upadła. Nieznany osobnik  wyłożył się tuż za nią, przygniatając jej stopę. W ostatniej sekundzie zdołała wspomóc się dłońmi przed bliskim kontaktem z kostką brukową. Mieląc kąśliwą uwagę w ustach, odwróciła się do twórcy całego zajścia. Miała nadzieję, że nie był to człowiek Organizacji. Ostatnio często ją podjudzali do bitki, a że była to, nie równa walka, dziewczyna zwykle lądowała w kapsule regeneracyjnej. Ostatnio ciężko było u niej z hamowaniem emocji. Wciąż nie mogła przeboleć utraty ostatniego kolegi, z którym trafiła do niewoli. Po przegranej jaszczura z tajemniczym złotowłosym Saiyaninem wszystko się podwoiło.

— Jak chodzisz dzieciaku! — burknął zniesmaczony sprawca.

— Patrzcie go! — Sara odwarknęła. — Oczu nie masz! Sam na mnie wpadłeś pokrako!

Nim jednak się podniosła, przyjrzała się delikwentowi. Był to młody Cat. Spoglądał na Saiyankę dużymi zielonymi ślepiami, wyrażając swoje niezadowolenie. Kotowaty odziany w wyświechtane spodnie i porwaną koszulę w beżowe, pionowe pasy, oraz znoszone ciężkie buty wstał, ostatni raz łypiąc na dziewczynę. Nie miał czasu na sprzeczki z małolatami, a już na pewno nie z człekokształtną kosmitką. Wystarczająco dużo obcych panoszyło się po królestwie, toteż ciężej było rozróżnić zwykłych kupców od zarazy ze stacji Freezera. Zwłaszcza gdy zjawiali się na planecie jako cywile.

— Zejdź mi z drogi mała — Wyminął ogoniastą, niezgrabnie zahaczając o nią barkiem.

— Hej! — krzyknęła za nim oburzona. — Catcie stój!

Młodzieniec nie zamierzał słuchać smarkuli. Może nie był dużo starszy od niej, jednak nie zwykł dostawać rozkazów od dzieci, a czarnooka dla niego właśnie nią była. Tylko strój mu jakoś nie pasował. Niby nic nie widział pod ciemnym, wyświechtanym płaszczem, jednak coś mu nie dawało spokoju. Aczkolwiek nie do końca wiedział dlaczego.

— Więcej nie powtórzę — syknęła, mrużąc oczy, celując weń z otwartej dłoni. — Zrób jeszcze jeden krok, a będę strzelać.

Sarze nie podobał się ten typek. Nie dość, że potraktował ją jak jakąś włóczęgę, to jeszcze śmiał ignorować. Nawet nie przeprosił! Zastanawiała się, czy aby nie był jednym ze zbiegów, za którymi kazano się jej uganiać.

Kotowaty ani myślał słuchać nakazów. Nie wierzył, w jej słowa, ba, nawet twierdził, że takie małe i rozszczekane dziecię uderzyło się w głowę, albo rodzice jego gdzieś się czaili, by później wyskoczyć na swą ofiarę. Na samą myśl parsknął śmiechem. Podrzędni ulicznicy nie będą nim pomiatać.

Sara ściągnęła w gniewie wargi, po czym bez kolejnego ostrzeżenia wystrzeliła niewidzialną dla oka falą energetyczną prosto w plecy pyszałka. Ten nie spodziewając się ataku, upadł na twarz tak jak wcześniej dziewczyna. Uśmiechnęła się do siebie, po czym przykucnęła przy chłopaku triumfalnie. Nienawidziła, gdy ją ignorowano, zwłaszcza gdy mieli ją za nic niewartego podlotka.

— Mówiłam — zaczęła powoli. — Jako członek Kosmicznej Organizacji Handlu mam prawo pojmać cię za zniewagę oraz za utrudnianie w misji.

— Ty, w Organizacji? — bąknął niedowierzająco. — Taki smarkacz?

