31 grudnia 2025

*116. Planeta, której nie ma na mapach

Muzyka

Dla zdesperowanego młodzieńca to była jedyna słuszna odpowiedź. W chwili, gdy postanowił zapytać, a wręcz prosić o pomoc był skłonny nawet poświęcić własne życie. Na szczęście nie musiał, Whis zgodził się nader szybko. Zbyt szybko. Gohana winno to niepokoić, lecz był zbyt podekscytowany i jednocześnie zszokowany, by zaprzątać sobie takimi drobiazgami głowę.

— Czy zatem możemy ruszać w drogę? — zapytał lekko onieśmielony. Nie wiedział, jak ma zwracać się do szczupłego mężczyzny. — Panie... Wish?

— Jestem Whis — poprawił syna Gokū, lekko się uśmiechając.

Księciu Saiyan chwilę zajęło poskładanie informacji do kupy. Był także dość pokiereszowany, po starciu z bogiem i ból wszystkiego grał pierwsze skrzypce. Gdy pojął, co właściwie się wydarzyło, na moment odpłynęła mu krew z twarzy — pobladł, a jego nogi zadrżały. Sara, jego maleńka i wkurzająca siostra została... Zlokalizowana?

— Ty chyba nie myślisz, że pozwolę ci po nią polecieć! — Vegeta zagrzmiał, gdy oprzytomniał. — To moja siostra!

Nie tylko Son Gohana zaskoczyła postawa Saiyanina. Mężczyzna jakby odżył, nabrał siły — puścił wspierającą go dotąd na ramieniu żonę i z pełną nieustępliwością na twarzy oraz zaciśniętą pięścią niemalże podbiegł do chłopaka.

— To moja siostra! — powtórzył w amoku. — Kapujesz?!

Dopadł młodego Saiyanina, zaciskając pięści na eleganckiej koszuli, jednocześnie wyciągając ją ze spodni. Książę na myśl o możliwości sprowadzenia Sary do domu może i odzyskał siłę, lecz stracił rozum. Chociaż wiedział, jak ważna była dla syna Gokū jego młodsza siostra, to nie wyobrażał sobie, by to właśnie on mógł dostąpić tej niebywałej misji. Myśl, że za chwilę miałby sposobność odzyskać członka rodziny, była mocno oszołamiająca.

Gohan nie krył zaskoczenia. Zachował jednak zimną krew. Potrafił zrozumieć zachowanie mężczyzny. Gdyby chodziło o jego ojca, również z zaciętością walczyłby o miejsce w pierwszym szeregu. Nie chciał walczyć z Saiyaninem. Jego jedynym pragnieniem było odzyskać to, co wszechświat uznał za stracone. A musiał pamiętać, że i Vegeta utracił Sarę.

Son Gohan pochylił głowę na znak, że odpuszcza. Wycofał się o krok. Jego serce szaleńczo biło, a on niczym posąg postanowił zatrzymać swoje emocje. Musiały jeszcze poczekać. Nie mniej najważniejsze było sprowadzenie księżniczki. Kto ostatecznie by to uczynił, nie miało już większego sensu. Nie mógł narażać dobroci tajemniczego towarzysza Boga Zniszczenia.

Gokū podszedł do swego syna, kładąc silną dłoń na jego ramieniu. Chciał w jakiś sposób dać dzieciakowi nadzieję, krzty otuchy. Jego potomek może i był młody, ale zdecydowanie prawdziwie zakochany.  Z czasem zrozumiał, że było coś na rzeczy. Było mu go potwornie żal, chociaż Gohan nigdy się nie żalił z tego tytułu. Sam wziął ślub z Chi-Chi mając zaledwie osiemnaście lat i nie miał pojęcia o wszelkich uczuciach! Obiecał nowo poznanej koleżance zaślubiny z myślą o czymś smacznym. Był jednak rad, że dotrzymał słowa — ostatecznie wesele oznaczało górę pysznego żarcia. I uwieszoną na ramieniu kobietę. Dziś jednak był zupełnie innym Saiyaninem niż wtedy. Teraz wiedział, że gdyby nie poznana później miłość nie stałby obok własnego syna. Dorosłego mężczyzny, który mierzył się z najgorszym uczuciem świata — złamanym sercem. Nie potrafił pocieszyć dwudziestojedno latka, tak jakby tego potrzebował. Niemniej chciał być przy nim. Wiele lat go nie było, tak wiele stracił... Nie mógł oglądać, jak dorasta, jak ewoluuje, jak staje się silniejszy i przede wszystkim dojrzalszy. Jedynie co mógł to być. Obok.

Młody mężczyzna na moment uchwycił spojrzenie ojca. Było to dla niego nie lada pocieszające, chociaż starał się nie okazywać w tej chwili uczuć i gigantycznego zawodu. Chciał choć przez chwilę uchodzić za twardziela, którym nigdy nie był, a którego oczekiwali od syna Gokū. Nie mniej dodawał otuchy fakt, iż stał tuż obok niego. W czasie, gdy jego świat stawał się mocno niestabilny. Dotąd rozsypany, teraz starał się stawiać pierwsze krokwie stabilizacji, ale czy miały one być trwałe? Tego jeszcze nikt nie mógł przewidzieć.

Obserwował, jak Vegeta z wypiętą piersią podchodzi do towarzysza niszczycielskiego kocura. Jak z pewnością nakazuje, by ruszać w drogę. Jednak zaraz wydarzyło się coś, czego nie potrafił zrozumieć. Whis z kamienną twarzą spogląda na księcia ułamek sekundy, a następnie z niewzruszoną miną podchodzi do niego, silnie stawiając laskę na trawie. Ich spojrzenia się ścierają, jednak Gohan nie potrafi niczego wyczytać z lawendowych oczu. Nie śmiał nawet zabrać głosu.

— Czas nagli, młodzieńcze — mówi anioł z kamienną twarzą, aczkolwiek miękkim głosem.


— To są jakieś kpiny! — warczy Vegeta, w momencie się aktywując. — To moja siostra i ja polecę!

Wydawać się mogło, że książę planował złapać smukłego przybysza, by ten spojrzał mu w twarz i pojął istotę sytuacji i kto ostatecznie rozdaje tutaj karty. Białowłosy jednak nie wyglądał na kogoś, kto by się przejmował wybuchowością Saiyanina. Zdążył się w okamgnieniu usunąć z drogi, co ostatecznie postawiło wojownika w mało poważnej sytuacji, gdy niemal się potknął o... powietrze

— Ja decyduje kto ze mną poleci — rzekł zimnym tonem Whis, jednocześnie mrużąc oczy. — Ty, książę Vegeto zadbasz o Boga Zniszczenia pod moją nieobecność

Brat Sary warknął pod nosem, jednak nie śmiał się sprzeciwiać, gdy jego spojrzenie zrównało się z Beerusem. Z bogiem nie miał szans i to wiedział na pewno. Pod żadnym pozorem nie zamierzał go rozgniewać. Nie, teraz gdy jego siostra miała wrócić. Zaciskając pięści, jednocześnie powarkując, ustąpił. Anioł jedynie na to dystyngowanie odchrząknął

— Czas nagli młody Saiyaninie — powtórzył się Whis. — Połóż swą dłoń na mych plecach i pod żadnym pozorem nie puszczaj, gdyż możesz się zgubić

Na tę uwagę Gohan nieco struchlał. Nie miał pojęcia jak będzie wyglądać ich podróż, a myśl, że mógłby gdzieś przepaść... Nie napawała go optymizmem. Śmiał twierdzić, iż musiało wiązać się to i ze śmiercią. Ostatni raz spojrzał na swego ojca, który uśmiechnął się serdecznie.

— Znajdź ją — rzekł z pewnością Gokū.

Saiyanin z nieśmiałym uśmiechem skinął głową, jednocześnie zamykając oczy. Nie zamierzał zawieść Vegety, a już na pewno nie siebie. Wiele lat zajęło mu, by znaleźć się w tej chwili. Oddałby życie za powodzenie tej misji. Westchnął ciężko, po czym zwrócił się do księcia:

— Sprowadzę ją do domu.

Niedoszły król Saiyan jedynie prychnął. Jeszcze mu nie przeszło, że to właśnie jego wybrał tajemniczy towarzysz boskiego kota. Son Gohan udał, że nie widzi tego oburzenia, które był w stanie zrozumieć. Nie chciał napinać i tak już nazbyt naciągniętej struny. Rzucił jeszcze jedno szybkie spojrzenie po niepewnych towarzyszach. On sam nie wiedział, czy nie wybierał się na samobójczą misję. Ale co miał czynić? To była dla nich ostatnia deska ratunku. Albo spróbuje odzyskać Saiyankę, albo cała Ziemia przestanie istnieć.

Tak jak mu polecono, stanął za niezwykle wysokim i smukłym Whisem. W chwili, gdy tylko położył dłoń na bordowym, fantazyjnie złoconym odzieniu wokół nich utworzył się złocisty krąg, a następnie z niego eksplodowały tysiące iskier, które zatańczyły, jakby co najmniej chciały ich spalić żywcem. Zlękniony syn Chi-Chi zamknął powieki. Nic podobnego się jednak nie wydarzyło. Nie czuł bólu, a jedynie charakterystyczne ciepło energetyczne. Gdy podniósł powieki byli już daleko od miejsca startu. Gdzie? Nie miał pojęcia, bał się zapytać, jakby słowa mogły zdezorientować jego towarzysza drogi i spowodować... coś? Coś, o czym nie śmiał nawet myśleć.

Mijały sekundy, minuty, a jedyne co widział to jaskrawą biel przed i za sobą. Obracał głową ostrożnie, z obawy, że straci połączenie z Whisem i tak jak go ostrzegał — źle się to dla niego skończy. Z chwili na chwilę napięcie mijało, a w jego głowie narastało jedno wielkie pytanie. W końcu musiał przerwać milczenie.

— Dlaczego ja? — zawołał, chcąc wybić się z szelestu ich nadwyraz magicznej podróży.

Dotąd nieruchomy  Whis drgnął, co zmieszało młodzieńca. Skarcił się w duchu za pytanie. Międzywymiarowy podróżnik cicho mruknął, jakby powstrzymał śmiech. Trwało to zaledwie sekundę.

— Uważasz, że źle wybrałem? — odpowiedział pytaniem.

— Tak, to znaczy nie... To... Bo... Ja... — wybełkotał Saiyanin.

— Wybrałem cię, ponieważ to ty mnie o to prosiłeś. Ponieważ widziałem w tobie wielką determinację i myślę, że to coś ważnego. Przynajmniej dla ciebie — wyjaśnił rzeczowo Whis. — Co do księcia Saiyan, cóż. Jemu należała się odrobina dyscypliny. To idealny towarzysz dla naszego drogiego pana Beerusa. Pokora będzie nader wskazana.

Młodzieńcowi na moment wykwitł uśmiech na twarzy. Vegeta świetnie się sprawdził poprzednim razem w próbie ugoszczenia niesfornego boga. A on razem z nim niezdarnie w tym trwał. I w jakimś stopniu także uważał, iż taki prztyczek w nos bratu księżniczki się należał.

— To bardzo zagmatwana historia — ciężko westchnął Gohan. — Kilka lat temu wydarzyło się coś, co nie powinno było mieć miejsca. Sara... Ona uciekła. Nie pozwoliła mi na wyjaśnienia...

Trener i jednocześnie opiekun Boga Zniszczenia nie zamierzał przepytywać młodego mężczyzny. Nie dlatego, że wyczuwał ból w jego głosie, ale nie zwykł wtrącać się w życie śmiertelników. Jego rola sprowadzała się do kontrolowania pracy swojego podopiecznego. Po prawdzie nie wolno były mu ingerować w świat. 

— Będziemy ma miejscu za jakieś dziesięć minut.

Czarnooki nie miał pojęcia, ile trwała ich podróż, ale mógł przysiąc, że nie więcej niż dwadzieścia minut. Może mniej? Był niesamowicie szybki. Czy pod płaszczem oazy spokoju i kultury krył się być o równie wielkiej sile co ta, Boga Zniszczenia? Gohan nie zamierzał się dowiadywać. Jeśli mógł skorzystać z pomocy, tyle mu wystarczało.

W chwili, gdy poczuli ziemię pod stopami, dosięgnął ich ostry, wwiercający się w skórę chłód. Son Gohan zatrząsł się, mimowolnie obejmując się rękoma. Anioł stał niewzruszenie na nagłą zmianę temperatury. Spojrzał w lewo, później w prawo, a na koniec odwrócił się do towarzysza drogi.

— Chyba zapomniałem, jaka tu panuje mroźna atmosfera — zdawał się zamyślony.  — Dalej pójdziesz sam. Miej nadzieję odnaleźć tę, której poszukujesz.

— Mogę zapytać, jak cię odnajdę? — Jego oddech stał się widoczny.

— Ja robię to za ciebie, gdy będziesz gotowy — zapewnił Whis. — Jednak się pospiesz.

Po tych słowach raz jeszcze się rozejrzał. Jego tajemnicza postawa była niepokojąca. Gohan nie wiedział, czy miał się bać, czy po prostu mieć się na baczności. Rozumiał jedno — misja zaczynała się tutaj i musiał odnaleźć księżniczkę samotnie.


