31 grudnia 2025

*116. Planeta, której nie ma na mapach

Muzyka

Dla zdesperowanego młodzieńca to była jedyna słuszna odpowiedź. W chwili, gdy postanowił zapytać, a wręcz prosić o pomoc był skłonny nawet poświęcić własne życie. Na szczęście nie musiał, Whis zgodził się nader szybko. Zbyt szybko. Gohana winno to niepokoić, lecz był zbyt podekscytowany i jednocześnie zszokowany, by zaprzątać sobie takimi drobiazgami głowę.

— Czy zatem możemy ruszać w drogę? — zapytał lekko onieśmielony. Nie wiedział, jak ma zwracać się do szczupłego mężczyzny. — Panie... Wish?

— Jestem Whis — poprawił syna Gokū, lekko się uśmiechając.

Księciu Saiyan chwilę zajęło poskładanie informacji do kupy. Był także dość pokiereszowany, po starciu z bogiem i ból wszystkiego grał pierwsze skrzypce. Gdy pojął, co właściwie się wydarzyło, na moment odpłynęła mu krew z twarzy — pobladł, a jego nogi zadrżały. Sara, jego maleńka i wkurzająca siostra została... Zlokalizowana?

— Ty chyba nie myślisz, że pozwolę ci po nią polecieć! — Vegeta zagrzmiał, gdy oprzytomniał. — To moja siostra!

Nie tylko Son Gohana zaskoczyła postawa Saiyanina. Mężczyzna jakby odżył, nabrał siły — puścił wspierającą go dotąd na ramieniu żonę i z pełną nieustępliwością na twarzy oraz zaciśniętą pięścią niemalże podbiegł do chłopaka.

— To moja siostra! — powtórzył w amoku. — Kapujesz?!

Dopadł młodego Saiyanina, zaciskając pięści na eleganckiej koszuli, jednocześnie wyciągając ją ze spodni. Książę na myśl o możliwości sprowadzenia Sary do domu może i odzyskał siłę, lecz stracił rozum. Chociaż wiedział, jak ważna była dla syna Gokū jego młodsza siostra, to nie wyobrażał sobie, by to właśnie on mógł dostąpić tej niebywałej misji. Myśl, że za chwilę miałby sposobność odzyskać członka rodziny, była mocno oszołamiająca.

Gohan nie krył zaskoczenia. Zachował jednak zimną krew. Potrafił zrozumieć zachowanie mężczyzny. Gdyby chodziło o jego ojca, również z zaciętością walczyłby o miejsce w pierwszym szeregu. Nie chciał walczyć z Saiyaninem. Jego jedynym pragnieniem było odzyskać to, co wszechświat uznał za stracone. A musiał pamiętać, że i Vegeta utracił Sarę.

Son Gohan pochylił głowę na znak, że odpuszcza. Wycofał się o krok. Jego serce szaleńczo biło, a on niczym posąg postanowił zatrzymać swoje emocje. Musiały jeszcze poczekać. Nie mniej najważniejsze było sprowadzenie księżniczki. Kto ostatecznie by to uczynił, nie miało już większego sensu. Nie mógł narażać dobroci tajemniczego towarzysza Boga Zniszczenia.

Gokū podszedł do swego syna, kładąc silną dłoń na jego ramieniu. Chciał w jakiś sposób dać dzieciakowi nadzieję, krzty otuchy. Jego potomek może i był młody, ale zdecydowanie prawdziwie zakochany.  Z czasem zrozumiał, że było coś na rzeczy. Było mu go potwornie żal, chociaż Gohan nigdy się nie żalił z tego tytułu. Sam wziął ślub z Chi-Chi mając zaledwie osiemnaście lat i nie miał pojęcia o wszelkich uczuciach! Obiecał nowo poznanej koleżance zaślubiny z myślą o czymś smacznym. Był jednak rad, że dotrzymał słowa — ostatecznie wesele oznaczało górę pysznego żarcia. I uwieszoną na ramieniu kobietę. Dziś jednak był zupełnie innym Saiyaninem niż wtedy. Teraz wiedział, że gdyby nie poznana później miłość nie stałby obok własnego syna. Dorosłego mężczyzny, który mierzył się z najgorszym uczuciem świata — złamanym sercem. Nie potrafił pocieszyć dwudziestojedno latka, tak jakby tego potrzebował. Niemniej chciał być przy nim. Wiele lat go nie było, tak wiele stracił... Nie mógł oglądać, jak dorasta, jak ewoluuje, jak staje się silniejszy i przede wszystkim dojrzalszy. Jedynie co mógł to być. Obok.

Młody mężczyzna na moment uchwycił spojrzenie ojca. Było to dla niego nie lada pocieszające, chociaż starał się nie okazywać w tej chwili uczuć i gigantycznego zawodu. Chciał choć przez chwilę uchodzić za twardziela, którym nigdy nie był, a którego oczekiwali od syna Gokū. Nie mniej dodawał otuchy fakt, iż stał tuż obok niego. W czasie, gdy jego świat stawał się mocno niestabilny. Dotąd rozsypany, teraz starał się stawiać pierwsze krokwie stabilizacji, ale czy miały one być trwałe? Tego jeszcze nikt nie mógł przewidzieć.

