16 sierpnia 2018

*24. Zagubiona


Upłynęły trzy miesiące od wejścia do Sali Ducha i Czasu. I pomyśleć, że na Ziemi to zaledwie parę godzin, jak nie mniej. Ostro trenowałam po tym jakże realistycznym śnie. Zaparłam się, jak jeszcze nigdy przedtem. Głęboko wierzyłam, że jeśli we śnie potrafiłam stać się super wojownikiem, a przynajmniej coś na kształt niego, to dlaczego nie mogłabym w prawdziwym życiu? Po tym przeklętym koszmarze z namiastką obłudy długo dochodziłam do siebie. Wciąż miałam przed oczami obraz rodziców, tym razem tak żywych.
Tamtego potwornego dnia przyrzekłam sobie pomścić rodzinę i saiyański ród. Lata mijały, a ja wciąż nie potrafiłam tego uczynić. Ostatecznie potwór został zlikwidowany, lecz posmak goryczy w ustach pozostał. Ten fakt dołował mnie chyba najmocniej ze wszystkich. Czy musiałam zstąpić do piekieł, by móc dokonać własnej zemsty?

Byłam wytrwała jak do tej pory w tym, co robiłam i nie chciałam, by stało się inaczej. Każdego dnia i każdej nocy starałam się podnieść swój poziom diametralnie. Nie było mowy o żadnych sjestach! Gorące dni leczyłam maściami na oparzenia. W morderczo mroźne noce zaopatrywałam się specyfikami na odmrożenia. Dobrze, że twórca tej komnaty w ogóle pomyślał o czymś takim. Wszystko wydawało się dopracowane na ostatni guzik.

Dzień mijał za dniem, miesiąc za miesiącem, aż w końcu zostały mi dwa dni do powrotu na Ziemię. Stwierdziłam, że przedostatniego dnia będę trenować, a drugiego odpoczywać. W końcu trzeciego miała rozpocząć się walka, gdzie musieliśmy się stawić na macie turniej u potwornego Komórczaka.

Po lekkim śniadaniu ruszyłam do codziennej czynności. Kopałam, skakałam, strzelałam, latałam, aż w końcu przypomniało mi się, że zapomniałam wytrenować ogon. W ogóle tak się zawzięłam, by osiągnąć nową, i wciąż nieosiągalną super moc, że wypadło mi z głowy niwelowanie największych słabości. Czy miałam wystarczająco czasu? Wcale. Pozostało mieć nadzieję, że choć trochę uda mi się coś wskórać nim zabije dzwon. Wyobraziłam sobie, jak Vegeta z odrazą odrywa moją saiyańską własność. Ogon to słabość! Pozbądź się go! — wyszeptał jego głos w mojej głowie. Po moim trupie!

Ostro zabrałam się za uciskanie ogonka w palcach. Sprawiało mi to ból, lecz starałam się opanować to uczucie, ciskając ogon jeszcze mocniej. Za każdym razem ledwo stałam na nogach, by następnie paść na twarz umęczona jak po mega maratonie. Miałam ochotę zemdleć. Nie chciałam tego przyznawać, ale książę miał rację — mój ogon był w tej chwili przekleństwem. Każdy, kto znał słabość Saiyan, mógł mnie podejść, a następnie zabić. 

Pomyślałam sobie, że dla urozmaicenia treningu mogłabym spacerować, ale dopiero po tym, jak już będę w stanie ustać... Było to dla mnie wręcz niemożliwe. Za każdym razem, gdy ścisnęłam puchatą kończynę, przeszywał mnie paraliżujący prąd, kończący się omdleniem. Bardzo żałowałam pozostałego czasu.

Jak siły ponownie zawitały w moim ciele, ponowiłam próbę i od nowa i od nowa. Wiadomo, jak to się skończyło. Stwierdziłam wreszcie, że to nie ma najmniejszego sensu. To wyglądało gorzej niż walka z misterną Mandarkerą. Potrzebowałam czegoś do usprawnienia treningu. Każdorazowe wypuszczenie z rąk ogona było porażką, nad którą nie potrafiłam zapanować. Wreszcie doznałam olśnienia. Trunks podarował mi sakwę ze wstążką! Idealnie nadawała się do zadania. Czemu wcześniej na to nie wpadłam? Dlaczego od razu jej nie przywiązałam do ogona? Zmieliłam przekleństwo w ustach, pędząc na złamanie karku do kopulastej budowli, gdzie na stoliku leżała porzucona przeze mnie sakiewka w dniu przybycia. Wreszcie z entuzjazmem obwiązałam najsłabszy punkt na ciele. Nie za mocno, by nie zemdleć, lecz nie zbyt luźno.

Pomysł okazał się idealnym rozwiązaniem. Miałam wolne ręce, by wspierać się przed upadkiem, by móc przemierzać okolicę, choćby czołgając się, ale jednak pozostając w ruchu. Trening do złudzenia przypominał ten pod wpływem miażdżącej mocy magicznego kamienia. Sytuacja wyglądała jednak nieco inaczej — przed oczami nie majaczyły mi mroki, przypominające czarne demony. Nie byłam gnieciona niewidzialną siłą, a jedynie mocno osłabiona. Kręciło mi się w głowie, z początku słyszałam piszczenie w uszach, lecz z czasem byłam w stanie się przystosować. Gdy następowała poprawa, obwiązywałam ogon mocniej. I od nowa.

Zrobiło się nienaturalnie zimno, tak nagle. Oznaczało to, że nadeszła noc. Rozejrzałam się za jedyną budowlą na tym pustkowiu, by w razie potrzeby wiedzieć, w którą stronę się udać. Niestety nie mogłam jej dostrzec. Z niedowierzaniem ponownie przeczesałam wzrokiem teren. Nie chciałam panikować, ale to uczyniłam. Zerwałam się w jedną, a później w przeciwną stronę. Nie mogłam się przecież zgubić! To musiał być jakiś absurd! Cały czas pilnowałam się, by do tego nie dopuścić. Nie mogłam przecież odejść daleko.
Wzbiłam się może na dwadzieścia metrów, by odnaleźć obiekt moich poszukiwań. Na próżno. Nic nie dostrzegłam poza bezgraniczną szarością spotęgowaną niską temperaturą. Nicość kolejny raz stała się przytłaczająca, mimo iż zdążyłam się do niej przyzwyczaić przez ten czas. Wróciłam na dół z posępną miną. Nie mogłam uwierzyć, że dopuściłam do takiej sytuacji.

Usiadłam bezradnie na podłożu, zastanawiając się co robić. To był po prostu absurd, czysty nie fart, złośliwość losu, ot co! Siedząc jak zbity pies, ponownie poczęłam rozglądać się po okolicy, wpatrując wyjścia. Nawet zdawałam sobie sprawę, że to bezsensowne. Siedząc w jednym miejscu, nie mogłabym niczego dopatrzyć. Beznadziejność sytuacji jednak mnie przytłaczała, a rozglądanie się dookoła niejako miało podnieść mnie na duchu. Bezskutecznie. Wreszcie skupiłam swój wzrok na ogonie przyozdobionym żółtą wstęgą. Nawet nie zauważyłam, kiedy przestała mi ciążyć więc zacisnęłam ją mocniej. Delikatnie zakręciło mi się w głowie. Nie było czasu na wzdychanie, odpoczywanie czy lament. Musiałam jak najszybciej odnaleźć wyjście z tego przeklętego miejsca i ruszyć na turniej.