Saiyanin ruszył powoli przed siebie. Dookoła panowała głucha cisza, tak przeszywająca, że aż zadrżał i to wcale nie dlatego, że było mu zimno. Mrok, jaki go otaczał, sprawiał, iż czuł się malutki i nic nieznaczący. Jeśli tutaj miał odnaleźć swą ukochaną, to na samą myśl dosięgała go trwoga. Czy ktoś był w stanie przetrwać tu tyle lat i nie stracić zmysłów? On miał nieodparte wrażenie, że dosięga go przerażenie, a zaledwie przemierzył może z dwieście metrów? Cokolwiek zatrzymało Saiyankę w tym miejscu, musiało być złe — do takich doszedł wniosków. Czuł się także obserwowany.

Im dalej się przemieszczał, tym bardziej żałował, że jednak nie trafił tu bezduszny i nieustraszony Vegeta. Jego nic praktycznie nie ruszało, a w swym życiu przemierzył niezliczoną ilość planet i kolonii. Dlaczego, nie postawił na księcia?

Po czasie przystanął, szukając jakiegoś punktu odniesienia. Lodowe podłoże, ostry chłód i wieczna ciemność, chociaż nie do końca. Przecież widział otoczenie, ale tylko w promieniu kilkunastu stóp przed sobą. Czy była to sprawka jakieś magii? Czy iluzją mroku był wszechobecny lód? Cokolwiek to było nie pozwalało Gohanowi trzeźwo myśleć. Odnosił wrażenie, iż zaczyna panikować, a dopiero co był pełen determinacji. Czy to była jakaś próba? Czy to dlatego Whis nie zamierzał mu pomagać?

Mężczyzna wziął oczyszczający wdech, a następnie powoli wypuścił nadmiar powietrza. Musiał się skoncentrować. Zakrztusił się. Powietrze był paląco zimne. Dosłownie czuł, jak zimno niczym lodowe igły wbija się w rozgrzane gardło. Przybył tu tylko w jednym celu, a jedyne co dotąd uczynił to jedno wielkie nic. Zamknął oczy, usiłując skupić się na otoczeniu. Nic. Dlaczego nic? Wszakże musiał coś wyczuć. Niczego jednak nie potrafił zlokalizować. Otaczała go bezkresna nicość. Jakby... Nikogo tutaj nie było. Dlaczego więc Whis wysłał go właśnie tutaj? A może jego baza danych była błędna? Gohan nie mógł w to uwierzyć. Przecież nigdy dotąd nie słyszał o tej planecie. Wierzył, że istnieje i miał wrażenie, że gdyby teraz poprosił Boga Światów o wskazanie jej na ich mapie, potrafiłby ją bezbłędnie wskazać. Skoro nigdy nie pojawiła się w planie poszukiwawczym, oznaczało, że musiała być niezamieszkała. Albo... Ukryta? A może to była jakaś gra? W końcu przegrali z Beerusem.

Kolejny niebezpiecznie przerażający dreszcz przeszedł ciało młodego dorosłego. Im dłużej tu przebywał, tym bardziej go to przytłaczała. Uznał, że to był jakiś znak. Zacisnął pięści i ruszył przed siebie — gdziekolwiek by to nie było. Kiedyś musiał wreszcie na coś natrafić. Po godzinnej wędrówce przez pustkowia trafił na resztki starej cywilizacji. Pojedyncze pokruszone kamienne bloki zdradzały, że kiedyś musiało być tu jakieś życie. Bardzo, bardzo dawno temu. Ta planeta wyglądała, jakby cały wszechświat o niej zapomniał. Od razu przypomniała mu się jej kuzynka Vitani. Ale nie, tam przynajmniej jakieś życie było. Jedak, jeśli chodziło o podobieństwa... Vitani była gorąca do utraty tchu.  Kōriwa zaś miażdżyła swoim morderczym chłodem.

Z daleka coś wypatrzył. Ruszył w tę stronę, a gdy znalazł się w samym środku niedbale powbijanych i mocno spróchniałych pali zrozumiał, iż znalazł się na cmentarzysku. W podobny sposób Namekanie chowali swych zmarłych. Pamiętał, gdyż sam pomagał małemu Dende'mu chować jego pobratymców po najeździe na Namek sił Freezera. Nim jednak ruszył dalej, usłyszał jakiś dźwięk. Jakby pękający lód. Rozejrzał się, lecz niczego nie dostrzegł w tym półmroku. Nigdzie nie wyczuwał także energii. Jeśli Sara gdzieś tam była musiała być nieprzytomna. Nie mogła być martwa. Whis mówił, że żywi nie mogą się przed nim ukryć.

Zanim zdążył pomyśleć o dalszej drodze, coś złapało go za nogę. Zupełnie jakby wyrosło spod ziemi, a on nie zdążył wyczuć trzęsienia. Nie wychwycił zbliżającego się zagrożenia. Jak?! Z przerażeniem i obrzydzeniem wyrwał się z kościstej i jednocześnie zmrożonej z odłamkami niegdyś gnijącej skóry dłoni. Wyrwał mu się również okrzyk z gardła. Zaraz zobaczył, jak domniemane cmentarzysko pęka, a spod grubej warstwy lodu wychodzą stwory przypominające w minimalnym stopniu humanoidalne istoty. W momencie zrobiło mu się niedobrze. Na całe szczęście poza palącym nozdrza mrozem niczego nie czuł. Wyglądały jak cholerne zombie!

Gohan bez zastanowienia posłał parę pocisków w stwory, które bezskutecznie i koślawo usiłowały go złapać; nie potrafiły latać tak jak on. Gdy kodowa chmura i miniaturowe igły zimna opadły na podłoże, mężczyzna dostrzegł, że roztrzaskane potwory jak za dotknięciem różdżki składają się do kupy, ponownie usiłując go dosięgnąć. A wszystko w akompaniamencie niemiłych pomrukiwań. Nieumarli zdecydowanie nie byli obiektem jego zainteresowań.

Uleciał daleko, w nadziei, że więcej nie trafi na zbiorową mogiłę, którą mógłby kolejny raz zbezcześcić. Trupy niczego mu nie uczyniły. Były historią tej planety i winny pozostać tak samo zapomniane, jak sama planeta. Oczywiście dopiero po tym, jak odnajdzie księżniczkę. Nie chciał, by i ona stała się stworem tego świata. Na samą myśl dopadło go paniczne przeświadczenie, że jest to bardzo prawdopodobne. Tym bardziej musiał ją odnaleźć. I to jak najszybciej. Czy właśnie dlatego nie potrafił jej odnaleźć?

Cokolwiek znajdywało się jeszcze na tej mrocznej planecie, nie chciało być odnalezione. Może wręcz przeciwnie? Bawiło się z nim, szukało uwagi, a jednak kazało się wysilić. Cokolwiek to było, Gohan nie czuł się dobrze w tym miejscu. Działało na niego przytłaczająco, a im dłużej trwał w zimnie i ciemności, tym bardziej czuł się bezradny. Przestawał wierzyć w cel swojej misji. Wątpił w we wszystko, co widział, co znał i co go otaczało.

Po jakimś czasie odniósł wrażenie, że jest znużony. Usiadł na zmrożonym podłożu, lecz po chwili zerwał się niczym oparzony. Zimno było zbyt silne, ale zmęczenie także. Zdjął marynarkę, po czym niedbale rzucił ją na oblodzoną podłogę i ponownie usiadł. Przenikliwe zimno nużyło go coraz mocniej. Powoli odpływał, ale tak bardzo potrzebował odpocząć, zdrzemnąć się. Otaczającą go ciemność tylko potęgowała tę chwilę. Jego powieki stały się ciężkie, a gdy tylko je zamykał, miał wrażenie, że dosłownie znikąd pojawiają się sny. Dziwnie miłe i bardzo realistyczne.

Sara. Tyle wystarczyło, by jego serce zabiło mocniej, a organizm nabrał mocy do życia. Zerwał się z nieprzytomności do tego stopnia, że upadł na czworaka. W ułamku kilku sekund dotkliwie odmroził sobie dłonie, co zmusiło go do ekspresowej pionizacji. Na chwilę zamknął oczy, usiłując sobie przypomnieć, co właściwie się wydarzyło. Spojrzał na swój zegarek, w którym krył się jego strój Saiymana — bohatera Ziemian, którego autorem imienia była księżniczka. Sara! Tak, po to tu przybył! I gdyby nie to, że pod powiekami zobaczył jej uśmiechniętą twarz, to prawdopodobnie zasnąłby tu na zawsze. Ostatecznie kończąc jak zombie z cmentarzyska.

Otwartymi dłońmi poklepał się po policzkach — W ten sposób chciał się pobudzić, obudzić. Cokolwiek! Prawie się poddał albo ktoś go do tego zmusił. Dla niego oznaczało to tylko jedno — był na dobrym tropie. Sara gdzieś tam była i prawdopodobnie potrzebowała jego pomocy. Z determinacją rozejrzał się po okolicy, ale jak poprzednio niczego nie dostrzegł. Bezkres nicości był nie tylko przytłaczający, ale i bardzo irytujący. Jeśli był to jakiegoś rodzaju test, musiał go przejść, by dotrzeć do celu. Obiecał sobie. Obiecał Vegecie. Obiecał Sarze, nawet jeśli o tym nie wiedziała.

Przemierzał kilometry, mijając zgliszcza ledwo dostrzegalnych wiosek, zamarzniętych jezior, rzek skał. Omijał wzniesienia, jak i siedliska palików oznaczających cmentarzyska; Nie miał zamiaru kolejny raz oglądać martwych-żywych. Przemierzał bezkres martwej planety, na której nikt nie miał prawa przetrwać. Jak zatem Sara mogła? Może wcale nie trafiła tutaj cztery lata temu? Miał nadzieję, że nie i dlatego była tak nieuchwytna. A może nie chciała być znaleziona, tak jak kiedyś jego ojciec odmówił wskrzeszenia? Miał nadzieję, że tak właśnie było... Przebywanie w tym świecie zdawało się toksyczne dla umysłu. Sam nie radził sobie z tym miejscem, a spędził tu zaledwie godzinę.

Wreszcie zauważył coś wyróżniającego się w tym ponurym otoczeniu. Coś... Przyciągającego. Z niezrozumiałą trwogą rozejrzał się po okolicy. Czuł się obserwowany. Może był to po prostu Whis? W końcu mówił, że będzie wiedzieć, kiedy ten znajdzie swą zgubę. To musiało być to. Potrzebował samopocieszenia. Szedł powoli jakby w transie. Ilekroć chciał przyspieszyć, coś podpowiadało mu, by tego nie robić. Spojrzał ku ziemi spękanej i niebezpiecznie kruchej. W ogóle nie powinien był iść. Uniósł się kilka stóp nad wątpliwą powierzchnię, nie zmieniając obranego kursu.

Kiedy wreszcie dotarł do celu, mocno się zdziwił, gdy wielka góra okazała się jakąś budowlą. Nie tak leciwą, jak te które mijał, ale również zniszczoną czasem i zapomnieniem. Przyłożył rękę do poniszczonej kamiennej przypory i nim zdążył ją dotknąć, poczuł jej niesamowicie bolesny chłód. Automatycznie cofnął dłoń, a następnie przyłożył do ust, by ogrzać ją i tak już wychłodzonym oddechem. Przed sobą nie zobaczył niczego. Taka sama pusta otchłań jak wszędzie. A jednak dwa filary nie dawały młodzieńcowi spokoju. Kto stawia filary na wzniesieniu, tuż nad wielkim kraterem? Jeśli Sara gdzieś była, to musiała być ukryta. Tylko jak ukryć się na planecie, na której wydaje się, że nic nie ma?

Gohan już miał się wycofać i ruszyć w dalszą podróż, ale coś nie dawało mu spokoju. Skoro czuł się przyciągany, dlaczego niczego nie znalazł? Czemu to miejsce przypominało jak każde inne, choć z daleka zdawało się inne? I ten dziwny, metaliczny chłód. Tak strasznie nienaturalny. Jakby... Jakby... Coś się za tym kryło. Może kiedyś było tu coś ważnego? Wziął powolny wdech, jednocześnie zamykając oczy, a potem przestąpił za postumenty. Jeśli zacznie spadać, po prostu wzleci. Gdy poczuł zamiast ziejącej pustki grunt pod eleganckim butem, otworzył oczy. To, co do tej pory było po prostu dziurą, zaczęło się magicznie rozpraszać. Jakby dotknął mistycznej mgły. Przed oczami stanęło mu znacznie więcej postumentów, które przekroczył. Przytłoczyła go czerń, jeszcze dotkliwszy chłód oaz coś, czego nie potrafił jednoznacznie określić.

Zestresowany nadnaturalnym pojawieniem się niemal doszczętnie zrujnowanej, aczkolwiek zamkniętej przestrzeni rozejrzał się, jednocześnie kilkukrotnie się obracając. Zacisnął pięści, wyczekując wroga. Ktoś musiał z nim pogrywać i zdecydowanie nie był tym kimś Whis. Nie mogła być to też Sara. Ona nie miała takich zdolności. Mimo upływu lat nie potrafiłby jej z nikim pomylić, był tego pewien.

— Jest tu ktoś? — zawołał w eter. — Saro? Jesteś tutaj? SARO!

Odpowiedziało mu echo. Przerażający rezonans pustkowia. Mimowolnie objął się ramionami, lecz zaraz wrócił do gardy. Cokolwiek się tu chowało, nie mogło być tylko żartem. Przymknął powieki, gdy zrozumiał, że one mogą go okłamać po raz kolejny. Zaczął oddychać powoli, acz nie zbyt płytko. Usiłował uspokoić umysł, który toczył z samym sobą konfrontację od bardzo dawna. Jednak tu, na tych mrocznych ziemiach mózg wręcz zmuszał go do ciągłej walki. Gohan począł być zmęczony tym chaosem, który jak się wydawało, toczył się w jego umyśle.