— Baranie, jakbyś był bardziej spostrzegawczy, to byś wiedział, że noszę strój bojowy Arconian. — Przydepnęła mu dłoń, ot złośliwie przechodząc w kierunku jego twarzy.

Próbowała być twarda i niezłomna. Usiłowała być groźna tak jak każdy inny żołnierz KOH. Czuła, że się wygłupia, że plącze się jej język, a gardło zaciska. Nie łatwo było być złym, zwłaszcza gdy jedynym przewinięciem młodzieńca było niezauważenie jej i wpadnięcie na nią. Wolnym krokiem stanęła tyłem na linii jego spojrzenia. Uwagę kotowatego przykuł ciągnięty po zakurzonych kamieniach ogon. Z wolna podniósł się, rozumiejąc tym samym, że czarnowłosa nie ma zamiaru go aresztować. Nie raz miał do czynienia z prawdziwym łotrem KOCHU — oni nie patyczkowali się z przestępcami.

— Jesteś jedną z nich — rzekł raczej do siebie.

Księżniczka odwróciła się, z miną zdradzającą pytanie jednak nic nie powiedziała. Nie była jedną z nich. Nigdy. Miała ochotę walnąć wielką wiązankę, jakoby młodzian się mylił i jak bardzo było to dla niej ujmą na honorze. Musiała jednak obejść się smakiem i zachować całą scenę wywodów jedynie w swojej głowie.

— Jesteś Saiyanką — dodał po chwili. — Mówiono, że zginęliście w wyniku zderzenia z meteorytem. Jakim cudem takie szczenię przetrwało?

— Cóż — westchnęła ciężko. Miał rację. Saiyańskie dzieci, by przetrwać inwazję, musiały skończyć w innym świecie. — Tak się składa, że Freezer osobiście nas wyplenił i nie był to na pewno meteoryt, ani asteroida. Byłam tam i jak widzisz, żyję. Taki o szczeniak! Niestety.

— Ale co to za życie?

— Nie pytaj, jest do bani — mruknęła, spuszczając wzrok — Zgaduję, że to ciebie szukają, uciekaj i o nic nie pytaj. Sama będę mieć kłopoty.

Ten kotowaty zdecydowanie pasował do uciekiniera wojennego. Niemal niewidocznie się uśmiechnął, rozumiejąc, że czas faktycznie nagli, a on siedząc tutaj, z dziewczyną pracującą dla Imperatora sam skazuje się na wyrok, za ucieczkę. Musiał przyznać, że ta mała wcale nie była podobna do ludzi organizacji. 

Nim jednak zdołał się oddalić, jego pierś przeszył czerwony promień blastera jednego z pobliskich żołnierzy skręcających w uliczkę. Chłopak padł martwy, tonąc we własnej krwi.

Sara pośpiesznie podeszła do denata, sprawdzając, czy faktycznie wyzionął ducha, po czym zerwała mu z ramienia czerwoną wstęgę. Chciała o nim pamiętać. Był pierwszym, który zginął przez nią, nawet jeśli nie chciała. Gdyby nie wpadli na siebie, przebiegłby rynek, śmiejąc się Kosmicznej Organizacji w twarz. 

— On był mój — warknęła do zbliżającego się żołdaka.

Kłamała. W normalnych okolicznościach nie byłaby w stanie z taką łatwością wmówić żołnierzom co robiła. Była przerażona, ale więcej nosiła w sobie gniewu. Na siebie, na nich, na chłopaka. Mogła go ocalić, ignorując niefortunne zderzenie. Ale nie, ona musiała pokazać, że się nie godzi na grubiański występek. Nie chciała być popychadłem! Wystarczająco nią pomiatali w kwaterze. Zdawała sobie sprawę, że mimo iż nie chciała źle, przyczyniła się do śmierci Cata, którego imienia nigdy nie miała poznać. Nie zamierzała się tłumaczyć, że chwilę wcześniej puściła go wolno, że postanawiała nie stosować się do rozkazów swych przełożonych. Spojrzała na szkarłatną taśmę trzymaną w dłoni, obiecując sobie, że gdy tylko nadarzy się okazja, ucieknie, po czym zawiązała nowo nabyty przedmiot wokół czoła, kryjąc jego węzeł pod czarną czupryną. Czy miała skończyć jak tajemniczy kotowaty i nigdy nie uciec?