Czas mijał, a ja wciąż wędrowałam. Bez rezultatu. Odporność na ucisk stopniowo rosła, tak samo, jak frustracja z obecnej sytuacji. Temperatura spadła poniżej zera, a ja nie miałam przy sobie płaszczu, by się nim opatulić. Zmęczona, obolała i głodna padłam na zimne podłoże, rezygnując z dalszej wędrówki. Potrzebowałam odpoczynku. Spanie w lodowatej nicości nie było dobrym pomysłem, ale na nic więcej nie miałam sił. Zasnęłam dość szybko, a kiedy się ocknęłam, było już bardzo gorąco. Upał dokuczał tak mocno, że miałam wrażenie, iż zaraz upadnę, a dopiero co się podniosłam. Pojawiło się potworne pragnienie. 

Człapałam w nieznanym mi kierunku, starając się iść cały czas w jedną stronę. Wreszcie podwinęła mi się noga i wywinęłam orła. W ostatniej chwili zasłoniłam twarz, by w razie co nie wybić zębów. Westchnęłam ciężko ze zrezygnowania. Czy jeszcze długo miałam błądzić po tym cholernym miejscu? Jednak mimo niechęci podniosłam się, ociężale ruszając przed siebie. Znów. Myśl o tym, że przez głupotę mogłam przegapić turniej, podnosił mi ciśnienie. To z kolei pozwalało mi na dalszą tułaczkę. Żołądek krzyczał z głodu. Jedynym pocieszeniem był fakt, że do zamknięcia się drzwi wymiaru miałam pół roku. Do tego czasu na pewno znalazłabym wyjście. Tylko czy byłoby ono po drugiej stronie czynne? Jeśli Komórczak miał zwyciężyć, nie było co liczyć na szczęśliwy powrót.

Nie chciałam myśleć o tym, co by było, gdybym została tutaj na zawsze. Nie mogłam dopuścić do siebie takiej myśli! Ja musiałam stawić się na tym przeklętym turnieju! Nie mogło mnie to ominąć. Nie po to tutaj wchodziłam, żeby zostać w tej bieli aż do śmierci!

Wzięłam do płuc niemałą ilość gorącego powietrza. Był nie przyjemny, zupełnie jak na przeklętej planecie Sand. Po długich godzinach poszukiwań wpadłam w furię. Zaczęły dokuczać mi miraże. Za każdym razem, kiedy widziałam wyjście z tej cholernej sali, okazywało się, że to było tylko przywidzenie… Zaczynałam powoli mieć wrażenie, że utknę tu na zawsze. Traciłam wszelką nadzieję. Ta, która nie dała się złamać bestialstwu Organizacji i ta sama, która uparcie ufała sobie, iż jej brat żyje, ba, że go odnajdzie! A teraz? Nie miałam mocy na żadne przeświadczenia.

Przeraziło mnie moje myślenie i poddanie. Gdzieś we wnętrzu poczułam bolesne ukłucie, które nie dawało mi spokoju, nie pozwalało oddychać, ani myśleć. Narastający gniew na swe jestestwo sprawiał, iż krew w żyłach zaczęła wrzeć. Niespodziewanie wróciły mi siły nie tylko witalne, ale i zapał do dalszego działania. Księżniczka przecież nigdy się nie poddaje! NIGDY.

Kolejny raz podniosłam się z podłoża. Zacisnęłam zęby na wardze, głośno stękając. Marzyłam o chłodnej kąpieli w strumyku. O szeleście liści na wietrze i o przyjemnym ciepłym słońcu na twarzy. To wszystko miało przepaść! Nie chciałam pożegnać się z tymi odczuciami, a spełnić je w najbliższym czasie. Sapnęłam w gniewie. Chociaż nogi trzęsły się jak galarety, to usiłowałam iść dalej. Przed siebie. Upadek, podniesienie się. Kolejny upadek. Nie mogłam się poddać. Nie teraz, nie tutaj. Nie w ten sposób!

Znowu temperatura się zmieniła. Mijała kolejna doba, a ja winnam była właśnie opuszczać tajemniczy wymiar. Vegeta musiał stać przed drzwiami, wyczekując mego powrotu. Nic takiego jednak nie mogło mieć miejsca. Leżałam w kałuży własnego potu, wpatrując się w białą otchłań. Prawdę mówiąc, nie miałam ochoty nawet na nią patrzeć. Była przeklęcie wkurzająca i mdląca jednocześnie. Niestety, byłam zmuszona mieć oczy szeroko otwarte na wypadek, gdyby te przeklęte złudzenia miały okazać się prawdą.

Użalając się nad przeklętym losem, poruszyłam ogonem i doznałam oświecenia. Potrzebowałam energii. Nie dużo, ale tyle, by móc wznieść się ku górze, skąd byłoby mi łatwiej wrócić do budowli. A przynajmniej chciałam mieć taką nadzieję. Zerwałam żółtą wstążkę, jednocześnie łapiąc haust chłodnego powietrza. To było to. Mogłam oddychać! Wziąć większy wdech. Zawirowania ustały. Nie czułam się wcale lepiej, ale to wystarczyło, by móc cokolwiek zrobić. Tak się zestresowałam swoim beznadziejnym położeniem, że zupełnie zapomniałam o swoim treningu.

Podniosłam się, wzięłam nosem, po czym wykonałam oczyszczający umysł wydech ustami. Ostrożnie wzbiłam się w powietrze. W duszy powtarzałam sobie, że odnajdę drogę, że wyjdę i nigdy więcej tu nie wrócę! Nie ukrywajmy, każdy chciałby wrócić do miejsca, w którym czas płynie inaczej i szybko. Może się wzmocnić, nie tracąc dni, miesięcy czy lat na osiągnięcie celu. Ale nie ja. Nie po tym, co przeżyłam. Strach, że mogłabym zgubić się ponownie i nie mieć szansy na powrót... Paraliżowała.

Nie tracąc nadziei, dłuższy czas utrzymywałam jednostajny lot. Momentami miałam dość. Marzyłam, by przestać, upaść i zasnąć, lecz czas, który tutaj spędziłam w strachu, nie pozwalał mi na takie zachowanie. Biłam się z własnymi myślami. Była to tak zacięta wojna, że wreszcie w amoku dostrzegłam majaczący kształt w oddali. Przystanęłam, otarłam pot z czoła. Byłam wycieńczona. Wiedziałam, iż znowu mam omamy, jednak nie mogłam przejść koło nich obojętnie. Nawet zwidy mogły być prawdziwe. Gdybym je ominęła, a później okazałoby się, że znalazłam wyjście... Nigdy bym sobie nie wybaczyła.

Majaczący w oddali punkt powiększał się, nabierał kształtów, aż wreszcie przestał dygotać. Moim oczom ukazała się kopulasta budowla z dwiema potężnymi klepsydrami po bokach. W momencie oczy zaszły mi mgłą. Gdybym miała czym, zaczęłabym płakać. Nie sądziłam, że kiedykolwiek rzeczy martwe doprowadzą mnie do takiego stanu. Organizm nie miał jednak czym zaszlochać. Ruszyłam do przodu, powłócząc nogami i ogonem. Z każdym krokiem byłam coraz słabsza. Nie mogłam jednak się poddać. Nie wolno mi było. Nie w tej chwili. Ostatni krok, jaki wykonałam, sprawił, że upadłam. Ostatkiem sił doczołgałam się do białych, marmurowych stopni.