— Saro! — nawoływał nieco ciszej, a jego zęby zaszczękały. — Jest tu kto? Wiem, że tu jesteś!

Nie miał pojęcia czy była właśnie tutaj, ale na pewno ktoś musiał kryć się w tym zamaskowanym miejscu. Planeta była wymarła, a jednak miała swoje tajemnice. Skoro ktoś pofatygował się o miraż, miał coś do ukrycia. Musiał to odkryć. Wytężył wzrok, ale w niczym to nie pomagało. Powinien był podejść do tego inaczej. Spiął mięśnie, pomyślał o tym, po co tu przybył i że nie chodziło jedynie o Sarę, ale i o losy całej planety, na której się wychował. Ustabilizował energię, a następnie uwolnił ją, by zalśnić złotem. Mrok pojaśniał, a jego oczom ukazała się zniszczona krypta pełna porozrzucanych szczątków.



Jakby zewsząd usłyszał dźwięk, którego położenia nie potrafił odszyfrować. Jego wewnętrzny spokój został zaburzony, ale tylko na oka mgnienie. Omotany mirażem był w stanie wyrwać cel, wyrzucając w tym kierunku podmuch KI. To wystarczyło, by powietrze niebezpiecznie zadrżało. Niewidzialna powłoka została zrzucona. Jego oczom ukazała się wysoka postać w błękitach i bieli. Wyglądało, jakby KI jej nie dosięgnęła, tylko usunęła tarczę niewidzialności.

— Kim jesteś! — ryknął Gohan, celując weń palcem.

Jego postać otoczona była płomiennymi wyładowaniami, które dodawały mu w tej scenerii nie tylko siły, ale i pewności siebie. Nawet jeśli Saiyanin tak się nie czuł, to tak został odebrany.

— Tyś wtargnął do mojego domu — odpowiedziała postać cichym, melodyjnym głosem. — Kto zakłóca mój spokój?

Pytanie nieco zbiło Son Gohana z pantałyku. Zacisnął ponownie pięści. Na tyle mocno, by przywrócić zmysły, które usiłowały gdzieś się ulotnić. Skupił wzrok na tajemniczej postaci, która ewidentnie musiała być kobietą. Z daleka ciężko było mu wywnioskować coś więcej. Szalejąca energia, nie pozwalała mu dostrzec więcej, więc ją uspokoił, wciąż pozostając w pierwszym stadium transformacji.

Tajemnicza kobieta z niebanalnie zdobioną koroną na głowie, przypominającą szkło, lód, a nawet przeplatający się pomiędzy błyszczącymi paciorkami i lodowatymi szponami, biały jak śnieg metal — śmiercionośne ciernie. Gohan domyślił się, że była to władczyni tych nieprzyjemnych włości. Dostrzegał jej lodowate, połyskujące ciało zdecydowanie różne od napotkanych trupich humanoidów, o sterczących jak kłącza włosów.

Pani włości z wysoko podniesioną głową poczęła krążyć wokół Gohana, z zachowaniem dotychczasowej odległości. Mężczyźnie zdawało się, że ta się uśmiecha w bardzo niebezpieczny bądź chytry sposób, a zaraz jej wyraz twarzy okazuje się stonowany niczym maska. Z sekundy na sekundę nie był pewien czy tylko mu się wydawało.

— Jesteś pełen energii, młodzieńcze — wyszeptała ponętnie. Stanęła na moment tyłem, a jej czarny, oszroniony płaszcz zsunął się, ukazując skrojone na miarę plecy. Wyglądała jak krucha panienka.

Son Gohan przyglądał się całej scenie z uwagą, szukając czegoś, co mógłby nazwać czerwoną lampką. Nic jednak nie wypatrzył poza idealną sylwetką i kuszącym głosem urodziwej kobiety niemal wyrzeźbionej z lodowca. Przełknął ślinę, jednocześnie czując, jak zaczynają płonąć mu policzki. Odwrócił wzrok.

— Szukam... Ja... — chrząknął onieśmielony. — Szukam kogoś... Przyjaciółki.

— Szukasz przyjaciółki? — wyszeptała, podchodząc bliżej. — Jesteś pewien?

Gohanowi serce zabiło mocniej. Skąd wiedziała? Czy na pewno wiedziała? A może to była po prostu jego naturalna reakcja? Stres... Nikomu oficjalnie nie zdradzał, jak bardzo mu zależy. Skąd mogłaby wiedzieć to jakaś otaczająca się mrokiem kobieta? W dodatku na planecie, o której nawet słońce zapomniało. Postanowił przemilczeć jej zaczepne pytanie.

— Jak się tutaj znalazłeś przystojniaku? — jej uwodzicielski głos podrażnił jego ucho. — Zdradź mi swoje imię.

— Na imię mi Son Gohan i poszukuję pewnej dziewczyny — wyznał od razu, chociaż nie zamierzał. — Ja... Muszę ją odszukać. Wiem, że tu jest.

Kobieta uwodzicielsko westchnęła, jakby rozumiała o czy mówił młodzieniec. Obeszła go, jednocześnie przykładając palec z długim, aczkolwiek elegancko wyglądającym paznokciem przypominającym zmrożone łzy do ciała. Pomruczała chwilę. Zdawała się nad czymś zastanawiać. Było to dla Gohana niepokojące. Jednakowoż nie potrafił niczego zrobić, jakby coś go powstrzymywało.

— Nie znajdziesz tutaj nikogo — wyszeptała z nutą smutku. — To wymarła planeta.

— Zauważyłem. Wiem, że Sara tutaj jest. Mam informację. — wypalił szorstko. — Nie przegonisz mnie swoimi iluzjami. Nie odejdę bez Sary!

— Jesteś zawzięty. Dobrze więc. — warknęła, a jej twarz pociemniała. — Zdradź mi, czego pragniesz. Widzę, że twoje serce wwierca się mrok.

Gohana nie przestraszyła zmiana tonu tajemniczej kobiety, lecz to, co w pewnym stopniu odkryła. Jego dusza była pokruszona, ledwo trzymał się przez te kilka lat na nogach, z trudem oddychał. Jakim cudem wiedziała to wszystko? Widzieli się zaledwie kilka chwil. Nawet jeśli go obserwowała już wcześniej, to nie mogła niczego dostrzec. Z nikim o tym nie rozmawiał. Czy potrafiła czytać w myślach? Niewątpliwie...

— Pragnę, byś skończyła z tymi sztuczkami! Iluzją mnie nie przekupisz! — warknął, odpychając białowłosą od siebie. — Gdzie jest Sara?!

Wiedźma upadła, srogo łypiąc na muskularnego Saiyanina. Od razu zauważyła podobieństwo, więc wiedziała, po co przybył. Nie zamierzała jednak oddać tak łatwo swojego cennego gościa. A to, że przybysz był w stanie oprzeć się jej uwodzicielskim czarom, sprawiło, że jeszcze bardziej zapragnęła zarzucić wędkę.

— Widzę twój ból, Son Gohanie. Mogę sprawić, że zniknie. — Podjęła rękawicę, tworząc wokół siebie mistyczną aurę. — Pozwól, że ci go odbiorę.

Urodziwa lodowa wieszczka z gracją się podniosła, nie tracąc kontaktu wzrokowego z celem. Nie miała zamiaru przegrywać. Nigdy. Poprawiła czarną, jednakowoż przyprószoną szronem ciężką pelerynę i powoli wyciągnęła rękę z na wpół otwartą dłonią wnętrzem do góry przed oblicze intruza. Zgrabnie wskazującym palcem zachęciła go do zbliżenia się.

Gohan ani drgnął. Obserwował kobietę spod zmrożonych oczu. Cokolwiek miało się wydarzyć, nie zamierzał przegrać. Przybył tutaj tylko w jednym celu i domyślał się, że Whis nie da mu nieograniczonego czasu. Doszedł nawet do wniosku, że jeśli nie upora się z misją w ciągu nieokreślonego czasu, ten zostawi go w tym złowrogim świecie na pastwę mrocznej czarodziejki. 

— Zdradź mi swoje pragnienia.

— Moje pragnienia? — zdziwił się młodzieniec.

Niestety im dłużej się opierał, tym bardziej był świadom, że nie jest w stanie niczego osiągnąć. Winien zagrać na jej zasadach i być gotowym na wszelkie zwroty akcji. Musiał w jakiś sposób dotrzeć do księżniczki. I chyba wpadł na pomysł.

 — Pragnę odnaleźć bliską mi osobę, która parę lat temu uciekła właśnie tutaj — wyjaśnił ostrożnie. — Wiem, że tutaj jest, a ty ją przede mną ukrywasz.

— Jesteś pewien?

Zatoczyła kolejny krąg, w nadziei, że uda jej się wyczytać coś z tych seledynowych oczu. Dotknęła palcem jego umięśnionego torsu, ukrytego pod jasnoszarą koszulą. Wyglądał apetycznie, był pełen wigoru. Idealny wręcz, by zawalczyć. Ktoś, koło kogo nie można było przejść obojętnie.

— Jak tego, że tutaj stoję — wycedził przez zęby. Wiedział, że musi grać, choć bardzo tego nie chciał.

Miał ochotę złapać tę przeklętą kokietkę i rzucić nią o filar. Zdawał sobie jednak sprawę, że jeśli to uczyni, może ją zranić, a ta w najgorszym wypadku ukryje się, a tym samym informacje na temat Sary zostaną pogrzebane. Im jednak bardziej wystawiała go na próbę, tym gorzej się z tym czuł. Nie interesowała go, nie podobała mu się, a mimo to jego organizm twierdził co innego. Domyślił się, że skoro potrafi tworzyć miraże, to na pewno także mąci mu w myślach. Czy zatem sam miał szansę oszukać jej umysł? Chciał, ale nie był pewien czy podoła.

— Wiem, że czegoś chcesz w zamian. Co mogę ci dać, byś ty wypuściła Sarę?

— Wypuściła? — zapytała, udając bardzo niewinną. — Nikogo nie przetrzymuję tu na siłę.

— Tego nie powiedziałem — poprawił się naprędce. — Czy możesz powiedzieć, gdzie ona jest? Tylko tego pragnę. Pragnę tego najmocniej... Ja... Chcę zabrać ją do domu...

— Do domu? — szepnęła wiedźma, chwilę się zastanawiając. — Mogłabym odesłać ją do domu, ale nic za darmo.

To było oczywiste. Gohan nawet nie drgnął. Starał się zachować kamienną twarz. Musiał wreszcie zobaczyć Saiyankę. Nie rozumiał całych tych podchodów ani tego, że Sara nawet nie zjawiła się, jakby za wszelką cenę chciała pozostać w ukryciu. Jakby ich wszystkie dotychczasowe wspomnienia nie miały żadnej wartości. Jakby... Zakręciło mu się w głowie. Nie był w stanie ustać w jednym miejscu. Poczuł się tak słaby, że upadł na kolano. Złapał się za głowę.


— Czego ode mnie chcesz? Nie przybyłem tu by ci szkodzić... — wychrypiał nieco zdezorientowany i przytłoczony.  — Przepraszam, że zaatakowałem tamte żywe trupy, ale same zaczęły... Tylko się broniłem. Chcę tylko wrócić do domu... Z Sarą... Proszę...

Młodzieniec sam nie wiedział, kiedy zrobiło mu się niesamowicie przykro, a serce zaczęło dudnić. Jakby cofnął się w czasie i w jednym momencie począł odczuwać wszystkie negatywne emocje, jakie go dopadły na przestrzeni lat, począwszy od chwili, w której wszystko zaczęło się sypać — rzekomej zdrady. Było to paraliżujące uczucie.

Seishin — bo tak na imię było kiedyś lodowej wiedźmie — uśmiechnęła się triumfalnie. Wreszcie odnalazła to, czego szukała. Cały Gohan i jego cierpienie były na wyciągnięcie ręki. Podeszła do niego nie kryjąc zadowolenia i uniosła jego twarz, tak by spojrzał jej w oczy.

— Boli prawda? Jeśli chcesz, zabiorę od ciebie ten ból. Możesz być wolny.

— Jeśli odzyskam ją, odzyskam także spokój. Nie potrzebuję od ciebie żadnych wymyślnych sztuczek — zaszlochał cicho. — Potrzebuję tylko szansy. Potrzebuję... Chcę ją odzyskać.

— Zaprowadzę cię do niej — szepnęła mu do ucha.

Gohan poczuł, że coś w nim pęka. Zamiast się radować, zerwać do biegu jedynie klęczał z opuszczoną głową. Miał ochotę się rozpłakać, a jednocześnie zdawał sobie, że to nie miejsce i czas. Wreszcie wziął się w garść, wstał i ze spojrzeniem przepełnionym żalem wyszeptał:

— Prowadź.

Czarownica wyszczerzyła zęby, wykonała dwa obroty wokół własnej osi, a następnie wykonała kilka dziwnie płynnych gestów dłońmi. Powietrze tuż przy stopach Saiyanina zadrgało, a następnie rozgoniło się niczym chmura. Ich oczom ukazała się zbutwiała klapa z otworem, który miał służyć za klamkę. Syn Gokū bez żadnego namysłu dopadł do jak dotąd ukrytego przejścia, jakby zależało od tego jego życie. Jego oczom ukazała się czerń, a z pomieszczenia wydobył się lodowaty powiew i mało przyjemny zapach. Nie było to jednak dla niego przeszkodą. Po zeskoczeniu w mroczną otchłań dotknął zimnego podłoża i pospiesznie się rozejrzał. Nie dostrzegał niczego.