***


Wróciłam do jedynego budynku, robiąc jego przegląd. Na prawo ode mnie znajdowała się maleńka jadalnia ze sporą szafą zapasów żywności. Oczywiście, bardzo mnie to ucieszyło, gdyż lubiłam jeść, a poza tym, jak niby inaczej miałabym tu przetrwać przez najbliższe pół roku? Na lewo, za czerwoną kotarą znajdowały się dwa sporych rozmiarów łoża przyozdobione kolumienkami z baldachimem. Teraz miałam pewność, że Momo nie kłamał, iż spędzać mogły tu maksymalnie dwie osoby.

Nie zastanawiając się ani chwili wskoczyłam na to bliższe, by po chwili runąć na materac, sprawdzając tym samym jego miękkość. Krzyknęłam z zachwytu, zapadając się w aksamitnej pościeli. Westchnęłam, sięgając poduszki, jednocześnie spoglądając w kamienny, kopulasty sufit. Czekało mnie pół roku w osamotnieniu. Samotność była czymś przerażającym, choć nie chciałam się do tego głośno przyznać. Nikomu. Samotność to jedyne co znałam.

Postanowiłam zdrzemnąć się przed treningiem. W końcu miałam połowę roku dla siebie i tylko siebie. Sama decydowałam, o której godzinie i jak długo będą trwały moje ćwiczenia. Vegeta mówił, że tu grawitacja była nieco cięższa, a powietrze gęściejsze. Noce zimne, wręcz lodowate, a dni zaś gorętsze. Oznaczało to, że szykował mi się tu nie byle jaki pobyt.

Bardzo szybko zapadłam w błogi sen, a w nim byli moi, już martwi rodzice. Tylko że oni w nim wcale nie zginęli. Przylecieli na Ziemię, by zabrać nas do domu – na Vegetę. Obudziłam się zlana potem, a moje ciało przeszedł dreszcz. Choć sama projekcja była marzeniem, umysł w chwili przebudzenia przeżywał w tym czasie katusze. Wiele razy śniłam o rzeczach, które nie miały racji bytu. Ani ojciec, ani też matka nie wróciłaby po mnie. Po Vegetę? Jasna sprawa, ale nie po mnie. Później sobie uświadomiłam, że nie pamiętałam twarzy matki i ojca, a jednak we śnie wierzyłam, iż nimi są. Czy kiedykolwiek miałam szansę się od tego uwolnić? 

Należało wziąć się w garść. Było ciemno. Nie ważne jak bardzo próbowałam wytężyć wzrok, jedyne co dostrzegałam w mroku to zarysy poszczególnych przedmiotów. Wstałam, z nadwyraz wygodnego łoża, by po omacku przyodziać płaszcz, z którym się praktycznie nie rozstawałam.

Niemal po omacku wyszłam z kamiennej budowli. Otoczyła mnie niekończąca się otchłań pociemniałej już bieli. Zadrżałam pod wpływem niskiej temperatury, po czym szczelnie owinęłam się materiałem, by wziąć parę uspokajających wdechów. W końcu w miarę oczyściłam umysł i rozluźniłam napięte od chłodu mięśnie.

Zaczęłam w sobie skupiać energię, która wzbierała we mnie niczym burza. KI, która krążyła w mym ciele była przyjemnie rozgrzewająca. Włosy uniosły się ku górze, falując przy wydobywającej się z wnętrza mocy. Płaszcz także powędrował w powietrze. Zaczęłam krzyczeć w eter, co pomagało mi w uwolnieniu kolejnych uśpionych pokładów energii. Trwało to może z parę minut.