***

OOcknęłam się, przecierając piekące oczy. Czułam się jak zardzewiały wrak. W ustach miałam największą pustynię świata. Spojrzałam przed siebie i dostrzegłam coś dziwnego. Zamrugałam kilkukrotnie, zdając sobie jednocześnie sprawę, że patrzę na schody prowadzące do budynku. Chwilę mi zajęło pojęcie sytuacji. Jak znalazłam się w tym miejscu i wcale to nie był zwykły trening i zwyczajne zaśnięcie z wycieńczenia. Wiele godzin zmagałam się z powrotem do tego miejsca. Gdy już mój mózg przetrawił wszystkie informacje, zerwałam się na nogi, by pognać do środka. Niestety zachwiałam się i upadłam. Sen może dał mi odrobinę siły, jednak nie wystarczająco dużo by się forsować na wariata. Entuzjazm jednakowoż wygrał z rozsądkiem. Uspokajając szalejące w piersi serce, powoli wgramoliłam się na stopnie, a następnie udałam się w miejsce, gdzie zostawiłam swoją płachtę i magiczny kamień. Spojrzałam na zegar. Minęło siedem miesięcy od mojego wejścia. SZLAG!

Czas, który tutaj spędziłam, był jak kubeł zmrożonej cieczy. Miesiąc. Tyle mi zajęło poszukiwanie drogi powrotnej?! Nie mogłam w to uwierzyć. Czy oznaczało to, że tygodniami leżałam bezwładnie w bieli? To cud, że nie umarłam w tym miejscu! Na samą myśl żołądek się zasupłał. Jak to możliwe, że nie przekręciłam się z głodu i pragnienia? Czy determinacja powrotu była tego powodem? Niestety nie miałam czasu jeść, musiałam stąd jak najszybciej wyjść!

Poczłapałam do drzwi. Zanim moim oczom ukazał się Rajski Pałac, oślepiło mnie światło, zapewne oddzielające dwa wymiary. Chciałam wbiec na środek dziedzińca, krzycząc wniebogłosy, że wróciłam. Niestety mogłam to uczynić jedynie we własnej głowie. Osłabiona z trudem doczłapałam się do wyjścia. Nie zdążyłam nawet zamknąć wrót, kiedy upadłam na kamienną posadzkę. Ten rozpad był zgoła inny — radosny. Wróciłam.

Spóźniłam się. Świadczyła o tym również pusta okolica. Nikt na mnie nie czekał. Westchnęłam ciężko. Nie tak sobie wyobrażałam powitanie. Zasłużyłam sobie. Jednak po jakimś czasie pojawił się Dende, nieśmiało oświadczając, że walka toczy się już od paru dobrych godzin, ale wciąż jest daleka rozwiązaniu. Pomógł mi wstać. Spoglądał z troską i obawą.

— Gdybym się nie zgubiła... — Zaczęłam swój marny wywód.

— Zgubiłaś się? — przerwał mi.

— Tak — odparłam z goryczą, spoglądając gdzieś w siną dal. Wstyd było mi spojrzeć młodemu bogowi w twarz.

— Cieszę się, że odnalazłaś drogę.

Na samą myśl się skrzywiłam. Roztrząsanie niedoszłego zajścia nie miało w tej chwili żadnego sensu. Musiałam ruszać w dalszą drogę. Tam w dole toczyła się walka, a ja nie miałam pojęcia, co zaszło pod moją nieobecność. Czy mój brat był bezpieczny? Czy ktoś jeszcze ucierpiał? W głowie obijały się o siebie myśli, a ja nie wiedziałam, o co zapytać w pierwszej kolejności.

— Nie mam czasu na pogawędki! — krzyknęłam, starając się dobiec do skraju pałacu. Bardziej przypominało to chód na wpół martwego stwora. — Czas nagli!

— Poczekaj! — zawołał z troską nowy Wszechmogący. — Jesteś wyczerpana. Tak na pewno nikomu nie pomożesz.

Spojrzałam na przedmówcę wielkimi oczyma. Owszem, byłam na skraju wytrzymałości. W dodatku nie jadłam od miesiąca i według chłodnej kalkulacji większość czasu przeleżałam nieprzytomnie na białym podłożu. W momencie ugięły się pode mną nogi, a żołądek boleśnie dał o sobie znać. Poczułam jak płoną mi policzki, gdy Dende spojrzał na mnie wielkimi oczyma.

Po tym, jak Namekanin z uzdrawiającymi mocami udzielił mi pomocy, zeskoczyłam w dół. Na szczęście wiedziałam, gdzie odbywał się turniej, toteż nie miałam większego problemu obrać kursu, z resztą Gokū uczył mnie, jak odszukiwać energię także przy maksymalnym skupieniu nie było większego problemu w obraniu kursu. Starałam się jak najszybciej dostać się do reszty, a nie wyczuwałam w tej chwili żadnej walki. Czy właśnie robili sobie jakąś przerwę?

Leciałam z zawrotną prędkością. Ledwo dostrzegałam, co się znajduje w okolicy. Nie dbałam o to, czy wiatr zasłania mi widoczność, czy oczy wysychają od nadmiaru powietrza. Musiałam jak najszybciej dostać się w wyznaczone pole turnieju. Zdawałam sobie sprawę, iż tylko brakowało mnie.

Słońce na niebie było już bardzo wysoko i nie dostrzegałam nigdzie żadnej chmury. Zapowiadał się piękny dzień, ale czy dla wszystkich? Czy planeta tego dnia też miała mieć dobry czas? Czy może jednak było to z jej strony pożegnanie, w pięknych barwach, ze stoickim spokojem?

Miałam nadzieję, że to pierwsze.

Do głowy wszedł mi obraz zawiedzionego księcia Saiyan. Zacisnęłam pięść, z myślą jak musi na mnie kląć. Nieposłuszna siostra. Podstępna żmija, która specjalnie opóźniła swoje wyjście z komnaty. Byłam szczerze zaskoczona, iż nie został w pałacu, czekając na mnie, by tylko wyjechać z pełną gębą przekleństw. Nic jednak takiego się nie wydarzyło. Powitała mnie pustka. A może właśnie nie zamierzał na mnie czekać? Najwidoczniej w nosie miał moje opóźnienie.

Im bliżej byłam, tym napięcie rosło coraz bardziej, a gdy wreszcie w oddali zobaczyłam sporych rozmiarów dziurę, z nieukrywanym zaskoczeniem na twarzy doleciałam do reszty. Wylądowałam obok Tien Shinhana. Mężczyzna jeknął nie kryjąc przy tym zaskoczenia. Zdziwiłam się, bo myślałam, że wszyscy potrafią wychwycić czyjąś energię i moja obecność nikogo nie zszokuje.

— Wybaczcie za spóźnienie, coś mi wypadło! — zawołałam, spoglądając po kolei na wojowników, którzy stali na wzniesieniu.

Vegeta warknął, a może jednak prychnął? Jego zachowanie było typowe. Żadnego innego nawet nie można było się co spodziewać. Gbur. Nie pamiętałam go takiego, gdy mieszkaliśmy na Vegecie, ale możliwe, że po prostu nie miałam okazji się z tym spotkać. Bolało mnie, że traktowana byłam przez niego z uprzedzeniem. Wiedziałam, że był mym bratem, a jednak nie był tą samą osobą, jaką zapamiętałam. Łypał na mnie tymi swoimi węgielkami, oczekując wyjaśnień i to natychmiast. A może miałam zakrzywiony obraz? Może nie pamiętałam wszystkiego? Byłam przecież tylko małym smarkaczem.

— No… — mruknęłam wstydliwie, jednocześnie oglądając swoje białe buty. — Się zgubiłam... No wiecie... W tej sali treningowej. Nic takiego... Ważne, że dotarłam co nie?

—  To wyjaśnia, czemu nie wyszłaś z sali na czas. — skwitował Trunks.

— To niczego nie wyjaśnia — prychnął książę. — Miałaś się pilnować. Tak robią prawdziwi wojownicy.