— Światło! — krzyknął w górę, gdzie znajdowała się Seishin. — Zapal mi światło! Wiem, że możesz!

Wiedźma niechętnie pstryknęła palcami, a następnie zamknęła pokrywę z trzaskiem. Gohana zdumiało, że drewno nie rozsypało się, jednocześnie oglądając dosłownie znikąd pojawiające się zielone ogniki. Za chwilę jak oparzony począł pospiesznie przemierzać każdy kąt tego paskudnego pomieszczenia.

Dotarł do końca, a jego uwagę od razu przykuło coś długiego leżącego na podłożu. Rozpoznał w tym coś na kształt buta. Gdy podbiegł, dostrzegł resztę ciała. To była ona? Czy to naprawdę była ona? Przykucnął, łapiąc za podrapane i pełne zaschniętej krwi ramię. Poczuł pod dłońmi lodowatą skórę i wystające kości. W momencie zrobiło mu się słabo i niedobrze.

— S-Saro? — wyszeptał z trwogą.

Uniósł delikatnie wychłodzoną głowę, po czym ostrożnie odgarnął czarne, zlepione i brudne włosy. W tym świetle wszystko wyglądało inaczej. Twarz była kobieca, wychudzona, brudna, ale przede wszystkim jej. Odnalazł Sarę. Wyglądała koszmarnie, była nieprzytomna. Nie był nawet pewien czy żyje. Pospiesznie położył głowę na jej piersi, by móc usłyszeć bicie serca, ale nie tylko zniszczony pancerz jej to uniemożliwiał, ale i jej stan. Za chwilę odnalazł tętnicę szyjną i ze łzami w oczach odetchnął z ulgą. Był puls. Słaby, ale był. Zrozumiał, że to już były jej ostatnie chwile i gdyby nie pojawienie się Beerusa już nigdy by jej nie odnalazł. Aż wreszcie pewnego dnia smok powiedziałby mu, że Sara umarła z przyczyn naturalnych i niestety, ale nie może jej wrócić życia.

— Panie Whis... — wyszeptał, jakby bał się, że ktoś go usłyszy. — Znalazłem ją.


16 listopada 2025

*115. Jeden krok do zagłady

Zjawił się niczym ostatnia nadzieja. Lubił spektakularne wejścia, być zauważonym. Stał na szczycie stalowego masztu, wpatrując się z determinacją w Boga Zniszczenia. Wiatr targał jego czarną czuprynę oraz pomarańczowy kombinezon. On, zbawca. Jak zawsze świat potrzebował jego interwencji.

— Gokū! — zawołał Kuririn z nieukrywanym entuzjazmem.

Inni mu zawtórowali. Son Gohanowi spadł kamień z serca, a jego matce łzy napłynęły do oczu. Chociaż nigdy nie zadowalały jej bitki męża, to po latach zrozumiała, że był ich zbawcą i chociaż nigdy nie było go w domu, to dbał o wszystkich podczas walk na śmierć. Chronił całą planetę, by ona mogła żyć i wiecznie na niego narzekać.

— Wreszcie się pojawiłeś — rzekł ze stoickim spokojem namekański wojownik, uśmiechnął się pod nosem.

Beerus zaskoczony wizytą Saiyanina, którego nie tak dawno pokonał na planecie Kaito. Czego od niego chciał? Czy miał wreszcie jakieś informacje? Musiał się tego dowiedzieć jak najprędzej. Nie zamierzał jednak nikomu tego okazywać, był bogiem, był potęgą, był niszczycielem. Na pewno nie był uległym kotem! Opuścił dłoń, jednocześnie rozpraszając boską energię.

Son Gokū zbiegł po maszcie, a następnie zeskoczył do przyjaciół. Nie omieszkał złożyć życzeń solenizantce, której nie w głowie teraz były urodziny. Świat i życie były ważniejsze! Kto chciałby umrzeć we własne urodziny?! Nie spadkobierczyni genialnego Briefsa. Kobieta zrugała nieokrzesanego wojownika, w duchu licząc na jego pomoc w pokonaniu niebezpieczeństwa.

— Jeszcze ci mało Saiyaninie? — zawołał bóg. — Czy dowiedziałeś się czegoś na temat Boga Super Saiyan?

— Niestety niczego — mruknął posępnie. — Ale czy jednak mógłbym cię prosić o nieniszczenie Ziemi?

— Nie — rzekł twardo kotowaty. — Wygrałem uczciwie. Ziemia musi zniknąć z map galaktyk.

Gohan podszedł do ojca, naprędce szepcząc mu do ucha, iż ich los przypieczętowała przegrana Oolonga w papier, nożyce, kamień. Beerus wziął ich sposobem i  wygrał w uczciwej walce. Dał im szansę, gdy nie mieli możliwości zwyciężyć siłowo. Gokū był zaskoczony, jak łatwo można przypieczętować los. Niestety nie był w stanie pokonać Boga Zniszczenia. Przy pierwszym spotkaniu dał z siebie wszystko, a i tak niczego nie wskórał. Mieli przechlapane.

— Pozwól, proszę, że zdobędę informację, a przynajmniej spróbuję  — Son Gokū niezręcznie zachichotał, jednocześnie drapiąc się po głowie. — Może uda mi się odnaleźć tego całego Super Saiyanina Boga. Potrzebuję naprawdę niewiele czasu.

Beerus niechętnie się zgodził, a wszystko za sprawą jego towarzysza Whisa, który z lubością trzymał w swych smukłych dłoniach paczuszki z jedzeniem na wynos. Z Ziemi. Ziemi, która miała za chwilę przestać istnieć. Tylko dlatego, że kochał dobre jedzenie, był w stanie się zgodzić na ostatnią szansę. Nikomu nigdy wcześniej nie udało się tak udobruchać kapryśnego boga.

Syn Bardocka poprosił najmłodszych Saiyan o dostarczenie nagrody głównej w bingo — Smoczych Kul. Wojownik bowiem wpadł na pomysł, by dowiedzieć się wszystkiego o tajemniczym saiyańskim bogu, od kogoś, kto ma większą wiedzę, którego tak skrupulatnie poszukiwał niszczyciel. Liczył na rezultaty, inaczej wszystko było już tylko gorzkim wspomnieniem.

Chłopcy z pomocą Son Gohana przynieśli artefakty. Młodzieniec również nie omieszkał prosić, by przenieść się na okoliczną wyspę, tym samym oszczędzając dalszego horroru pracownikom promu. Miał także nadzieję, że ci im wybaczą, albo będą zmuszeni oczyścić ich z traumatycznych wspomnień. Ich towarzystwo jak zwykle kończyło się niebezpieczeństwem, a niewinni ludzie zawsze byli zamieszani w ich wojny. Kiedy już wszystko zostało przygotowane, Gokū stanął naprzeciw kryształów z czerwonymi gwiazdami w środku, a następnie wyciągnął ręce ku nim, wypowiadając dobrze znaną mu formułę:

— Przybądź Boski Smoku i spełnij me życzenie! — zawołał, zaraz wznosząc ręce ku niebu.

Muzyka

Wraz z tym ruchem rozbłysło tak silne światło, że zebrani musieli przesłonić wzrok. Lśniący snop niczym szalona błyskawica popędziła ku niebu, powoli przybierając odpowiednie kształty — wielkiego smoka. Widok ten — jak za każdym razem — wstrzymywał oddechy obserwujących. Mistyczna chwila zawsze była jakby tą pierwszą. Kiedy niebo już całkowicie pociemniało, a wichura ustała przed zgrają obrońców Ziemi ukazał się Shén Long w pełnej krasie. Jak zawsze majestatyczny.

— Przybyłem spełnić twe życzenie — wypowiedział donośnym głosem smok, zniżając swą wielką paszczę.

Stojący nieco dalej fioletowy kocur począł się zastanawiać, albowiem już gdzieś kiedyś spotkał się z podobnym magicznym tworem. Lata snu jednak zakrzywiły jego wspomnienia i nie był pewien czy wspomniane przez niego kule życzeń były kolosalnie większe, czy tylko odrobinę. Nie mniej zrozumienie, iż ziemianie posiadali smocze artefakty, było czymś nie do końca dobrym.

— Przejdę od razu do sedna — rzucił z entuzjazmem Gokū. — Potrzebuję informacji.

— Wypowiedz swoje życzenie — ryknął jak zwykle niecierpliwy Shén Long.

Saiyanin spojrzał raz jeszcze na swych przyjaciół, na dorosłego już syna, a następnie na żonę, którą kochał i drugiego syna, przed którym wciąż było długie życie. Stawka była bardzo wysoka. Nie chciał ich zawieść, nawet kiedy nie wiedział, czy ma jakieś szanse. Westchnął, po czym poprosił o sprowadzenie Legendarnego boga Saiyan, którego tak intensywnie poszukiwał Bóg Zniszczenia.

Jakież spotkało ich nieszczęście, gdy dowiedzieli się, iż ktoś taki nie istnieje. Nie można sprowadzić kogoś, kogo nie ma. Boski Super Saiyanin to twór pradawnych Saiyan. Nic poza tym.Gohana zakuło w sercu to stwierdzenie. Tyle razy spotkał się z odmową sprowadzenia Sary, że przestał wierzyć w magiczną moc smoka. Teraz jednak zdanie, które wypowiedział, sprawiło, że ugięły się pod nim kolana. Magiczne bóstwo wielokrotnie odmawiało spełnienia prośby, tłumacząc się, że nie może. Tak naprawdę nigdy nie objaśniał dlaczego. Czy zatem nie chciał złamać mu serca? Nie wypowiedzenie, iż nie można sprowadzić kogoś, kto nie istnieje, było tym, czego nigdy nie chciał usłyszeć. Czy zatem dlatego tak mocno go to dotknęło? Sara nie istniała? Tylko dlaczego?

— Jak nie istnieje? Ale... Bo... — zająknął się zmieszany Gokū. — Jeśli nam nie pomożesz, Wszechmocny Beerus zniszczy naszą planetę. Naprawdę nie możesz nic zrobić? Lordowi Beerusowi bardzo zależy, by się z nim zmierzyć.

Gigantyczny smok jak na komendę zesztywniał. Czegoś podobnego nigdy wcześniej nie zaobserwowano. Dotąd Shén Long był zawsze nieugięty, stanowczy i majestatycznie groźny. Nawet jeśli jego rola sprowadzała się jedynie do spełnienia lub odmówienia życzeń. Teraz zdawał się wytrącony ze swej nigdy niezachwianej równowagi. Smok naprędce odszukał wspomnianego niszczyciela planet.

— Bądź pozdrowiony lordzie Beerusie! — ryknął, nie kryjąc uniżenia, przed potężniejszym bogiem. — Proszę mi wybaczyć, że przemawiam z góry. Nie spodziewałem się spotkać pana na Ziemi.

— Witaj. Zatem mówisz, że nie możesz mi pomóc? — mruknął leniwie kocur, przyglądając się swym pazurom. — I przypadkiem nie wiesz, jak stworzyć tego Boga Super Saiyan?

Kocur zrobił krok w stronę monstrualnego bóstwa, które następnie cofnęło swój łeb. Smok bał się wyżej postawionego boga, ale nie był w stanie spełnić życzenia. Struchlały postanowił jednak podzielić się swoją wiedzą z zebranymi.

— Jeżeli chodzi o postać, której poszukujecie... Jest ona legendą, mitem wśród Saiyan — rzekł naprędce, a w jego głosie dało się wyczuć drżenie. —  Nie mogę go do was sprowadzić, ale mogę wyjaśnić jak go sprowadzić, albo stworzyć.

Wszyscy spoglądali na zielonego, wijącego się po niebie smoczego boga. Część osób zapomniała oddychać ze strachu przed utratą życia. Część oczekiwała zbawiennej historii. Beerus zaś stał z ponurą miną, nie do końca wierząc w to, co zaraz usłyszy. Wiedza smoka była ostatnim bastionem do odnalezienia tajemniczego boskiego Saiyanina, którego poszukiwał.

— Starożytny Saiyanin zbuntował się, gdy zobaczył w swoich towarzyszach najmroczniejsze zło. Był zbawcą, który powstał za pomocą innych Saiyan, którzy jak on mieli w sobie bardzo duże poczucie sprawiedliwości. Dzięki temu z łatwością rozprawił się z nikczemnymi Saiyanami. Wreszcie utracił całą swoją moc i słuch po nim zaginął.

Vegeta, słuchając tej krótkiej opowieści, wydedukował, skąd wzięła się wędrówka starożytnych Saiyan z ich ojczystej planety na Plant. Nigdy nie specjalnie nie interesował się historią swego ludu, chyba że dotyczyła ona wielkich podbojów. Taką właśnie była wojna z Tsufulami. Jego rasa była okrutna i to z ich przodków musiał się wywodzić. Tych, którzy zostali przepędzeni z rodzimej planety.

— W starożytnych księgach, ze zbiorów planety Namek można dowiedzieć się, że jeśli pięciu Saiyan o dobrym sercu złapie się za ręce, Światło ich serc rozbłyśnie w jednym — wyjaśnił powoli smok. — W ten sposób powstanie Boski Saiyanin, którego poszukujecie. Przedstawiłem wam cały rytuał. Żegnam.