Gdy ustabilizowałam moc, przeszłam do kolejnego etapu — walka z niewidzialnym przeciwnikiem. To było coś, co lubiłam najbardziej. Może dlatego, że nikt nie był w stanie mnie wtedy skrzywdzić. Wystrzeliłam pięć blado-żółtych pocisków w dal po czy zdematerializowałam się parę metrów dalej, tak by pociski zmierzały w moją stronę. Musiałam się wysilić, by tego dokonać. Nie byłam tak szybka, jak bym tego chciała. Miałam nadzieję, wszystkie odbić, lecz nie zdążyłam. Zmuszona byłam przyjąć trzy z nich na siebie. Dwa pierwsze zdążyły poszybować gdzieś w głąb nieskończonej nicości. problemu odbiłam.

Skoncentrowałam więcej energii w dłoniach, po czym wydaliłam ją przed siebie. Ponownie ruszyłam w pościg za falą energetyczną. I tym razem byłam za wolna. Powtarzałam tę czynność tak długo, aż wreszcie udało mi się być o włos przed nią. Nadziałam się i nie byłam w stanie jej odrzucić. Zbyt mało czasu. By nie przypiec sobie ramienia, postanowiłam przyjąć pozycję obronną. Niestety w mojej głowie wszystko wydawało się prostsze. KI dosłownie mnie zmiażdżyło, upadłam, mocno waląc głową o podłoże. Było naprawdę twarde. 

Pozostając w pozycji leżącej, postanowiłam odpocząć. Dość długo forsowałam się przy dotychczasowym ćwiczeniu. Gdy wreszcie złapałam oddech, zdecydowałam biegać dookoła budynku. Nie liczył się w tej chwili dystans, a szybkość. Wciąż byłam za wolna, a jeśli nie miałam możliwości się rozpędzić, dotychczasowy trening nie miał żadnego sensu.

Nie mogłam sobie pozwolić na słabość i lenistwo. Czas, który mi pozostał, tylko na pozór wydawał się długi. Zdawałam sobie sprawę, że znalazłam się tu tylko i wyłącznie z powodu tego potwora Komórczaka, którego miałam okazję spotkać na własne oczy. Obiecałam temu biesowi, że spotkamy się na tym jego głupkowatym turnieju o losy planety. W sumie nie tylko tej, ale i całego wszechświata. A niech go szlag! Mój gniew na samą myśl stał się większy. Choć żyłam, tu zaledwie kilkanaście miesięcy zdążyłam polubić ten glob. Była to najpiękniejsza planeta, jaką w życiu dane mi było zobaczyć. Dostrzegałam też, jak bardzo zależało na niej Gohanowi i jakże dziękował losowi, że właśnie tu przyszło mu żyć. Nie żałował, iż jego ojciec nie miał możliwości wychować się na ojczystej planecie.

Gdy minęło paręnaście dni, wreszcie odczułam kiełkujące efekty. Postanowiłam więc utrudnić sobie to wszystko kamieniem Mandaru. Temu, któremu zawdzięczałam życie po przybyciu na Ziemię. Byłam zmęczona, więc ciążenie, jakie by na mnie padło mogło zamienić się w dobry i skuteczny trening. Vegeta wielokrotnie wspominał, że zaprawa pod sporym ciążeniem daje wielce zadowalające rezultaty.