Zaśmiałam się nerwowo, a po chwili spoważniałam, widząc nieziemsko złą minę starszego brata. Wiedziałam, że tak będzie, a mimo to się bardzo przerażała mnie ta sytuacja. Przecież specjalnie tego nie zrobiłam!  Świadomość, iż zawiodłam oczekiwania swego brata były bardzo boleśnie upokarzające. Chciałam mu pokazać, że jestem kimś, że potrafię być wojownikiem. Stało się jednak inaczej. Nie potrafiłam wykonać prostego polecenia — nie zgubić się w przeklętym innym wymiarze.

— Dobra, nie roztrząsajmy tego — burknęłam niemrawo. — Jestem. Chyba to się liczy? A tak poza tym to coś mnie ominęło? Mata gdzieś wyszła.

Zwróciłam uwagę na kolosalnych rozmiarów krater. Nikt poza Bulmą dotąd nie wiedział, że odwiedziłam to miejsce. Dotąd mogłam to ukrywać, lecz gdy tylko spostrzegłam gigantyczną dziurę w miejscu, gdzie niedawno znajdowała się idealna figura geometryczna stworzona z białych kamieni, nie mogłam tego po prostu nie skomentować.

— Cześć. Jak do tej pory to nie wiele poza tym, co zauważyłaś. — Głos zabrał Son Gohan, delikatnie się uśmiechając — Tato wciąż walczy, a Komórczak zniszczył matę, bo mu się znudziło walczyć fair.

Odwróciłam się we wspomnianą stronę, by dostrzec, co się działo na dole. Wszystko wyglądało na to, że zabawa trwała w najlepsze, jak do tej pory. Ani Gokū, ani tez jego przeciwnik, nie zauważyli, że przybyłam na miejsce zdarzenia.

— Co oni właściwie robią? — zapytałam powoli.

— Chyba rozmawiają — odparł Gohan.

— A tamci? — Wskazałam palcem na parę postaci w dole. — Czyżby mięso armatnie?

Na te słowa Kuririn parsknął śmiechem, jakbym opowiedziała świetny dowcip. Poza nim tylko Trunks delikatnie poruszył kącikiem ust. Była szansa, że nie należał do sztywniaków. Nie mniej, jak inaczej miałam określić Ziemian, którzy szukali guza.

— To banda debili! Myśleli, że pokonają cyborga. Typowe klauny. — Wyjaśnił pokrótce były mnich, machnął ręką, po czym się roześmiał. — Pokazali niezłe show!

— Nie wątpię... — burknęłam, przewracając oczami, a jednocześnie wyobrażając sobie tę scenkę, w której próbują zaatakować Komórczaka.

Zachichotałam na samą myśl, bo jednak zdawało się to komiczne. Czy tylko ja i ten łysol mieliśmy jakieś poczucie humoru? Hejże, świat się jeszcze nie skończył!

— Czego rżysz ośle? — warknął książę. — Szkoda, że ich nie pozabijał.

Mężczyźnie w pomarańczowym gi zrzedła mina. Odwrócił się w stronę nieznanego mi wysokiego czarnowłosego człowieka i szepnął mu coś na ucho. Oczywiście nie do słownie, bo nie sięgał wzrostem, ale tamten zdecydowanie dosłyszał, gdyż cicho zaśmiał się na tylko jemu znane słowa. Spojrzałam na brata, również tracąc wesołą minę. Nie posiadał się z radości. Zresztą, kiedy bywał zadowolony? Miałam wrażenie, że coś ewidentnie mu nie pasuje. Odkąd spotkaliśmy się ponownie, wiecznie było coś nie tak.

— Jak to zabić? Czy mieszkańcy tej planety w ogóle wiedzą, z czym się mierzymy? — zaciekawiłam się.

— Niestety ludzie nie znają swojego zagrożenia. Nigdy nie brali udziału w wojnie o Ziemię. — Son Gohan ponownie zabrał głos. Wydawał się smutny. — Nawet telewizja przyjechałaby pokazać walkę całemu światu, bo myśleli, że tamci załatwia robotę.

— Żartujesz? — Wytrzeszczyłam oczy. — A to czuby! Żaden ziemianin nie jest w stanie pokonać tego potwora. Jak udało im się przetrwać stulecia, gdy wokoło Czają się takie istoty?

Tien Shinhan i nieznany mi mężczyzna o krótkich, niedbale przystrzyżonych czarnych włosach, który także miał na sobie pomarańczowy kombinezon spojrzeli na mnie z ukosa. Vegeta lekko uśmiechnął się na tę uwagę.

— Nie zapominaj, że my też jesteśmy rdzennymi mieszkańcami tej planety. — Zabrał głos trójoki.

— Nasza Ziemia jest daleko położona od innych zamieszkałych planet. — Wtrącił syn Gokū. – Nie wiem, gdzie znajduje się twój dom i kto go otacza, ale obok nas nie ma nikogo. Widać nikomu nigdy nie było po drodze do nas.

— Z wyjątkiem Saiyan. — zauważyłam kąśliwie. — A ściślej to Kosmicznej Organizacji Handlu.

— Tak — mruknął Tien Shinhan.

— Mój ojciec był tutaj pierwszy — Tym razem odezwał się Piccolo.

Przyjrzałam się Namekanowi i zrozumiałam, że przecież nie znałam jego historii, a zdawało się, iż była nad wyraz interesująca. Kimkolwiek był jego przodek, widać poszło w zapomnienie. Po walce z Komórczakiem musiałam się dowiedzieć, jak to się stało, że wspomniany przez niego ojciec wylądował na tej planecie i w ogóle, dlaczego opuścił swoją Namek? Była ona przecież bardzo, ale to bardzo daleko stąd.

Postanowiłam jednak zmienić temat. Coś jeszcze nie dawało mi spokoju, w dodatku to coś  wwiercało swój wzrok w moją osobę, a o ile wiedziałam nie byłam eksponatem muzealnym.

— Kim jest ten Ziemianin? — zapytałam, wskazując palcem na nieznajomego.

Mężczyzna z blizną na policzku i równie ciemnych tęczówkach co ja spojrzał mi prosto w oczy. Nasze spojrzenia się spotkały. W żadnym wypadku nie wyglądał groźnie.

— O to samo chciałem zapytać. — Rzucił, odwracając wzrok.
To, że należał do ziemskiej szajki, już się zdążyłam domyśleć.

— Nie zapominaj, że my też jesteśmy rdzennymi mieszkańcami tej planety. — Zabrał głos trójoki.

— Nasza Ziemia jest daleko położona od innych zamieszkałych planet. — Wtrącił syn Gokū. – Nie wiem, gdzie znajduje się twój dom i kto go otacza, ale obok nas nie ma nikogo. Widać nikomu nigdy nie było po drodze do nas.

— Z wyjątkiem Saiyan. — zauważyłam kąśliwie. — A ściślej to Kosmicznej Organizacji Handlu.

— Tak — mruknął Tien Shinhan.

— Mój ojciec był tutaj pierwszy — Tym razem odezwał się Piccolo.

Przyjrzałam się Namekanowi i zrozumiałam, że przecież nie znałam jego historii, a zdawało się, iż była nad wyraz interesująca. Kimkolwiek był jego przodek, widać poszło w zapomnienie. Po walce z Komórczakiem musiałam się dowiedzieć, jak to się stało, że wspomniany przez niego ojciec wylądował na tej planecie i w ogóle, dlaczego opuścił swoją Namek? Była ona przecież bardzo, ale to bardzo daleko stąd.