Ciało giganta rozproszyło się w okamgnieniu, przypominając zielone światełka, a po chwili znikło. Kryształowe kule wystrzeliły w niebo, by następnie jak zawsze  rozproszyć się na siedem stron świata. Jedno życzenie oznaczało, że za pół roku będą mogli poprosić smoka o kolejne.

W tym czasie grupka ludzi, każde po swojemu próbowało dojść do jakiegoś wniosku. Son Gokū liczył na palcach, Vegeta irytował się wyrzutem żony, iż nie znał legend swego ludu. A Beerus? Beerus zaś kalkulował, czy to, co usłyszał, mogło w ogóle się udać?

Piccolo zachichotał pod nosem, dając do zrozumienia przyjaciołom, że jedynymi Saiyanami o czystym sercu, a raczej Saiyanami w połowie są Gohan i Goten. Na tę uwagę Bulma się obruszyła. Jej syn — Trunks także był dobrym. Może miał głupie pomysły, w końcu to dziecko, ale na pewno nie należał do istot złych. Również Chi-Chi nie mogła przejść przez ten monolog bez swego zdania. Gokū nie posiadał czystego serca? Oczywiście, że je miał! To, że w jego głowie istniała niemalże jedynie walka i nasycenie się, nie świadczyło o jego złych intencjach. W dodatku potrafił nie raz oszczędzić wroga, o czym świadczyło grono byłych przeciwników stojących dzisiaj z nim ramię w ramię.

Od słowa do słowa stary Rōshi doszedł do wniosku, że i Vegetę można byłoby wciągnąć w grono niezbędne do stworzenia tajemniczego bóstwa. Nie był już tym bezlitosnym zwyrodnialcem, założył rodzinę i niejednokrotnie pokazał, że zależało mu na jego siostrze, o czym nikt nie zamierzał wspominać teraz głośno. Tajemnica zniknięcia księżniczki pozostawała tematem tabu.

Konwersacje zagrożonych istot zaczęły irytować Boga Zniszczenia do tego stopnia, że wydarł się na wszystkich, by przestali marnować jego cenny czas i zajęli się tym przeklętym rytuałem. Tak też uczynili. Saiyańscy wojownicy chwycili się za ręce, a ci, co stali na brzegach położyli ręce na plecach Gokū. Książę z początku obruszył się z tego powodu, uważając, że to nie on winien stać się domniemanym bogiem. Ostatecznie, jeśli rytuał by się powiódł, mogliby go odtworzyć i stworzyć drugiego takiego mistycznego wojownika.


Saiyanie weszli w stadium super wojownika, skupiając się na przekazaniu swojej KI osobie, którą trzymali za rękę, aż ta dotarła do tego, który miał ich ocalić przed zagładą. Jego siła stała się nad wyraz fenomenalna, a od niej biła tak potężna aura, że drzewa kładły się pod jej naporem, a obserwatorzy z trudem mogli spoglądać na całe zajście. Nawet przesłaniając oczy. Nie czuł się on jednak wszechpotężnym, znał cząstkę możliwości przeciwnika i nie uważał, iż mógłby go taką KI pokonać. Brakowało mu sporo.

Energia, która spowiła ciało wojownika, nie potrafiła usiedzieć w jego organizmie — wydostała się z niego tak szybko, jak się w nim znalazła, strzelając energetycznymi kulami. Brzmiało to groźnie i tak samo wyglądało, ale póki Saiyanin nie zamierzał wykonać żadnego ruchu, nie mogła ona faktycznie nikogo skrzywdzić.

— Nie chciałem wam przeszkadzać, ale nie uważacie, że czegoś wam brakuje do tego rytuału? — Niespodziewanie zabrał głos towarzysz Beerusa. — Mieliście podzielić się nie mocą a swoim sercem. W dodatku smok wspominał o piątce Saiyan przekazującym moc, nie zaś o pięciu jako całość.

Rytuał został przerwany. Gokū zamrugał zdezorientowany, Vegeta zacisnął pięść, srogo łypiąc na towarzysza broni. Gohan spuścił wzrok. To w istocie wydawało się zbyt proste. Chwilę później jeszcze bardziej stracił ducha. Zadanie już od początku zdawało się niemożliwe do zrealizowania, a teraz? Teraz Whis dał im do zrozumienia, że nie mają żadnych szans. Wszystkie możliwe deski ratunku im umykały przez palce jak śnieg w środku lata.

Zrozumienie, że do tajemniczego rytuału potrzebowali jeszcze jednego Saiyanina, zajęło im zaledwie parę chwil. Nikt nie miał na twarzy radosnego uśmiechu, zwłaszcza po tym, jak Vegeta przyznał, iż nie może nawiązać żadnego kontaktu ze swym bratem. Zwyczajnie nie pomyślał, by wymienić się z nim podstawowymi informacjami. Son Gohan pomyślał, że w sumie mógłby nawiązać rozmowę radiową z kapsuły, ale w tej chwili do głowy przyszło mu coś niemożliwego.

W tym samym czasie Bóg Zniszczenia zrozumiał, że jego bardzo cenny czas właśnie dobiegł końca. Nie miał zamiaru więcej przebywać w tym świecie. Marzył o jedzeniu, które zapakował mu Whis oraz długiej drzemce, najlepiej kilkunastoletniej. I tak zbyt długo pozwalał żyć tym istotom, które go tak haniebnie znieważyły. Czas było zniszczyć Ziemię i pogodzić się, że mity pozostają jedynie mitami.

Son Gohan nie mógł się pogodzić z myślą, że oto czekała ich zagłada. Wybiegł przed szereg z wielką determinacją. Stanął przed najpotężniejszą istotą świata, a może i wszechświata. To mogła być ich ostatnia szansa. Oni potrafili ich odnaleźć. To dlaczego by ich nie wykorzystać? Nie bez powodu musieli dzierżyć boskie miano. W dodatku byli im to winni! Zburzyli spokój tej planety, w poszukiwaniu legend, o których nawet rodowici Saiyanie zapomnieli.

— Skąd wiedzieliście, gdzie nas szukać? — zapytał bez ogródek starszy syn ziemskiego wojownika. — Skąd ta wiedza? Wyczuwacie wszystkich we wszechświecie, czy jest to jakaś tajemna technika?

Beerus zmrużył gniewnie oczy. Kolejny raz odwodzili go od jego zamiarów. Znowu marnowali jego czas. Miał dość tego świata z każdą sekundą coraz bardziej. Towarzysz boga zamyślił się, nie dając po sobie niczego poznać. Czuł jednak, że powinien odpowiedzieć na to pytanie. Ciekawość świata to było jego drugie imię, a jeśli ktoś wykazywał się podobnymi odczuciami... Nie mógł nie odpowiedzieć. Choćby przez wzgląd, że ta wspaniała planeta miała zniknąć z galaktycznych map.

— Nic z tych rzeczy — odparł bladoniebieski mężczyzna. — Mam po prostu dostęp do wielu informacji.

— Czy byłbyś zatem w stanie odszukać kogoś jeszcze? — Gohan mocno zacisnął pięści w oczekiwaniu. Czuł, że zaraz się spoci. — Błagam...

— Co chcesz przez to powiedzieć?

— Brakuje nam szóstego Saiyanina do rytuału — wyjaśnił od razu. — Chcę, byś spróbował odnaleźć pewną Saiyankę... Smok nie potrafił tego dokonać, sprawdzałem. Ale ty... Może ty byś mógł?

Białowłosy zamyślił się na chwilę, a później spojrzał łaskawie na swego pana. Beerus bez słowa przytaknął, choć niepewnie. Zgodził się tylko dlatego, że bardzo zależało mu na spotkaniu tego tajemniczego przeciwnika. Nic poza tym.

— Jeśli, osoba, której szukasz, żyje, nie ukryje się przede mną.

Zaraz niczym wielki magik wyciągnął dłoń, a w niej pojawiła się długa złoto niebieska laska. Na jej szczycie widniała czarna kula otoczona pierścieniem w kolorze nieba, przypominająca planetę typu Saturn. Przysunął swe fioletowe tęczówki do gładkiej powierzchni kuli, jednocześnie zamykając drugie oko. Kamień usytuowany na szczycie zaczął połyskiwać turkusowym blaskiem.

W chwili, gdy tajemniczy czarownik przyglądał się swej magicznej lasce, pomrukiwał z uznaniem, cała reszta stała niczym słupy soli. Każdy chciał przeżyć, każdy też chciał znać odpowiedź. Nie tylko czy księżniczka żyje, ale czy w ogóle mogą się dowiedzieć gdzie znaleźć ostatnią część układanki. Bo przecież jeśli nie Sara, to był jeszcze Table! Nie ważne kogo by sprowadzili, ważne by się udało. Gohan jednak liczył, że to właśnie ją będą mogli odnaleźć. Wraz z nim saiyański książę, nawet jeśli starał się to ukryć przed całym światem.

— Mam — rzekł bez emocji — planeta Kōriwa.

Pod Son Gohanem nogi się ugięły. Wieść, że jego ukochana została odnaleziona, była nie tylko radosna, ale jednocześnie jak kubeł lodowatej wody. Nie rozumiał, dlaczego Boski Smok nie potrafił udzielić mu tej odpowiedzi, ale czy teraz miało to jakieś znaczenie? Sara żyła. To było najważniejsze! Wreszcie miał szansę ją odszukać i naprawić wszystko. Jego oczy przesłoniły łzy.

— Zatem na co czekamy? Lećmy po nią! — zawołał podekscytowany.

Whis chrząknął, jeszcze chwilę obserwując swoją laskę, po czym ta zniknęła, jakby nigdy jej nie było. To wystarczyło, by zaniepokoić pół-saiyanina. Po chwili także doszło do niego, że nie miał pojęcia, gdzie znajduje się taka planeta, oraz że jego ojciec i tak mu nie pomoże, ponieważ nie potrafi wychwycić jej sygnatury.

— Proszę... Błagam... — wyszeptał młody mężczyzna. — Jeśli nie chcesz tego zrobić dla nas, zrób to dla Boga Zniszczenia. To on pragnie spotkać się z tym tajemniczym bogiem saiyan. A tylko ty jesteś teraz nam w stanie pomóc. Nikt nigdy wcześniej nie potrafił zdradzić nam miejsca, w którym przebywa Sara.

Zdesperowany młodzieniec upadł na kolana, jednocześnie opuszczając bezwładnie dłonie na trawie. Nie miał pojęcia jak prosić o pomoc, zwłaszcza że oni nie zamierzali nikomu pomagać. Przybyli po odpowiedzi, a za ich brak jedynie czego chcieli to się ich pozbyć. Jak śmieci. Gdyby to pomogło, padłby na ziemię, lecz jedyne co uczynił to, wpatrywał się w Anioła, odkrywając przed nim swe serce: łzy rozpaczliwej bezradności popłynęły po jego policzkach.

— Dobrze więc. Ale mogę zabrać tylko jedną osobę ze sobą — Jego ton wciąż był nieustępliwy i zimny. — Zabiorę i nic poza tym.



23 września 2025

*114. Nie igraj z bogiem

ROK: 778
Planeta: Ziemia

Bulma jak co roku zorganizowała potężne przyjęcie z okazji swoich urodzin. Wszyscy przyjaciele byli zaproszeni, a kobieta nie lubiła, jak jej się odmawia. Każdy uwielbiał się trochę rozerwać i zjeść, zwłaszcza że w Capsule Corporation można było spróbować naprawdę pysznych rarytasów. Tym razem jednak wpadła na zupełnie inny pomysł. Gohan jednak nie był zainteresowany ani zabawą, ani też jedzeniem. A już zwłaszcza rejsem na luksusowym statku. Co też tej kobiecie strzeliło do łba?

Kolejny raz udał się na urodziny przyjaciółki ojca z szacunku do wynalazczyni smoczego radaru. Miał zamiar siąść gdzieś w kącie i poobserwować nicość. Chyba że ktoś miał pomysł jak odnaleźć Sarę. Son Gohan już nie miał pomysłów. Albo upić się. Albo jedno i drugie. Co mu tam? I tak wszystko traciło sens, a on nie miał już żadnych pomysłów.

Gdy wraz z matką i młodszym bratem dotarł na wskazane w zaproszeniu miejsce, uprzejmie się przywitał. Wspomniał również, że Gokū się spóźni, gdyż wybył parę dni wcześniej do Kaito na trening, ale obiecał, że nie zapomni. Bulma krzywo spojrzała na tę uwagę, a Gohan jedynie wzruszył ramionami. Nie zamierzał wciskać kobiecie bajek, jedynie powtórzył słowa ojca. Czy zamierzał dotrzymać słowa? Tego nie wiedział nikt. Pewno i sam Gokū.


Na pokładzie gigantycznego wycieczkowca zebrała się już większość zaproszonych. Jakże młodzieńca zdumiała obecność samego Herculesa, Buu i Videl. Widać, po ostatniej imprezie na cześć pokonania Majina więzi tych ludzi się zacieśniły, albo interesy. Wszystko jedno. Son Gohan automatycznie odwrócił się plecami, oznajmiając matce, że idzie się rozejrzeć. Zdąży się ze wszystkimi jeszcze przywitać.

Przycupnął po drugiej stronie statku, gdzie znajdował się olbrzymi basen. Wszyscy byli skupieni na przodach, gdzie znajdowało się jedzenie i nadchodzące atrakcje w grze, którą Bulma uwielbiała nad życie — bingo. Taka zabawa absolutnie go nie interesowała. Rozłożył się na najbardziej oddalonym leżaku i zamknął oczy.