Wbiegłam czym prędzej po schodkach do pomieszczenia sypialnego i przypięłam kamień w rowek klipsa, tam, gdzie było jego miejsce. Jak zawsze pasował idealnie. W biegu zarzuciłam pelerynę i ledwo doszłam do stopni; Zachwiałam się, upadając na białe podłoże. Syknęłam z bólu oraz niezadowolenia. Nie sądziłam, że grawitacja Mandarkery, aż tak przygwoździ mnie. Jednak długi odpoczynek od cięższego przyciągania właśnie zbierał swoje żniwo. A może po prostu nie dało się za nic przyzwyczaić do tej miażdżącej siły? Naturalnie, to było nic w porównaniu z tym, co musiałam przeżyć za pierwszym razem, gdy musiałam zmierzyć się z tą magiczną siłą. Kolejne próby ujarzmienia mocy także nie należały do idealnych.

Wróciły wspomnienia, gdy będąc jeszcze małym smarkiem, usiłowałam stać się tym, kim byłam dziś. Sycząc pod nosem, podniosłam się z podłoża. Zdematerializowałam się na tyle daleko by nie uszkodzić ćwiczeniami budowli, lecz na tyle blisko by mieć ją na oku. Loty były wciąż sporo wolniejsze niż przed założeniem magicznego kamienia, jednak nie miałam zamiaru się poddawać. Co to, to nie! Chciałam wrócić silniejsza i większa w oczach brata. Każdego dnia walczyłam o uznanie.

Zaczęło się robić goręcej. Czułam, jak oddech staje się coraz cięższy i palący. Jednak wciąż znośny. Spojrzałam wokoło zaintrygowana obecnym zjawiskiem. Było coraz jaśniej. Powoli nastawał ranek, o ile można było to tak nazwać. Gdy wróciłam do kawałka Rajskiego Pałacu, zegar wskazywał dwunastą. Wzmagałam się ze sobą dobre piętnaście godzin, co sprawiło mi nie lada radość.

Wycieńczona weszłam do pomieszczenia sypialnego, skąd skierowałam się do łaźni z dużą, białą wanną. Poczułam momentalnie napływ niewielkiej energii na jej widok. Tak bardzo marzyła mi się relaksująca kąpiel, że weszłam do urządzenia sanitarnego, a raczej wpadłam doń w pełnym rynsztunku, a dopiero potem odkręciłem gorącą wodę. Cóż, odzież także należało odświeżyć. Byłam spocona jak wieprz. Od kilku dni nie rozstawałam się z ubraniem, notorycznie go katując. Nim jednak zdążyłam wyjść z wanny, zasnęłam. Przemęczenie wygrało.

***
Minął miesiąc, odkąd weszłam do specjalnej sali treningowej. Miałam jeszcze dużo czasu na to, by się dobrze wyszkolić. Ćwiczyłam ostro, uparcie i niemal bez przerwy. Nawet po śmierci Freezera i króla Korda mój trzyletni trening nie był tak morderczy, jak ten tutaj. Tam miałam kłopotliwsze warunki jak choćby wiecznie obserwujące twarze.

Bardzo pragnęłam zrobić olbrzymie wrażenie na Vegecie. Chciałam mu pokazać, że potrafię być wojownikiem! Że chcę, że będę silna i mogę być godna swojego królewskiego tytułu w całej okazałości. Choć przede mną była wciąż daleka droga, nie miałam zamiaru się poddawać. Skoro mieszaniec mógł być złotowłosym, ja także miałam do tego predyspozycje. A nawet uważałam, że jest to konieczne.

Wycieńczona po kolejnych godzinach tortur na własnym ciele przeszukałam tutejszą spiżarkę i wybrałam parę owoców oraz surowe mięso. Podrzuciłam kawałek mięsiwa, podpiekając je trochę pociskiem. Ugryzłam kęs, po czym się skrzywiłam. Nie było to takie dobre, a nawet w ogóle. Chociaż zazwyczaj takie jedzenie jadałam. To, co podawał Momo, bez dwóch zdań było o niebo lepsze. W porze obiadowej czułam się jak na podrzędnym statku Kosmicznej Organizacji, gdzie jadło zwykle smakowało jak brudna podeszwa. Kucharką w końcu też nie byłam. Nalałam soku do szklanki, usiadłam na krześle i jak zawsze wlepiłam wzrok w olbrzymie kopuły na sklepieniu. To miejsce było niesamowite. Westchnęłam, po czym upiłam spory łyk zimnego, owocowego płynu. Marzyłam głośno o tym, jak  to cudownie byłoby stać się super wojownikiem. Son Gohanowi się udało, a nie był nawet czystej krwi. Ugryzłam kolejny kęs, jednocześnie stwierdzając, że mięso z ognia jest lepsze od tego przypalanego energią.