Postanowiłam jednak zmienić temat. Coś jeszcze nie dawało mi spokoju, w dodatku to coś  wwiercało swój wzrok w moją osobę, a o ile wiedziałam nie byłam eksponatem muzealnym.

— Kim jest ten Ziemianin? — zapytałam, wskazując palcem na nieznajomego.

Mężczyzna z blizną na policzku i równie ciemnych tęczówkach co ja spojrzał mi prosto w oczy. Nasze spojrzenia się spotkały. W żadnym wypadku nie wyglądał groźnie.

— O to samo chciałem zapytać — rzucił, odwracając wzrok, jednocześnie splecającręce na wysokości piersi.

To, że należał do ziemskiej szajki, już się zdążyłam domyśleć. Nie wiedziałam jedynie jak zwracać się do tej istoty, o ile zadzie taka potrzeba.

— Nasze maniery... To jest Sara — Przedstawił mnie Trunks z nieśmiałym uśmiechem na twarzy.

— Moja siostra — dodał cicho Vegeta, a na jego twarz wypłynął szyderczy uśmiech.

Gdybym go nie obserwowała, może bym nie zauważyła, ale ewidentnie zależało mu na tym, by zirytować człowieka, o którym wspomniałam. Pozostało mi dumnie wypiąć, jednocześnie pierś szczerząc zęby. Siostra Vegety, jak zacnie to brzmi. Nie co dzień mogłam to usłyszeć.

Facet, któremu mnie przedstawiono, nagle zrobił się sztywny i tylko gałkami ocznymi powędrował w stronę Saiyanina, który chwilę temu się wypowiedział. Jak nic bał się go, a zarazem bardzo musiał go nie lubić.

— To jest Yamcha i chyba zapomniał języka w gębie — zadrwił z niego Kuririn, szturchając łokciem w bok — Ten typ tak ma.

Wszyscy poza Vegetą i wspomnianym Yamchą się roześmieli. Książę zaszczycił nas perfidnym uśmieszkiem. Coś między nimi było. Nie miałam pojęcia co, ale w tej chwili w ogóle mnie to nie interesowało.

Odwróciłam się w stronę miejsca, gdzie widniała ogromna dziura zamiast maty, wyczekując akcji.  Miejsce, w którym się znajdowaliśmy, było najlepszym z możliwych do obserwacji. Wszystko było idealnie widać, więc można by śmiało się rozsiąść i podziwiać spektakularne widowisko, na które tak pieczołowicie się przygotowywałam. Czas było zabrać się za poważne sprawy, którymi nie potrafiła sobie dotąd zaprzątać głowy. Dziś jednak zdałam sobie sprawę, że los wielu istot była na włosku, a oni nawet nie zdawali sobie z tego sprawy. Dlaczego? Nie potrafiłam jeszcze odpowiedzieć sobie na to pytanie.

03 sierpnia 2018

*23. Zgiń tyranie!


Zerwałam się z głębokiego snu. Nie byłam pewna czy to niepokój, czy ekscytacja. Ciało miałam zlane potem, nawet pościel zdawała się nieprzyjemnie wilgotna. Zerwałam się z łóżka na równe nogi, nie mogąc trwać w tej niecodziennej niepewności. Coś było nie tak, i to bardzo, a ja musiałam się tego dowiedzieć. Powietrze było gęste i ciężkie. Nim zdążyłam się do niego przyzwyczaić, minęło kilka minut.

Mruknęłam w zastanowieniu pod nosem, dostrzegając zarysy przedmiotów w ciemnym pomieszczeniu. Sali Ducha i Czasu nigdy nie bywało tak mrocznie. Spędziłam tutaj trochę czasu i zdążyłabym zauważyć. Gdzieś głęboko w podświadomości czułam, że znam to pomieszczenie, a jednak wydawało się takie obce.

Powoli, jakby automatycznie odszukałam włącznik światła na pobliskiej szafce nocnej. Nie rozumiałam, skąd o niej wiedziałam. W tajemniczym pomieszczeniu prowadzącym do Strażnicy nie było lampki przy łóżku.

To, co zobaczyłam, niemal zwaliło mnie z nóg. Blade, słabo rozproszone światło wypełniło pomieszczenie. Byłam... w swoim pokoju? Tak po prostu... Tak... Zabrakło mi słów. W głowie kłębiły się myśli, wkradały urojenia. Przecież to było absurdalne! Jakim cudem, jakim? Książki, których nigdy nie czytałam, leżały rozrzucone na drewnianym biurku. Biurku, które na moment zapłonęło, jak mroczna retrospekcja. Jednak nie to było dziwne, a fakt, że na oparciu fotela wisiał niedbale rzucony płaszcz, ten sam, który otrzymałam od Gartu. Na podłodze, zaraz pod siedziskiem znajdował się magiczny kamień Mandaru. Z kolejnym mrugnięciem przed oczami miałam pomieszczenie, które tonęło w gruzach i jego pyle. To był ułamek sekundy, gdyż za chwilę znowu wszystko wyglądało na nienaruszone.

Dlaczego? Tylko tyle byłam w stanie siebie zapytać. Nic więcej do głowy mi nie przychodziło. Przecież to nie mógł być sen... Byłam tam, stałam na własnych nogach, odziana w ten sam podniszczony kombinezon. Spojrzałam na dłonie, jednocześnie z ostrożna zaciskając palce. Wszystko zdawało się takie prawdziwe. Czy...? Było możliwe, iż cały czas śniłam? Musiałam. Widziałam pomieszczenie jak każde inne, a jednocześnie przebłyski z godziny zero, gdy byliśmy atakowani.

Stałam tam jakiś czas zamroczona. Gdy odzyskałam władzę nad rozumem, a przynajmniej tak mi się zdawało, ostrożnie przywdziałam czarny materiał, towarzyszący mi od lat, a klejnot ukryłam pod pancerzem. Nie czekając ani chwili pognałam w stronę sali tronowej. Musiałam sprawdzić, czy oni tam byli. Ten pokój był ostatnią rzeczą, jaką zapamiętałam. Był ostatnim miejscem, w którym byłam przed utratą wszystkiego.

Pędziłam ile sił w nogach, a miałam jej sporo. Mijając kondygnacje, przed oczami miałam flashbacki z nocnego ataku — zniszczone proporce z herbem rodziny królewskiej, stosy martwych ciał i zawalone korytarze. Tak jak nagle się pojawiały, tak samo znikały, jakby nigdy ich nie było. Moja głowa prowadziła z samą sobą wojnę. Nie byłam już pewna czy śnię. Czy we śnie można śnić? To wszystko było jak jeden wielki koszmar, a jednocześnie nieśmieszny żart.

W pewnym momencie przebiegłam koło dwóch lustrzanych filarów, przy których zwykłam się bawić. Nie byłam pewna czy to, co w nich mignęło nie było tylko przywidzeniem. Cofnęłam się z miną spłoszonej zwierzyny, by się sobie przyjrzeć dokładniej. Od początku wszystko było nienaturalne, ale to było czystym absurdem! Miałam CZTERY lata! Znowu.

Przez myśl przeszło mi tylko jedno wydarzenie, jakże silnie wyryte w pamięci. To samo, które od momentu otworzenia oczu usiłowało wedrzeć się do mojej głowy, a które najwidoczniej chciałam przed samą sobą ukryć. Jeśli wciąż wszystko wyglądało, jak należy, to czy był jakiś cień szansy? Nie mogłam dopuścić do kolejnej katastrofy! Nie tym razem. Musiałam działać i to w trybie natychmiastowym.