Ciepłe promienie słońca były nad wyraz przyjemne dla jego skóry. Twarz z radością przyjmowała tę energię. Gohan uwielbiał wylegiwać się w trawie, łapiąc w ten sposób słońce. Od czasu zniknięcia Saiyanki nic jednak nie było takie samo. Wszystko, co kochał, sprawiało mu smutek, a to, co sprawiało, że sobie przypominał o niej, było jak sztylety. Nie chciał zapominać, ale jednocześnie nie chciał pamiętać. To było bardzo trudne.

— Nadal nic? — usłyszał ponury głos.

Zerwał się do siadu, jakby co najmniej ktoś oblał go zimną wodą. Myślał, że będzie tu sam. A może po prostu przysnął i nawet nie wiedział kiedy? Przed młodzieńcem stał książę Vegeta jak zawsze na galowo. Ten to nieprzerwanie trenował, a gdy tylko dowiadywał się, że nie potrafią odnaleźć jego siostry, ćwiczył jeszcze więcej i ciężej, jakby usiłował tym zagłuszyć emocjonalną rozpacz. Gohan rozumiał go jak nikt inny. Utrata ważnej osoby była najgorszą karą od losu. Wiedział też, że już raz Sarę uznał za martwą. Spotkanie po latach było jak obuch. Czy jednak tym razem mogli liczyć na podobną sytuację?

Son Gohan pokręcił przecząco głową, jednocześnie przymykając powieki. Było mu niewyobrażalnie źle z tego powodu. Vegeta każdorazowo reagował impulsywnością. Także czuł się bezradny i on o tym doskonale wiedział. Nie musiał mu nic mówić.

— Nic. Kompletne zero. To jest po prostu niemożliwe.  — Młodzieniec rzucił z frustracją. — Z początku myślałem, że nie chce być odnaleziona, ale teraz... Obawiam się najgorszego. To trwa zbyt długo. Ona przecież w końcu by wróciła i... I mi złoiła skórę.

— Co chcesz powiedzieć? — Vegeta jak na komendę zesztywniał. Mimo wszystko nie chciał tego nawet słuchać. Ale wiedział, że Gohan ma rację. Jego temperamentna siostra wróciłaby. Nie mogłaby nie nawciskać Saiyaninowi. Dla zasady.

— Jestem przekonany, że coś jej się stało i po prostu nie może wrócić.

Książę Saiyan przysiadł na leżaku obok, głęboko się zastanawiając nad słowami dzieciaka Kakarotto. Mógł mieć sporo racji. Sara była silną wojowniczką, ale nie była niepokonana, zwłaszcza jeśli uciekła w... Skrajnych emocjach. Vegeta, chociaż nie wyglądał na takiego, to robił swój własny wywiad w sprawie zniknięcia siostry. Nawet poważnie się poprztykał z Son Gokū, gdy okazało się, że tamten nie potrafi odnaleźć jego siostry mimo usilnej próby namierzenia jej KI.

— To wszystko twoja wina! — warknął Saiyanin.

— Wiem o tym — wyszeptał ponuro młodzieniec. — Próbuje to odkręcić, ale brakuje mi już pomysłów. Chodzę we mgle... Nie mam pojęcia co robić.

Ukrył twarz w dłoniach. Miał ochotę rozpłakać się jak dziecko. Vegeta nigdy niczego nie ułatwiał. Sprawiał wrażenie wiecznie niezadowolonego, a w dodatku nic nie robił. Gohana to frustrowało. Jakby cały świat o niej zapomniał. Było to jednak kłamstwo. Każdy radził sobie inaczej. On łkał w poduszkę, odwiedzał wspólne miejsca, sypiał w jej pokoju, tuląc się do jej poduszki. Ostatni raz tu był, gdy ta spała po odpięciu aparatury.

Vegeta nawet go nakrył. To był przypadek. Sam chciał posiedzieć w pokoju, w którym mieszkała jego siostra. Widząc, w jakim stanie zastał dzieciaka, odpuścił i usiadł obok. By pomilczeć. W tej ciszy rozumieli się jak nigdy. Zwłaszcza po tym, jak Gohan wyznał mu, co czuje. Książę niby od niechcenia rzucił, że dopóki mu zależy, może tu przychodzić bez względu na porę. A wiedział, że chłopak będzie jak duch — niezauważony. Tyle mógł dla niego zrobić.

— Vegeta... Wiem, że to brzmi niedorzecznie, ale czy mógłbyś mi pomóc? — Gohan wyszeptał skrępowany. — Mam mapę, może jeżeli obaj udamy się w przeciwległe strony... Może... Może uda nam się dowiedzieć czegoś na temat... Sary?

Jej imię z trudem przeszło mu przez gardło. Czuł, jak wielka gula rośnie mu w gardle. Musiał jednak zapytać. Nie potrafił już nic innego wymyślić. Był w potrzasku. Do tego ledwo dawał radę w codziennym życiu. Cieszyło go to, że ukończył liceum, chociaż nie z tak zadowalającymi wynikami, jakich oczekiwała matka. Nie potrafił skupić się na nauce, najważniejsze było studiowanie map kosmosu, których i tak na Ziemi by nie uznano. Nikt nie wierzył w bezkres otchłani i niezliczoną ilość obcych ją zamieszkujących. Z tą wiedzą, jaką posiadał, naprawdę mógłby zostać na tej planecie wielkim uczonym w dziedzinie astronomii. I tym tłumaczył się Chi-Chi, gdyż badanie kosmosu w tej chwili miało dla niego największy priorytet. Nie raz odwiedził przestrzeń kosmiczną i trochę „świata” zwiedził. On tak naprawdę miał w nosie bycie tym kimś, jak to określała jego rodzicielka.

Nie zdążyli wymienić żadnych szczegółów ewentualnej wyprawy poszukiwawczej, gdy Vegeta spiął się jak struna, jednocześnie zamykając oczy i ściągając brwi. Król Światów — Kaito z duszą na ramieniu przekazał mu niepokojące informacje, których książę nie potrafił wypowiedzieć na głos. Mimowolnie zaczął trząść się jak przerażone dziecię. Kakarotto pokonany? Dwoma ciosami?

— Mogę na ciebie liczyć?  — zapytał nieświadomy niczego Son Gohan. — Musimy obmyślić plan, rozesłać listy gończe... To... To chyba najlepszy pomysł, by ktoś, gdzieś ją wypatrzył.

Młodzieniec spojrzał uważniej na brata ukochanej. Nie był pewien czy właśnie go rozgniewał. Wyczuwał w jego KI delikatną wibrację. Rozumiał, że rozmowa na temat zaginionej była i frustrująca, ale zdawało mu się, że było to coś innego. Wyglądał, jakby zobaczył ducha. Skupił się na otoczeniu, lecz niczego nie wykrył.

Książę spojrzał na swoje dłonie, nie do końca rozumiejąc, dlaczego ogarnął go paraliżujący strach. I bynajmniej nie była to przegrana odwiecznego rywala. Gdzieś w głowie tliły się dawno zaszufladkowane wspomnienia. Kiedy wreszcie odzyskał władzę nad ciałem, nie dość mocno uderzył pięścią w ścianę. Nie miał zamiaru zatopić promu. To była bezradność. Świat się walił na każdej możliwej płaszczyźnie? Niebawem mieli się o tym przekonać.

— Vegeta, książę Saiyan — usłyszeli.

Obaj wojownicy poczęli się rozglądać, nie dostrzegając nikogo i niczego. Starszy Saiyanin nerwowo przestąpił z nogi na nogę. Już tu jest — przemknęło przez jego przerażoną myśl. Młodszy ze zdziwieniem uznał, że ktoś postanowił z nich zażartować, zwłaszcza że gdy obaj się spotykali, nastawała grobowa atmosfera. Zwykle Goten lub Trunks usiłowali rozładować niezdrowe napięcie. Nikogo jednak nie było w zasięgu wzroku. Gohan westchnął, kręcąc przy tym głową. Zapewne matka go szukała, gdyż powinien wrócić na to przeklęte przyjęcie.

Jego spojrzenie dosięgnęło Vegety i ogarnęło go dziwne przeświadczenie, że jest coś nie tak. Mężczyzna pobladł, nadal wyglądał bardzo nie swojo. Co wiedział? Co ukrywał? I wtedy za Saiyaninem dostrzegł nieznaną istotę, która wyciągnęła rękę i usiłowała sięgnąć karku księcia. Na moment zabrakło mu słów, a gdy odzyskał władzę nad swymi myślami, krzyknął:

— Vegeta, za tobą!

Wojownik uskoczył jak oparzony, jednocześnie tratując młodego Saiyanina. Obaj upadli na idealnie wypucowaną drewnianą podłogę, bacznie przyglądając się tajemniczej i smukłej postaci.

Humanoidalny kocur o szpiczastych uszach i śliwkowej barwie skóry stał dostojnie wyprostowany. Mrużył złowrogo oczy i czekał. Zaraz obok pojawił się lazurowy przybysz o śnieżnobiałej czuprynie sterczącej ku słońcu. Dzierżył długą laskę w dłoni. Jego twarz jaśniała czymś, co przypominało aureolę, lecz nie była taką, jaką kilka lat temu miał jego ojciec. Obaj nieznajomi mieli podobne oznaczenia na strojach.

— Witaj. — Kocur wyszczerzył zębiska.

— Kim jesteś?! — fuknął Vegeta. Nienawidził, gdy podchodzono go od tyłu.

— Nie wiesz, kim jestem? — rzekło wyniośle kocisko. — Cóż nie istotne, i tak już nie żyjesz.

Wycelował pazurem w księcia. Na koniuszku pazura pojawiła się drobniutka iskra mocy. Drugi mężczyzna stał jak posąg, jakby nie interesował go przebieg spotkania. Gohan wciąż na wpół siedział, całkowicie zdezorientowany sytuacją. W tym czasie rozjuszony brat Sary rzucił się na nieproszonego gościa, lecz chwilę potem na moment zawisł w powietrzu, a w następnej chwili upadł. Wyglądało, jakby potknął się o własne nogi.

— Vegeta! — zawołał z desperacją Gohan. Cokolwiek się wydarzyło, nie mógł siedzieć bezczynnie.

Poderwał się na ugiętych nogach gotów do działania. Spróbował oszacować sytuację, ale niewiele potrafił wywnioskować. Ci nie ludzie nie emanowali żadną energią, a jednocześnie byli bardzo przytłaczający swym majestatem. Kim byli? Czego chcieli od księcia?

Niedoszły król przypomniał sobie o dniu, w którym spotkał tego kocura po raz pierwszy. Sceny w jego wspomnieniach były rozmazane, ale wyraźnie pamiętał, że jego ojciec, wielki Vegeta III ukorzył się przed tym... Był wstrząśnięty tą sytuacją. Miał króla za niezłomnie wielkiego wojownika. Nie pamiętał rozmowy, jednak wiedział, że ten paraliż, jakiego doświadczył chwilę temu, przydarzył mu się właśnie tamtej nocy. Wtedy był tylko szczeniakiem, dziś, gdy był naprawdę potężnym Saiyaninem, spotkało go dokładnie to samo, z równie intensywną siłą. Oznaczało to tylko jedno — był Bogiem Zniszczenia.

— Liczyłem na coś więcej — mruknął rozczarowany bóg. — Nie jesteś wart mojego czasu. Trzeba było już wtedy zniszczyć waszą planetę.

Son Gohan niczego nie rozumiał, poza jednym — Vegeta musiał znać tego kotowatego. Chciał interweniować, ale z jakiegoś powodu jego ciało odmawiało posłuszeństwa. Obserwował, jak tajemniczy gość podchodzi do wciąż leżącego mężczyzny, a następnie przy nim kuca. Trzymał nerwy na wodzy, oczekując odpowiedniego momentu.

— Słuchaj no, wiesz może coś o Bogu Super Saiyan?

— Bogu Super Saiyan? — powtórzył książę drżącym głosem.

— Jednak nie masz pojęcia, o czym mówię — kot był wyraźnie rozczarowany. Przechylił głowę na bok.

Książę wciąż walczył z podłogą i swymi znokautowanymi mięśniami przez boską energię i gdy zobaczył swoją kobietę, jego serce na moment przestało bić. Bulma zdegustowana nieobecnością księcia na przyjęciu postanowiła kolejny raz utrzeć mu nosa. Nie lubiła być odtrącana, zwłaszcza w swoje urodziny. Stała ze swoją standardową miną, naburmuszonej, trzymając w dłoni szklaneczkę z drinkiem pomarańczowym.

— Nie podchodź! — krzyknął ostrzegawczo. Musiał chronić tę nieokrzesaną kobietę.

Bóg zniszczenia i jego towarzysz spojrzeli za siebie. Bulma miała nietęgą minę. Poprawiła okulary przeciwsłoneczne na głowie, czując, iż zaraz jej zjadą po grzywce, prosto na podłogę. Sytuacja, w jakiej się znalazła, wyglądała bardzo... dziwnie. Jej dumny mężczyzna leżał jak długi, w dodatku jak zwykle jej rozkazywał. I to w ten wyjątkowy dla niej dzień! To było oburzające! Jak ona mogła się z nim związać?! Sama nie wiedziała, jak do tego doszło.

— Nie bądź nieuprzejmy wobec kobiet, książę Vegeto — rzekł nader spokojnie ogoniasty kocur.