Za każdym razem, gdy wątpiłam w swoje umiejętności, przed oczami pojawiał się ten perfidny uśmiech księcia, tak bardzo wyrażający, że miernoty niczego osiągnąć nie mogą. Nie mają prawa stąpać po ziemi, ba, tym bardziej nie mają prawa do wszelkiego tytułu. Pomimo swojego pochodzenia często dostrzegałam w nim właśnie takie przesłanki. Czy to miało może coś wspólnego z moją płcią?

Wróciłam na plac boju z nieco naładowanymi bateriami. Nagle zrobiło się bardzo gorąco. Powietrze niemalże przyjęło czerwonawy kolor. Pojawił się po mojej lewej stronie płomienny gejzer, strzelający hen wysoko. Uskoczyłam spanikowana, czując niemiłe oparzenie mimo kombinezonu wykonanego przez Bulmę.

Co to właściwie było?!

Kolejny pojawił się, lecz tym razem po prawej stronie. Nie wiedziałam, co się tutaj dzieje. Nie miałam pojęcia, jak mam się zachować. Buchnęło mi wreszcie przed twarzą! Upadłam w tył. Przerażona o swoją facjatę zaczęłam chaotycznie nabierać powietrza. Te płomienie pojawiały się coraz częściej i gęściej. Z każdej strony, dosłownie wszędzie! Zaczęłam dematerializować się z miejsca na miejsce, by się nie usmażyć. Po chwili jednak stwierdziłam, że oto nadała się idealna okazja, by zaprawiać się w zanzokenie.

Po półtorej godziny ciągłego przemieszczania się wokół palących słupów ognia powietrze nie nadawało się do wdychania. Było niesamowicie gorące, parzyło mnie w płucach zupełnie jak wtedy, gdy na ognistej planecie Sand byłam zmuszona spędzić tydzień w poszukiwaniu tamtejszych drogocennych minerałów dla Organizacji, rzecz jasna. Kilkoro zwiadowców padło jednej z ostatnich nocy z odwodnienia. Ja byłam na skraju wykończenia, jednak w porę zjawili się Ginyū Force. Choć nie chciałam trzymać tego w pamięci, musiałam tym cholernym draniom być wdzięczna za ocalenie skóry. Na samo wspomnienie tego okresu dostałam zawrotów głowy. Zaczęłam się dusić, a zmęczenie sprawiało, że mgłą zaszły mi oczy. Dosłownie z sekundy na sekundę czułam, jak nogi odmawiają mi posłuszeństwa. Nie będąc w stanie zapanować nad umęczonym ciałem, upadłam. Dopiero teraz dostrzegałam, że byłam cała poparzona. Gdyby nie fakt, że owinęłam ogon wokół tułowia, mogłabym się z nim już dawno pożegnać. Tego byłam pewna jak niczego innego. Grillowanego futra nie zamierzałam oglądać.

Przeczołgałam się do stopni, co zajęło mi dobre dwadzieścia pięć czy osiem minut. Liczyłam swój czas, chcąc zająć choć trochę głowę. Nie chciałam stracić świadomości, a byłam tego bardzo, bardzo bliska. Wymęczyłam się jak konający zwierz, by dotrzeć do łazienki. Resztkami sił odkręciłam lodowatą wodę, lecz nie zdołałam już wejść do wanny. Leżałam na kamiennej posadzce, czekając z upragnieniem, aż woda się przeleje i zamoczy, choć odrobinę przegrzane ciało. Coś mi mówiło, że błędem było wybranie zimnej wody, jednak zaduch, jaki mnie ogarnął wcześniej, zamroczył zdrowy rozsądek. Miałam jednak nadzieję, że oparzenia są powierzchowne i w kontakcie z płynem nie dojdzie do niepożądanych efektów.