Zacisnęłam pięści w chwili, gdy wspomnienia uderzyły mnie z siłą bolesnego gongu. Chwilę po tym wzbiłam się w powietrze. Jakże byłam szczęśliwa, mając tę umiejętność, wszak poprzednim razem nie potrafiłam nic. Z początku było to, nie nada wyzwanie, zupełnie jakbym dopiero co uczyła się tej techniki. Po chwili, gdy już opanowałam na nowo umiejętność, leciałam korytarzami niczym mordercza strzała.

Nie dostrzegałam nikogo. Nie miałam, kogo ostrzegać przed nadejściem złego, którego tak się obawiałam. Nawet strażnicy gdzieś znikli. Zupełnie jakby było po wszystkim, choć nie widniały nigdzie ślady walki. Przemknęłam przez główny korytarz, kiedy kątem oka coś dostrzegłam, a może kogoś? Zahamowałam prawie na ścianie, po czym zawróciłam. Na kamiennej posadzce leżał w kałuży własnej krwi Saiyanin. Za nim ciągnęła się długa, przerywana szkarłatna smuga. Ciężko oddychał. Widać było, że dotarcie aż tu było dla niego nie lada wyczynem. Co mu się przytrafiło? Czemu akurat tutaj leżał? Był oblepiony zaschniętym błotem, porządnie zbity, niemal do nieprzytomności i ranny, chyba w każdym widocznym miejscu. Nawet pancerz miał uszkodzenia.

Gdybym spotkała kogoś takiego, w wieku czterech lat zapewne widok tak poturbowanego wojownika wprawiłby mnie w przerażenie. Wtedy, gdy mój świat nie był okraszony zbrodnią i skąpany morzem krwi. Byłam przekonana, iż należałam do super nacji. Jakże byłam nieświadoma.

— Nic ci nie jest? — Szturchnęłam mężczyznę, nie wiedząc, co powiedzieć, byłam lekko skołowana. — Wstań!

W końcu, po kilkunastu próbach ocucenia czarnowłosego udało mi się nawiązać z nim kontakt wzrokowy, co mnie bardzo ucieszyło i nie zamierzałam tego ukrywać. Poznałam go od strzału, a może jednak kogoś mi przypominał? Pancerz w barwach czerni świadczył o niskiej klasie, piechocie Saiyańskiej, a także armii Changelinga. Pamiętałam to, jakbym uczyła się o tym zaledwie wczoraj.

— Co się stało? — zapytałam pośpiesznie z obawy, że zaraz znowu straci świadomość.

Był na skraju wycieńczenia. Przykucnęłam przy nim, usiłując mu jakość pomóc. Niestety obecny wzrost nie ułatwiał sprawy. Poczułam się jak więzień we własnej skórze.

— Free-zer... — wymamrotał resztką sił.

Zamarłam, a w gardle stanęła gula. Czyli była to prawda… Cofnęłam się do przeszłości jak Trunks? Nie miałam pojęcia, jak to się stało! W dodatku odmłodniałam... Czy to nie był jednak aby sen? Uszczypnęłam się w ramię co tylko i wyłącznie sprawiło mi ból. Nie obudziłam się w cudowny sposób, wciąż trwałam w tej chwili. Westchnęłam mizernie, wiedząc, że przyjdzie mi ponownie przeżyć ten dzień.

— Chce nas zabić — dodał, przerywając moją zadumę. — Widziałem to… księżniczko?

Wściekłam się, zamiast przerazić. Czemu w mojej przeszłości nie było tego człowieka z tą wieścią? A może… Może umarł, zanim dotarł do sali tronowej? A może po prostu byłam zbyt mała, by ktokolwiek się mną zainteresował? A może to po prostu... Szansa na odkręcenie wszystkiego?

— Wiem o tym — burknęłam, zaciskając pięść. — Nie można do tego dopuścić! Nie tym razem. To znaczy, nie możemy pozwolić temu przeklętemu potworowi nas zniszczyć!

Mężczyzna spojrzał na mnie swoimi zmęczonymi oczyma. Był szczerze zdumiony. Chyba nie brzmiałam jak smarkata i niczego niepojmująca smarkula.

— Przypominasz mi kogoś. — Postukałam palcami po ustach, przypominając sobie o Son Goku, do którego był tak podobny. — Gokū to najsilniejszy Saiyanin, jakiego dane było mi spotkać.

— O czym ty mówisz, księżniczko? — zdziwił się, podnosząc się z trudem. Wsparł się na filarze. — Nie znam nikogo takiego. Kim on jest?

— Nie? Bardzo mi go przypominasz. Vegeta mówił, że to... Ktoś znajomy.

Mężczyzna nie zrozumiał mojej wypowiedzi. Nie mogłam z resztą mu niczego zdradzić. Pamiętałam, że Trunks mówił, że nie wolno zdradzać pewnych informacji, gdy zmienia się przeszłość bądź przyszłość. Gdziekolwiek się teraz znajdowałam, nie mogłam niczego popsuć. Korzystając z możliwości, miałam zamiar coś naprawić. Albo chociaż spróbować.

Zaproponowałam pomoc okaleczonemu wojownikowi. Dużym plusem była moja umiejętność latania, to też dość sprawnie dotarliśmy do sali tronowej.
Kolejny raz zaskoczyłam wojownika, przecież nauki w opanowywaniu KI zaczynały się w wieku siedmiu lat, bez względu na pochodzenie. Musiał pozostać w niewiedzy, a ja nie planowałam dzielić się z nim nadprogramowymi informacjami.

W chwilę po wtargnięciu do celu wylądowałam, tym samym uwalniając się spod ramienia Bardocka, a ten uklęknął, choć tym razem nie by oddać cześć władcom, a by nie paść twarzą do podłoża.
 
— Matko! Ojcze! — wrzasnęłam, ledwo występując na środek sali. — Freezer zaraz nas zabije! Musimy się bronić!

Dwóch strażników dobiegło do mnie jak na zawołanie. Władczyni krzyknęła, dostrzegając na mej tunice wielką plamę krwi. Należała do poszkodowanego. Wskazałam im mężczyznę, z którym przybyłam, całkowicie ignorując ich pytające spojrzenia.

— Co tu do licha się dzieje? — Oburzyła się Verinia.

Na ten pełen wdzięku głos zesztywniałam. Tak dawno nie było mi dane go słyszeć. Nie sądziłam, że sprawi mnie w takie roztargnienie. Niemal zapomniałam, po co tu przyszłam, o tak późnej porze. Jednak głośne westchnienie poturbowanego podstawionego pod tron mego ojca sprowadziło mnie na ziemię. Sentymenty trzeba było odłożyć na bok. Zwłaszcza że w ich oczach nadal byłam beznadziejną księżniczką bez potencjału.

— Matko, Freezer zaraz tu będzie i nas zniszczy! Rozniesie planetę w drobny mak! — krzyknęłam, niemal wpadając w histeryczny amok. — Wszyscy zginą!

—    O czym ty mówisz dziecko?

Ani myślała wstać z pięknie zdobionego, odbitego fotela nieco mniejszego od samego króla. Założyła nogę na nogę, spoglądając na mnie tym swoim wzrokiem: żądam wyjaśnień!

— Nie kłamię! — broniłam się, srogo łypiąc na rodzicielkę, co zapewne komicznie wyglądało u kilkulatki — Nie możemy dopuścić do naszej zagłady, matko. Ten Saiyanin wie, co się zaraz wydarzy!

Okaleczony żołdak dźwignął się z barków straży. Starał się stać w pozycji pionowej o własnych siłach, choć i tak ledwo trzymał się na nogach. Jednak duma, jaką w sobie nosił, nie pozwalała mu stanąć przed głowami rodu w inny sposób. Póki jakkolwiek potrafił stać.