Bulma nie znała tych istot, ale zdawała sobie sprawę, z kim postanowiła dzielić życie — z kosmitą. Obcy na jej ukochanej Ziemi nie byli dla niej niczym nadzwyczajnym. Zwłaszcza ci, którzy przypominali jednocześnie zwierzoludzi — tych, którzy kiedyś zażyli narkotyk, zwany Animorfaliną.

— Kim jesteście? — zapytała, podchodząc bliżej. — Jesteście... Przyjaciółmi Vegety?

Na to pytanie Gohanowi skrzywiła się twarz. Przyjaciele? Ten wojownik na przestrzeni lat to mógł nie zliczyć wrogów, ale przyjaciół? Na szczęście był najdalej i nikt nie dostrzegł jego reakcji. Ostrożnie się podniósł, jednocześnie zdumiewająco lekko się czując bez tej nienaturalnie przytłaczającej siły. Vegeta nadal pozostawał w swojej haniebnej pozycji.

Dotąd milczący, wysoki jegomość zabrał głos. Wytłumaczył w iście dystyngowanym tonie, że przybywają z daleka i w istocie nie są przyjaciółmi księcia, a jedynie na niego wpadli w poszukiwaniu odpowiedzi na nurtujące ich pytanie.

— Jestem Whis, droga pani, a to — tu wskazał na kotowatego — mój pan, wspaniały lord Beerus.

— Miło mi poznać. — Z uśmiechem podała dłoń Beerusowi. — Tak się składa, że dziś są moje urodziny i organizuję przyjęcie. Jesteście mile widziani.

Wciąż tajemniczy dla Gohana przybysze nie omieszkali uprzejmie przyjąć zaproszenie. Gdy tylko odeszli podbiegł do poległego księcia i pomógł mu wstać. Zdziwił go fakt, że nie odtrącił tej pomocy, jak to zwykle czynił.

— Kim oni są? — wyszeptał z obawą, że tamci go usłyszą.

Wojownik pozwolił sobie pomóc wstać, gdyż wciąż targały nim skrajne emocje — od gniewu po strach. Ten mocno paraliżujący. Westchnął ciężko, a jednocześnie jakby upuścił kamień, gdy wreszcie zostali tylko we dwóch.

— Ten kot to Bóg Zniszczenia, Beerus. Ktoś, kogo nie należy ignorować — mruknął cicho Saiyanin. — Jest jak pożeracz galaktyk! Nie, co ja gadam! Całych wszechświatów! I nie wolno nam go rozwścieczyć inaczej nas wszystkich unicestwi.

Dla syna Gokū brzmiało to dość absurdalnie. Wielokrotnie był ktoś, kto uważał się za niezwyciężonego, niemal samego boga. Nawet Bóg Światów nie był od nich silniejszy. Jak więc on mógł? Lecz chwilę potem przypomniał sobie, jak bardzo ogarnął go paraliżujący strach, którego nie potrafił racjonalnie wytłumaczyć. I panika, jaka ogarnęła pyszałka Vegetę. Jeżeli on bał się tej istoty, to zapewne miał powód.

— Kaito uprzedził mnie, że Beerus się tu zjawił i że pokonał twego głupkowatego ojca — wyjaśnił zaraz książę. — Jeżeli czymkolwiek rozgniewamy Boga Zniszczenia, możemy pożegnać się z naszym domem. Ja nie żartuję, dzieciaku.

— To, co mamy robić? — zapytał z przejęciem młodzieniec. Jeśli jego ojciec przegrał starcie z tym bogiem, faktycznie mieli przechlapane.

— Zrobić wszystko by zadowolony opuścił naszą planetę jak najszybciej — pouczył go, kiwając na boki wskazującym palcem. — Jeśli nam się nie uda, to możesz zapomnieć o misji poszukiwawczej.

Tyle Son Gohanowi wystarczyło, by zrozumieć powagę sytuacji. Poszukiwania Sary miały dla niego najwyższy priorytet. Musieli załatwić wszystko po ciuchu i niezauważenie. Ryzyko było ogromne, ale stawka bardzo wysoka — ich życie.

***

Beerus i Whis szybko wtopili się w tłum z iście szerokimi uśmiechami i nienagannymi manierami. Można by powiedzieć, że ten przytłaczający pogrom, jakiego doznali w chwili spotkania, był tylko niefortunnym wypadkiem. Vegeta jednak nie zmienił zdania ani razu. Pamiętał boga na swojej rodzimej planecie i tego, jak potraktował jego ojca. W uszach dudniły mu słowa króla północnych galaktyk — nie rozzłościć. Nie był skończonym ignorantem i potrafił zrozumieć, jak bardzo mają przechlapane. Jeden fałszywy ruch, słowo i wszystko mogło przepaść. Gohan zdawał się dostrzegać zagrożenie i postanowił działać razem z nim. Za wszelką cenę chciał wreszcie ruszyć na poszukiwania.

Większość przyjęcia był spokój, chociaż parę razy zdarzyło się parę kontrowersyjnych zdarzeń, które chyba tylko cudem udało się zażegnać i to dosłownie. Saiyańscy wojownicy przemieszczali się między gośćmi z duszą na ramieniu. Vegeta po raz drugi uznał, że ten dzieciak jest coś wart i potrafił z powagą podejść do pewnych sytuacji. I wszystko skończyłoby się dobrze, gdyby nie jeden incydent...

Buu mimo swojej siły i dobroci pochodzącej od jednego z bogów światów posiadał mentalność małego, rozkapryszonego dziecka. Nie zamierzał dzielić się puddingiem, którego tak bardzo chciał spróbować Bóg Zniszczenia. Hercules nie miał nic przeciwko, nawet zaproponował poczęstunek. Niestety Majin był do tego stopnia samolubny, że mimo uprzejmych próśb Whisa, demon swoim długaśnym językiem obślinił wszystkie flakoniki z waniliowym deserem. Tyle wystarczyło, by rozzłościć dotąd spokojnego boga.

Vegeta upuścił talerz z kolejnymi frykasami, jakimi chciał uraczyć przybysza. Gohan, chociaż w tym czasie stał nieco dalej by wybrać dla gości dobry trunek, zaobserwował zaistniałą sytuację, zacisnął pięści w oczekiwaniu. Dostrzegł, że pan Satan usiłował załagodzić sytuację z niesfornym Buu, jednak nie miał wpływu na dalszy przebieg zdarzeń. Buu, to po prostu Buu. Ziemianin oberwał rykoszetem — podmuch KI posłał go na jedną ze ścian promu. Stracił od razu przytomność.

Nie ludzie patrzyli na siebie z determinacją. Pachniało walką na wiele kilometrów. Nikt jednak nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo mieli przechlapane. Nikt poza Vegetą i Gohanem. Whis zdawał się niewzruszony zaistniałą sytuacją.

— Przestańcie! — zakomenderował książę. Miał cichą nadzieję, że zostanie usłyszany. — To nie miejsce na walki! Opanujcie się.

Nic jednak nie było w stanie powstrzymać różowego stwora. Rzucił się z pięściami na boga, a ten kompletnie nic sobie z tego nie robił. Zupełnie jakby zwykły Ziemianin postanowił znokautować Saiyanina. Tak, to było dobre porównanie.

W tym czasie towarzysz boga wzruszył ramionami, zupełnie jakby oglądał walki dla dzieci w przedszkolu. To, co następnie zrobił, zdumiało Gohana — odwrócił się i podszedł do straganów z jedzeniem. Najwidoczniej dla niego nie było w tym zdarzeniu nic nadzwyczajnego albo gorzej — znał kolejno przebieg i oczekiwał jedynie końca. To wystarczyło, by młodzieniec zrozumiał, że są na straconej pozycji.

W tym samym momencie Beerus zablokował pięść demonicznego stwora. Zdawał się taki niewzruszony rosnącą furią Buu. Puki go nie obrażał, nie mieli się co stresować, że zachwiane zostaną wymiary. Vegeta w duchu cieszył się, że bóg nie wpadł na taki pomysł. Chociaż, on nie zwykł obrażać innych, to on był tym wielce urażonym na przestrzeni dziejów.


— Jestem dość łaskawym bogiem — rzekł z opanowaniem, po czym jak kukiełkę uniósł przeciwnika ku niebu, jedną ręką.

Począł trząść, a następnie okręcać demonem, jakby chciał zrobić mu najszybszego roller coastera w życiu. Jakby miał zamiar ustawić mu wszystkie klepki na odpowiednie miejsca...

— Jednakże jednego nie jestem w stanie tolerować — kontynuował bóg, wyrzucając swą ofiarę ku niebu.

Przechwycił go w okamgnieniu za magiczny czułek, kontynuując swój monolog. Vegeta w tym samym momencie przypomniał sobie słowa Boga Zniszczenia. Jego ojca uraczono tym samym zdaniem, które w myślach wyrecytował wraz z kotowatym: Istot, które nie traktują mnie z należytym szacunkiem.

Buu skończył w lazurowym oceanie rozproszony na maleńkie gumiaste cząstki. Pocisk dla niego nie był śmiertelny, ale wystarczyło, by zrobić poruszenie wśród gości. Kropelki wody rozprysły się po twarzach i gdyby nie fakt, że mieli przechlapane, byłoby to bardzo przyjemne uczucie. Gohan dostrzegł paraliżujące przerażenie na twarzy pobratymca. Nie miał pojęcia co zrobić, jak zakończyć ten spór? Nie chciał ofiar, a przede wszystkim samemu przestać istnieć, tylko dlatego, że jakiś samolubny grubas postanowił nie dzielić się głupim deserem o smaku wanilii.

Bulmę jednak rozwścieczyła postawa wybranka. Uważała bowiem, iż winien postawić do pionu niegrzecznego gościa. W dodatku raczyła nazwać boga prostakiem. Tylko co ona wiedziała? Nikt jej nie powiedział, kim był ów gość i że wcale nie należał nawet do znajomych księcia. Był za to wysoko postawioną personą, której nie należało ani lekceważyć, ani kompromitować.

Książę musiał działać. Nie należał do osób, które potrafią łagodzić sytuację, zwykle to on był tym prowokatorem. Dziś musiał jednak odstawić swe ego na bok, jeśli chciał mieć spokojne popołudnie, planował odnaleźć siostrę, a przede wszystkim żyć. Bez tego nie było już nic. Wzniósł więc się ku górze, zrównał z panem wszelkiego zniszczenia, cicho błagając o rozwagę i jednocześnie przepraszając za zaistniałą sytuację. Gdyby Gohan tego nie zobaczył na własne oczy, nigdy by nie uwierzył. To świadczyło o powadze sytuacji, w jakiej się znaleźli.

Nie to jednak było najbardziej uderzające. Beerusa nie dało się ugłaskać, nie chciał, by książę wymierzył sprawiedliwość Buu, ani też nowej porcji nieszczęsnego puddingu. Saiyaninowi pozostało przyjąć z pokorą porażkę, co sprawiło, że i Son Gohan poczuł paraliżujący strach. Vegeta nigdy się nie poddawał, zawsze walczył do samego końca, nawet gdy nie miał żadnych szans. Jego dumy nikt nie mógł podeptać, aż do dziś.

I stało się. Buu wrócił jak wielki koszmar z przeszłości — nie zamierzał się poddawać, wciąż nie wiedząc z kim ma do czynienia i że jego brawura jedynie jest oliwą dolaną do ognia. Beerus szybko sprowadził go na ziemię, a następnie oznajmił, że czas się skończył i pora zniszczyć planetę.

Tylko Gohan, Vegeta i Dende wiedzieli, z czym to się wiąże. Ostatni z nich będąc opiekunem Ziemi, był w stanie wyczuć niewyobrażalną moc rozwścieczonego kocura. Piccolo nie był ślepy i zauważył niecodzienne zachowanie sprzymierzeńców, zwłaszcza tych wybitnie silnych.

Reszta nie zdając sobie sprawy z niebezpiecznie zbliżającą się zagładą, postanowiła działać — dzieciaki naprędce dokonały fuzji i jak szybko rzuciły się na boga tak szybko dostały wciry. Rozzłoszczony bóg był jednak dla nich łaskawy. Nie zmiótł ich z powierzchni, a jedynie potraktował jak rozbestwione smarkacze, które należy postawić do pionu. Gohan odetchnął z ulgą, gdy posłał nieokrzesanego Gotenksa na łopatki.

Zaraz jednak do walki dołączył Piccolo, Osiemnastka i Tien Shinhan. Chociaż nie wiedzieli, z czym się mierzą i że nie mają szans, to spróbowali dotrzeć do istoty, która postanowiła ich terroryzować tylko dlatego, że poczuła się urażona.

— Kim ty jesteś? — zapytał z determinacją Tien.

Teraz dopiero się zainteresowali? Son Gohana zaskoczył ten fakt. Nie znali tego stwora i nie mieli pojęcia, że nie powinni w ten sposób z nim rozmawiać, zwłaszcza jeśli jego kaprysem było unicestwienie nie tylko życia na tym globie, ale i całego ciała niebieskiego. Gohan gorzko pożałował, że nikogo nie wtajemniczył. Może gdyby ktoś jeszcze miał świadomość, z kim się mierzyli... Czy wtedy cała impreza przebiegłaby bez zakłóceń i z ulgą żegnaliby boga i jego towarzysza z nadzieją, że nigdy więcej się nie spotkają? Może tak, a może nie. Zdecydowanie było za późno na roztrząsanie.