Kiedy wanna wypełniła się wodą ponad brzegi, strumień ochłodził niewielką część skóry. Podniosłam się na rękach, a następnie przeczołgałam pod wypływającą ciecz, po czym sapnęłam nie, tyle że zmęczenia co z bólu. Czułam mimo to niesamowitą ulgę, przynajmniej na chwilę. W powietrzu rozniosła się para studzonej skóry i kombinezonu. Gdy już doszłam do siebie, wyszłam z podłogowej kąpieli, kierując się prosto do łóżka. W drodze powrotnej zdałam sobie sprawę, iż to miejsce było niesamowicie przesycone magią. Chyba nawet nie chciałam wiedzieć jakiej. Moją głowę zaprzątały myśli o płomiennych gejzerach, które nie pozostawiały po sobie żadnych dziur w bezkresie codziennej bieli. 

***

Ocknęłam się trzy dni później. Na rękach i nogach miałam liczne ślady po oparzeniach. Przeszukałam całe pomieszczenie, by znaleźć coś na te rany. Zrobiłam przy tym niezły bałagan. Na moje szczęście to miejsce było wyposażone w tego typu maści. Wysmarowałam urazy, marząc o kapsule regeneracyjnej, po czym wróciłam do ćwiczeń. Trzy dni odpoczynku to zdecydowanie zbyt długi okres. Musiałam nadrobić przespany czas. Przecież nie byłam tu na wakacjach!

Rany na ciele nieco przeszkadzały w wysiłku fizycznym, ale co mogłam na to poradzić? Właściwie to nic. Zaczęłam robić pompki, by wzmocnić ręce. Niezbyt lubiłam tę czynność. W walce przecież bardzo ważnie były dłonie, nadgarstki, łokcie, a nawet przedramiona. Walka na gołe pięści także mogła się rozegrać, a moje były zdecydowanie bez siły. Na samą myśl, że były ze trzy razy mniejsze od tych, które posiadał przeciwnik, zaciskałam boleśnie szczękę. Po męczących, parogodzinnych pompkach nie tylko na pełnych dłoniach, ale i palcach położyłam się na plecy, by odpocząć. Wymasowałam przesilone nadgarstki, co sprawiło mi ogromny ból. Pragnęłam podwyższyć swoje kwalifikacje do niewyobrażalnie wysokiego poziomu, jednak wiedziałam, że pół roku to zdecydowanie zbyt krótki okres, by osiągnąć swój upragniony cel. Zastanawiałam się także czy nie zostać tu nieco dłużej, a na dole wmówić wszystkim, że najzwyczajniej w świecie się zgubiłam. Było to przecież realne zagrożenie, każdy mógł łyknąć to kłamstewko, a nawet i współczuć związanego z tym stresu. Choć plan wydawał się genialnym, obawiałam się spóźnienia na turniej i przegapienia szansy pojedynkowania się. Nawet jeśli byłam dla stwora jedynie źdźbłem trawy. Bronić mimo wszystko musiałam się nauczyć.

Wyobraziłam sobie, jak Vegeta nie tylko zagradza mi drogę do cyborga, ale sam skutecznie nokautuje mnie przed próbą podjęcia walki. Nim wypędziłam z głowy niezadowalające myśli, zdążyłam się zniechęcić do dalszego treningu. Miałam wciąż troszkę czasu na podjęcie decyzji. Lepiej było nie zawracać sobie teraz głowy. Jeśli chciałam dopiąć swego i zmierzyć się z przeciwnikiem musiałam nie tylko sobie udowodnić, że mam jakieś szanse.