— To sprawka Freezera. — Przełknął ciężko ślinę zmieszaną z krwią. — Daliśmy złapać się w pułapkę, jego ludzie zaatakowali nas od tyłu. Toma, Celipa i reszta załogi nie żyją.

— Jeżeli zaraz Saiyanie nie zaczną się bronić, nic z tej planety nie zostanie — dodałam pośpiesznie, mając przed oczami minione wydarzenia i łzy w oczach.

— Panie mój, Widziałem na własne oczy przyszłość. Wszyscy zginiemy.

W słowach Bardocka usłyszałam ból i coś jeszcze. Czy był to strach? Saiyanie nie zwykli się bać, a przynajmniej tak zawsze powtarzali. Tego dnia ponownie zobaczyłam, że było to wierutnym kłamstwem. Nim jednak cokolwiek monarchowie postanowili, z hukiem otworzyły się drzwi. Ba! Wyleciały w powietrze, aż zadrżały ściany.


W kłębach dymu stanął ON. Ten sam odrażający i przerażający. Zmora mojej każdej kolejnej nocy. Ten, który odebrał mi wszystko, ten sam, który trzymał mnie jedną nogą w grobie. Te kilka lat stanęło mi przed oczami niczym migawki, a czarne, cienkie wargi lekko rozchylone w perfidnym uśmieszku stawiały na baczność każdy włosek na plecach. Nienawidziłam go z całego serca, jednak wciąż się bałam i to szalenie. Samym spojrzeniem uginał mi kolana. Niestety w tej kwestii nic się nie zmieniło i to było irytujące.

To koniec — załkałam w myślach — Czyż nie wystarczająco często mnie prześladował w snach, bym musiała ponownie spojrzeć na śmierć bliskich?

— Kłaniam się. — Freezer delikatnie uniżył głowę, nie kryjąc swojego podstępnego uśmiechu.

Z duszą na ramieniu odwróciłam się do rodzicieli. Przed oczami pojawiły się na chwilę kolejne sceny z przeszłości; Powiększająca się szkarłatna kałuża z martwą królową. Król bezradnie klęczący nad ciałem, a nad nim jak kat wisiała różowa, kolczasta ręka. Mrugnęłam i wszystko zniknęło. Kolejny raz widziałam przebłyski masakry, jaka prześladowała mnie od najazdu. Zapętlone koszmary, które nigdy nie miały zamiaru odejść. Dziś były inne, były bardziej rzeczywiste niż kiedykolwiek — byłam świadoma tego, co się wydarzy. Do tej pory sny były retrospekcją, na którą nie miałam wpływu. Którą bez względu na ból musiałam przechodzić od nowa i bez końca.

Coś we mnie pękło. Myśl, że znowu mam zobaczyć wszystko od nowa, w dodatku wiedząc, co mnie czeka, wprawiła mnie we wściekłość. Zacisnęłam pięści, szczelnie owijając talie ogonem. Przestąpiłam krok, jednocześnie otwierając usta, by wykrzyczeć wszystko, co myślę. Spojrzenie czerwonych tęczówek sprawiło jednak, iż struchlałam. Freezer był ucieleśnieniem koszmaru. To z jego ręki widziałam pierwszą śmierć z bliska. Było mu na imię Ccoli. Nie znałam tego dzieciaka, miał może parę lat więcej ode mnie teraz. Zapamiętałam, choć jego twarz była mi już całkiem obca. Druga była kilka lat starsza Saiyanka, której imienia nigdy niedane było nam poznać.

— Zwiadowca tutaj? — zapytał niewinnie, z dozą wielkiej ciekawości. — Kanassa podbita?

Elitarny wojownik niższej klasy zakasłał ciężko. Spojrzałam na niego. Z trudem przestąpił krok do przodu. Widziałam w jego oczach nienawiść. Cokolwiek wydarzyło się na Kanassie miało wielkie znaczenie. W milczeniu obserwowałam wszystko, co się działo. Irytacja matki, zniecierpliwienie ojca pomieszane z czymś na wzór strachu. Czułam się jak niemy obserwator. Przerażony podglądacz. Changeling przestąpił powoli do przodu, z wolna poruszając swym grubym, białym ogonem ukrytym pod czarnym płaszczem utwierdzonym w naramiennikach pancerza. Król Vegeta milczał jak zaklęty. Siedział w swoim fotelu, wpijając swe palce w podłokietniki.

Wtedy, jak i teraz stałam potulnie, trzęsąc się ze złości na swoją nie moc. Wtedy nie powiedział, że byliśmy pod tyranią Imperatora. Teraz było zupełnie inaczej, a jednak trwałam w bezruchu. Twarz potwora, która nie tylko pozbawiła mojego ludu życia, ale i pozwoliła na to, by mnie katowano, a czasem sam to czynił popijając swoje przeklęte winegońskie napoje paraliżowała mnie do tego stopnia, że każda szalona myśl, by zareagować, płonęła zaraz po urodzeniu się. Po latach sądziłam, że mam to za sobą. Prawda była zgoła inna — Freezer miał nade mną całkowitą władzę.

Bardock trząsł się z gniewu, zaciskając pięści, aż mu kostki pobielały. Ja zastanawiałam się, czy jestem w stanie cokolwiek robić. Działać? Uciekać? Czy może czekać na nieuniknione? Brzydziłam się nim szczerze, ale strach był wciąż silniejszy. W dodatku to małe ciało, w którym byłam uwięziona, w niczym mi nie pomagało.

— Freezerze, nie bądźmy tak nieuprzejmi — zaczął ze sztuczną radością Vegeta, w końcu zabierając głos. — Czym zawdzięczamy ci tę wizytę?

Nie rozumiałam jego dobrodusznego podejścia. Nie dość, że intruz wpadł do środka z hukiem, to jeszcze źle mu z oczu patrzyło! Nie mieściło mi się to w głowie. Czy tak bardzo wszyscy bali się Changelinga? Wszyscy bez wyjątku? Naprawdę tylko mieszkańcy Ziemi byli w stanie się mu postawić? Byli odważni czy to zwykła głupota? Zawsze myślałam, że byliśmy waleczni, aczkolwiek słabi względem tyrana. Teraz widziałam zupełnie inny obraz. Zama grałam identyczną rolę w tym przedstawieniu.

— To moja ostatnia — roześmiał się przebiegle. — Przyszedłem się pożegnać i muszę przyznać, że tęsknić nie będę. Dowiedziałem się wystarczająco dużo, by uznać was za zdrajców.

— Oczywiście! — krzyknęłam, wpadając mu w słowo. — Bo tym razem zginiesz i ani Cooler, ani Kold ci nie pomogą!

W chwili, gdy oczy wszystkich zwróciły się w mą stronę, zrozumiałam, że swoje myśli wypowiedziałam na głos. Zamrugałam oszołomiona własną nie tyle odwagą ile głupotą. Dotąd milczałam jak statua, a teraz szczekałam jak mocno gryzący pies. Problemem był mój nagle mały wzrost. Wątpiłam, bym miała szansę na pokonanie wroga. Może i gębę miałam nie wyparzoną, jednak ciało nadal odmawiało posłuszeństwa. Stałam więc jak kołek, czekając na dalszy rozwój wydarzeń. Królowi nie podobała się moja postawa, nie wspominając już o matce. Ci jak widać byli w stanie się poniżyć, byleby ugłaskać wielmożnego jaszczura. A jednak dostrzegłam w tym coś, czego dotąd nie zaznałam — troska. Nie chcieli, bym poniosła konsekwencje swoich słów. Czar prysł, gdy poczęli mi ubliżać, jakoby rynsztokowy język zaciągnęłam z ulicy. Na pewno mieli zamiar mnie skarcić po niespodziewanej audiencji. Oni jeszcze nie rozumieli, że były to ich ostatnie chwile.