Starszego syna Gokū złościła cała sytuacja. Przyjaciele się starali i przegrywali. Co miał czynić? Jeśli rzuciłby się na boga, rozzłościłby go jeszcze mocniej. Czuł się bezradny. Kolejny raz. Nie potrafił odnaleźć dziewczyny, którą darzył uczuciem, jak i zażegnać śmiercionośny konflikt. Beznadziejność odbierała mu wolę walki.

Tymczasem Vegeta postanowił walczyć. Ruszył do boju, zmuszając każdą cząsteczkę do działania, mimo paraliżującego strachu. Jego działania były niestety głupie, gdyż nie miał żadnych szans z bogiem tego kalibru. Beerus położył go jednym ciosem na podłogę, depcząc jego złotowłosą głowę. Do księcia wróciły kolejne mroczne wspomnienia, kiedy jego ojciec znalazł się w takiej samej sytuacji.

Książę z pokorą przyjął swój los. Był gotów na unicestwienie. Zrozumiał, że mimo wielkich starań, zmuszenia się do błaznowania i upokorzenia przegrał. Nic nie mógł więcej zrobić. Patrzył na powoli rosnącą sferę z diaboliczną energią, która miała zetrzeć ich planetę z map wszechświata.

Zdumiewający był fakt, że do solenizantki całe zajście było obraźliwą aferą. Zupełnie nie pojęła, że słowa Boga Zniszczenia nie są rzucane na wiatr, a jego potęga jest w stanie roznieść w pył wszystko, co kiedykolwiek kochała. Niczego nieświadoma podeszła do Hakashina i wymierzyła mu siarczysty policzek, tym samym szokując wszystkich. Gohanowi odpłynęła krew z twarzy. Vegetę zamurowało.

Nastała cisza. W oddali było słychać pojękiwania szybko pokonanych. Zebrani struchleli. Chociaż poniekąd zdawali sobie sprawę z nieprzyjemnej sytuacji, to nie potrafili rzeczowo jej określić. Żadne z nich nie potrafiło wyczuć boskiej energii. Tylko Dende miał tę świadomość i trząsł się teraz z przerażenia. Miał wrażenie, iż za moment zemdleje. Był jednak na tyle przytomny, że złapał swego pobratymca za połę białej, dociążającej peleryny.

— Nie możesz się z nim mierzyć, panie Piccolo — wyszeptał z przerażeniem. — To jest bóg. Bardzo potężny bóg.

— Co ty opowiadasz...?

W tym samym czasie Vegetą targały silne emocje. Nie potrafił poradzić sobie z tak potężną falą wściekłości, a jednocześnie przerażenia. Znał swoje miejsce, wiedział, że nie należy igrać z Beerusem, jak i fakt, że nie miał żadnych szans. Jednak to, co przytrafiło się jego ukochanej. Tak, ukochanej! Wreszcie do niego dotarło, że Bulma to nie tylko arogancka i piękna kobieta, ale też nadzieja w jego nędznej egzystencji. Szansa na nowe życie i istota bardzo bliska jego sercu. Pierwszy raz w życiu poczuł się tak jak teraz. Czy aby ten cios nie zabił Bulmy?

W kilku susach tuż przy kobiecie pojawił się Gotenks, którego los poszkodowanej nie był obojętny — jeden z chłopców był wszak jej synem. Odetchnął z ulgą, kiedy odkrył, że córka Briefsa jedynie straciła przytomność.

Wezbrany w księciu gniew i niespożyta energia eksplodowały. Jedyne do chciał uczynić to dopaść kocura i go zniszczyć, a potem ocalić kobietę, którą kochał, chociaż nie zdawał sobie z tego sprawy. Dotąd była namiętność. I chociaż rzadko się ze sobą zgadzali, to teraz jak nigdy był pewien swych uczuć. Nawet jeśli parę godzin temu nie zamierzał zjawiać się na jakichś durnych uroczystościach zwanych urodzinami, których Saiyanie i tak nie celebrowali.

Moc, która wydobywała się z ciała księcia wymarłego ludu, spowodowała anomalie pogodowe; wiał niesamowicie wiatr, tworząc jednocześnie fale na oceanie, momentalnie pociemniało niebo. Zebrani na statku poczęli zastanawiać się, czy miał jakieś szanse z tym nieuprzejmym typkiem. Vegeta nie zamierzał już zgrywać uprzejmego. Jego ciało otaczały szalejące wyładowania energii.

Saiyanin dotąd zaskoczył wszystkich zebranych swoją pacyfistyczną postawą, tym razem jednak wielkością swej mocy. Ewidentnie jego siła wzrosła, do nie uszło uwadze wojownikom. Gohan był zdumiony jego postępom. Od czasu walki z Buu bardzo się rozwinął; jego drugi poziom był na najwyższym szczeblu.

Vegeta IV ruszył z zawrotną prędkością na boga. Pierwsze zderzenie wyglądało jak walka ze ścianą. Każdy cios, szybki czy precyzyjny został bezbłędnie zatrzymany jedną ręką. Beerus nie wyglądał na takiego, który by się przejął. Za chwilę zrobił unik i wymierzył siarczystą pięść w jego tors. Tyle wystarczyło, aby rozzłościć dumnego wojownika. Nie zamierzał tego przegrywać.

Natarł z jeszcze większą parą. Jakież wielkie zdziwienie było, gdy trafił, odrzucając w niebo naburmuszonego kocura. Trwało to jedynie uderzenie serca. Wściekły ponowił atak. Pragnął zniszczyć tego, który ośmielił się podnieść rękę na Bulmę.

Dobra passa trwała zaledwie kilka ciosów. To było ledwie kilkanaście sekund. Hakashin znowu był górą. Nikt nie miał z nim szans. Chwilę później nieprzytomny książę leżał na pokładzie statku.

Gohan trząsł się nie tylko ze strachu, ale i gniewu. Co miał robić? Jak zakończyć ten niepotrzebny spór? Nie miał pojęcia. A z pozoru była to łatwa misja. Gdyby wtedy wiedział, że Buu okaże się takim samolubem... Tyle że gdybanie w niczym mu nie pomagało. Gdybał od czterech lat bez żadnych perspektyw na przyszłość.

— Dlaczego im nie pomożesz, Son Gohanie? — szepnęła z przerażeniem Videl, która wciąż kucała przy swoim znokautowanym ojcu. — Nie możesz czegoś zrobić? On nas wszystkich zabije.

Młodzieniec spojrzał na nią, a po chwili spuścił wzrok. Wiedział, że jest przerażona. Ale co miał robić? Nie miał z nim szans. Był silny, owszem. Miał wielki wojowniczy potencjał i zdecydowanie był silniejszy od księcia, ale to było lata temu. Opuścił się w treningach, poszukując sposobu na odzyskanie ukochanej. Stracił zapał. A jednocześnie nie chciał rzucać się w paszczę lwa. Bóg zniszczenia nie był nieokrzesanym Buu, nie był bezwzględnym Komórczakiem, ani psychopatycznym Bojackiem.

— To jest Bóg Zniszczenia — westchnął z zawstydzeniem. — To zupełnie inna liga. Przepraszam, ale nie mogę się z nim równać.

Zacisnął pięści, unikając kobiecego wzroku. Czuł się jak dziecko w obliczu nadchodzącej tragedii. To frustrowało go najbardziej. Zaraz zrobiło mu się gorąco i rozpiął dwa guziki białej koszuli, w której przybył na urodziny tylko dlatego, że matka nalegała. Miał wrażenie, iż się dusi.

— Żegnajcie Ziemianie! — zawołał z powagą Hakashin. Wyciągnął szponiasty palec ku niebu. — Czas zniszczyć tę planetę Ziemię.

Zaraz po tych słowach utworzył szybko rosnącą sferę w kolorach fioletu. Energia kikōhy była dla wojowników odczuwalna. Jej rosnąca moc dosłownie powalała. Za chwilę jednak zniknęła. Tak po prostu. Kocur zdawał się nad czymś dywagować, czego podróżujący promem nie byli w stanie usłyszeć.

Beerus wylądował na dachu niewielkiej sceny, głęboko nad czymś się zastanawiając. Żal mu było tych wszystkich potraw, których spróbował, a jeszcze bardziej tych, których nie miał okazji — jak choćby pudding. Czy warto było taki wspaniały i bogaty w smaki glob obracać wniwecz?

— Panie Beerusie! — zawołał z determinacją Gohan. — Czy nie ma wyjścia z tej sytuacji? Czy naprawdę musimy zginąć tylko dlatego, że jakiś zachłanny Majin nie podzielił się deserem?

Młodzieniec nie był pewien czy dobrze robi. Dotąd nie posmakował nawet cząstki mocy Hakashina. Jednak nie zamierzał się całkiem poddawać. Jeżeli miał szansę to jakoś przegadać, nie mógł odpuścić. Chciał bronić swej planety, nawet jeśli jego umysł i ciało krzyczały, iż nie ma szans.

— Zostałem zlekceważony — rzucił ponuro bóg. — Nie toleruję takiego chamstwa.

— A zdaje sobie pan sprawę, że oni, w sumie to nikt nie miał pojęcia, kim pan jest?  — pragnął zauważyć Saiyanin. — Uważam, że pan również nas potraktował na wyrost. Nikomu się pan nie przedstawił na przyjęciu, nikt nie wiedział, że należy się panu godny szacunek. A już zwłaszcza demon, którego parę lat temu kusiła perspektywa zniszczenia świata.

Bóg nie odpowiedział. Milczał, taksując zebranych, którzy drżeli pod spojrzeniem jego zwężonych żółtych ślepi. Saiyanin w pełni zdawał sobie sprawę, że wciskał kij w mrowisko. Nie mógł jednak poddać tak łatwo swego życia. Ani młodszego brata, czy matki.

— Czy jest zatem szansa, wielki Beerusie byśmy jakoś rozstrzygnęli ten konflikt inaczej? — zapytał ostrożnie. — Nie mamy z tobą szans w walce siłowej. Czy jest coś, co możemy zrobić, żeby zadośćuczynić?

Gohan obserwował, jak kocur porozumiewa się ze swoim towarzyszem, jak drapie się po głowie, duma z wysoko podniesioną głową, a także pociera rękoma pysk, jak rasowy kot ziemski. To go zdumiało bardzo.

— Na waszej planecie jest wiele pysznego jedzenia, więc... Więc mógłbym rozważyć tę propozycję — powiedział przeciągle, wciąż się nad wszystkim zastanawiając.

Bóg Zniszczenia jednak szybko przystał na propozycję. Miał jednak jeden warunek — musieli go pokonać w innej walce, niesiłowej. Jak zauważył wcześniej syn Son Gokū, z mocą boga nikt nie mógł się równać. Zaskakujące było, że chciał zmierzyć się w głupiej grze zwanej papier, nożyce i kamień. Wybrał sobie za przeciwnika Oolonga — zmiennokształtnego prosiaka, który w jakiś niewytłumaczalny sposób dla Beerusa był stworem przypominającym Majina Buu, który go ośmieszył, a raczej jego boskość, o której większość nie miała pojęcia.

Son Gohan spróbował dopingować przyjaciela swego ojca, jednocześnie martwiąc się nadchodzącym niepowodzeniem. Mieli szansę, ale wszystko mogło się wydarzyć. Pomyślał nawet, że wolałby sam zmierzyć się z bogiem, niż posyłać tam wyuzdanego zmiennokształtnego. Nie mógł jednak zmieniać warunków gry. Wystarczająco nagięli wolę niszczyciela planet.

Powierzenie tak prostej i jednocześnie trudnej doli było ich największą porażką w dziejach. Oolong miał trzy szanse na wygraną i wszystkie trzy zmarnował. Jeśli ktoś wierzył w powodzenie tej gry, był w wielkim błędzie. Świniak nie uczył się na własnych błędach, za to kocur jak najbardziej. Pokonał bezmyślne stworzenie. Ostatecznie uznając, iż czas pożegnać się z mieszkańcami planety Ziemia.

Gohan padł na kolana, zaciskając mocno powieki. Taka szansa przeleciała im koło nosa. Byli skończeni i nic nie mogli na to poradzić. Nie wiedział, czy mógłby prosić o choćby jeszcze jedną próbę. Los się z nich naśmiewał. Tyle razy stawali do walki i pokonywali przeciwności. Tyl razem mieli odejść w zapomnienie i nigdy nie wrócić. Najbardziej jednak bolało go to, że nigdy miał nie odnaleźć Sary; Nie wyznać swych uczuć, tak jakby nigdy ich nie było. Czuł, że właśnie otrzymał najsurowszą z kar za odwlekanie.

Hakashin w tym czasie wzniósł się ku niebu, tworząc monstrualną sferę w kolorach purpury. Żal mu było tej planety, ale zasady to zasady. Uczciwie wygrał. Ziemianie i mieszkający tutaj Saiyanie nie mieli nic do zaoferowania, nie potrafili odpowiedzieć mu na jego pytania. Czas tego miejsca dobiegł końca.

Pogoda w momencie się zmieniła. Czarne chmury spowiły niebo. Zerwał się potężny sztorm, wyrywający dorodne palmy posadzone na statku wycieczkowym. Krzesła, budki i talerze pełne potraw fruwały po pokładzie. Wszystko niebawem miało ucichnąć i tylko tych dwoje w górze miało o tym pamiętać.

— Poczekaj! — wrzasnął ktoś, kto jednak nie zamierzał się poddawać.