Freezer wpadł w budzący grozę śmiech, który jednocześnie przyprawiał mnie o mdłości. Każdy wysoki ton, wydobywających się dźwięków z jego gardła sprawiał, że złość potęgowała, co poniekąd dodawało mi śmiałości. Wreszcie odważyłam się na ruch i wybiegłam w jego stronę, tak naprawdę nie wiedząc, jaki uczynić następny krok. Ten nic nie mówiąc, uderzył mnie ogonem w brzuch, tym samym powalając. Przejechałam tyłkiem po posadzce, ostatecznie uderzając o filar plecami, który od siły uderzenia się częściowo rozsypał.

Verinia przyłożyła dłoń odzianą w białą rękawicę do ust. Imperator wystrzelił pociski. Przed oczami stanął mi obraz martwej kobiety tonącej we własnej krwi. To był impuls. Pomimo iż kikōha była wycelowana we mnie. Rzuciłam się w trajektorię, po czym odbiłam ją dłonią w sufit, a odłamki niego posypały się po posadzce. Odkaszlnęłam parę razy po tym, jak uniósł się pył. Spojrzałam na wroga po raz pierwszy bez krzty strachu.

— Powiedziałam, że tym razem nie pozwolę ci zabić naszego ludu — wycedziłam przez zęby.

— To nie możliwe by parolatek odparł mój atak!

— Jestem księżniczką rodu saiyańskiego, do cholery jasnej! — wrzasnęłam ile sił w płucach. — Także pełnoprawnym Kosmicznym Wojownikiem i nie pozwolę, byś nas tłamsił! Nie pozwolę, byś znowu odebrał mi wszystko!

Pycha rozsadzała mu wnętrzności, nic z moich słów nie przyjął do serca. Tylko kto przy zdrowych zmysłach przestraszyłby się kilkuletniego podlotka? W dodatku takiego, który jeszcze przed chwilą miał ochotę zmoczyć ze strachu spodnie.

Ciężko było mi zebrać całą energię w tak małym ciele, ale nie zamierzałam się poddawać. Mimo to podnosiłam swoją moc w zastraszającym tempie, zastanawiając się, czy zdołam ją udźwignąć na tyle długo by wygrać starcie. Posadzki pękały i zapadały się, a ściany i sufity nie wyglądały wcale lepiej. To, co wezbrało we mnie, było fenomenalne i nie do opisania. Czułam się jak młody bóg! Nie potrafiłam utrzymać tego gorąca w środku, więc postanowiłam, by dostrzegł go każdy tutaj zebrany. Blask złota wydobywający się z mojej KI rozpromienił całą salę.

Czy byłam Super Wojownikiem, nie wiedziałam? Na pewno miałam ogromną moc, takiej, której wcześniej nie smakowałam. Dostrzegłam zaskoczenie malujące się w oczach potwora. Czy był to paraliżujący strach w jego ciele? Czy właśnie tego się obawiał i temu przybył nas zgładzić? Legendarnej potęgi w jego mniemaniu głupich małp?

— Zapamiętaj sobie twarz osoby, która cię zabiła — rzekłam pewnie. — Zapewne spotkamy się kiedyś w piekle.

Skupiłam w sobie całą moc i wystrzeliłam z dłoni ogromną dawkę bladoczerwonej KI. Changeling nawet nie drgnął z miejsca, choć jego długi ogon wił się niczym diabelski wąż. Czy był przepełniony pewnością siebie, że nic mu jednak nie uczynię? Że jestem tylko małym podlotkiem pokazującym jakieś tandetne, aczkolwiek widowiskowe sztuczki? Nie miało dla mnie to teraz znaczenia. Liczyło się tylko jedno — zniszczyć wroga raz na zawsze i wreszcie zaznać spokoju.

Siła z jaką przyszło mi zadać cios, niemal wymknęła się z moich rąk, a Changeling twardo walczył, odpierając mój atak. W końcu pod naciskiem kikōhy zmuszony był się poddać. Nie spodziewałam się, że tak szybko uda mi się unicestwić potwora.

Szare, jaszczurze truchło nieco osmalone padło na podłoże. Jego zbroja gdzieś wyparowała, a lewy, czarny róg zdobiący czaszkę pękł w połowie, dodając wszystkiemu dramaturgii. Zniszczyłam całe cierpienie mojego życia w przeciągu kilku chwil. Nastał upragniony koniec tyranii.

Na mej twarzy zagościł wielki uśmiech, tak typowy dla beztroskiego dziecka. Spojrzałam w kierunku rodziców: Matka leżała na ziemi, patrząc na mnie w osłupieniu, a ojciec niczym wbity w posadzkę rozdziawił usta. Na pewno nie tego się spodziewali, nie u mnie.

W chwilę później zakręciło mi się w głowie, po czym wróciłam do normalnego stanu. Salę ponownie ogarnęło szarawe światło. Mężczyzna przypominający Gokū i straż monarsza także była oniemiała i ani myśleli zabrać głos bądź wykonać jakikolwiek ruch. Wszyscy trwali w dziwnym zawieszeniu, czekając na...? Zmartwychwstanie Freezera? Jak nic byłam pewna, że padalec zdechł.

— Nie żyje — rzekłam wyniośle. — Sprawdźcie sami.

Na te słowa obaj strażnicy ruszyli ostrożnie do truchła, wciąż obawiając się najgorszego. Jeden z nich wyciągnął ku jaszczurowi halabardę i z ostrożna dźgnął w ciało. Oglądając tę scenę, widziałam w jego posturze paraliżujący strach. Ten sam, który tak dobrze znałam i rozumiałam.

— Faktycznie jest martwy. Freezer nie żyje!

Spojrzałam na swych oniemiałych rodziców. Patrzyli na mnie jakbym była im zupełnie obca. Nie było w nich dumy czy radości tylko jedna wielka niewiadoma. Zapragnęłam do nich podejść, wytłumaczyć cokolwiek. Potwierdzić, że to ja, ta sama Sara, którą byłam i wczoraj. Nim jednak zdążyłam przestąpić choćby krok, nieoczekiwanie przeszedł mnie dreszcz, a obraz zaczął się rozmazywać. Zupełnie jakbym miała zaraz zemdleć. Czy był to efekt uboczny niedawnych wydarzeń? Czy było to normalne, gdy używało się tak nieposkromionej mocy? Upadłam, czując, jak maleńkie kropelki zraszają me lico. Oparłam się dłońmi o spękane posadzki, jednocześnie zastanawiając się, czy zaraz, aby nie stracę przytomności.

Nagle zorientowałam się, że spadałam… Zupełnie znikąd otoczyła mnie ciemność jakby zgasły wszystkie światła... Czułam się, jakby nagle ktoś pozbawił mnie nie tylko zmysłu wzroku, ale i słuchu. Nie wiedziałam, czy mam zacząć się bać, i wrzeszczeć czy jednak walczyć. Zamknęłam powieki, mając nadzieję, że to minie.

Otwarłam oczy, po czym zaraz je zamknęłam, bo oślepiło mnie jaskrawe światło. Byłam zlana potem, znowu. Gdy ślepia przyzwyczaiły się do otoczenia, rozejrzałam się po bieluśkim sklepieniu. Zdumiona tym zerwałam się do siadu. Ponownie byłam w sypialni magicznej komnaty. 

To był tylko sen... Westchnęłam, opadając z powrotem na poduszkę. Tylko durny sen. Przerażający i jednocześnie fascynujący. Jednak wciąż sen.