Obserwował, jak Vegeta z wypiętą piersią podchodzi do towarzysza niszczycielskiego kocura. Jak z pewnością nakazuje, by ruszać w drogę. Jednak zaraz wydarzyło się coś, czego nie potrafił zrozumieć. Whis z kamienną twarzą spogląda na księcia ułamek sekundy, a następnie z niewzruszoną miną podchodzi do niego, silnie stawiając laskę na trawie. Ich spojrzenia się ścierają, jednak Gohan nie potrafi niczego wyczytać z lawendowych oczu. Nie śmiał nawet zabrać głosu.

— Czas nagli, młodzieńcze — mówi anioł z kamienną twarzą, aczkolwiek miękkim głosem.


— To są jakieś kpiny! — warczy Vegeta, w momencie się aktywując. — To moja siostra i ja polecę!

Wydawać się mogło, że książę planował złapać smukłego przybysza, by ten spojrzał mu w twarz i pojął istotę sytuacji i kto ostatecznie rozdaje tutaj karty. Białowłosy jednak nie wyglądał na kogoś, kto by się przejmował wybuchowością Saiyanina. Zdążył się w okamgnieniu usunąć z drogi, co ostatecznie postawiło wojownika w mało poważnej sytuacji, gdy niemal się potknął o... powietrze

— Ja decyduje kto ze mną poleci — rzekł zimnym tonem Whis, jednocześnie mrużąc oczy. — Ty, książę Vegeto zadbasz o Boga Zniszczenia pod moją nieobecność

Brat Sary warknął pod nosem, jednak nie śmiał się sprzeciwiać, gdy jego spojrzenie zrównało się z Beerusem. Z bogiem nie miał szans i to wiedział na pewno. Pod żadnym pozorem nie zamierzał go rozgniewać. Nie, teraz gdy jego siostra miała wrócić. Zaciskając pięści, jednocześnie powarkując, ustąpił. Anioł jedynie na to dystyngowanie odchrząknął

— Czas nagli młody Saiyaninie — powtórzył się Whis. — Połóż swą dłoń na mych plecach i pod żadnym pozorem nie puszczaj, gdyż możesz się zgubić

Na tę uwagę Gohan nieco struchlał. Nie miał pojęcia jak będzie wyglądać ich podróż, a myśl, że mógłby gdzieś przepaść... Nie napawała go optymizmem. Śmiał twierdzić, iż musiało wiązać się to i ze śmiercią. Ostatni raz spojrzał na swego ojca, który uśmiechnął się serdecznie.

— Znajdź ją — rzekł z pewnością Gokū.

Saiyanin z nieśmiałym uśmiechem skinął głową, jednocześnie zamykając oczy. Nie zamierzał zawieść Vegety, a już na pewno nie siebie. Wiele lat zajęło mu, by znaleźć się w tej chwili. Oddałby życie za powodzenie tej misji. Westchnął ciężko, po czym zwrócił się do księcia:

— Sprowadzę ją do domu.

Niedoszły król Saiyan jedynie prychnął. Jeszcze mu nie przeszło, że to właśnie jego wybrał tajemniczy towarzysz boskiego kota. Son Gohan udał, że nie widzi tego oburzenia, które był w stanie zrozumieć. Nie chciał napinać i tak już nazbyt naciągniętej struny. Rzucił jeszcze jedno szybkie spojrzenie po niepewnych towarzyszach. On sam nie wiedział, czy nie wybierał się na samobójczą misję. Ale co miał czynić? To była dla nich ostatnia deska ratunku. Albo spróbuje odzyskać Saiyankę, albo cała Ziemia przestanie istnieć.

Tak jak mu polecono, stanął za niezwykle wysokim i smukłym Whisem. W chwili, gdy tylko położył dłoń na bordowym, fantazyjnie złoconym odzieniu wokół nich utworzył się złocisty krąg, a następnie z niego eksplodowały tysiące iskier, które zatańczyły, jakby co najmniej chciały ich spalić żywcem. Zlękniony syn Chi-Chi zamknął powieki. Nic podobnego się jednak nie wydarzyło. Nie czuł bólu, a jedynie charakterystyczne ciepło energetyczne. Gdy podniósł powieki byli już daleko od miejsca startu. Gdzie? Nie miał pojęcia, bał się zapytać, jakby słowa mogły zdezorientować jego towarzysza drogi i spowodować... coś? Coś, o czym nie śmiał nawet myśleć.

Mijały sekundy, minuty, a jedyne co widział to jaskrawą biel przed i za sobą. Obracał głową ostrożnie, z obawy, że straci połączenie z Whisem i tak jak go ostrzegał — źle się to dla niego skończy. Z chwili na chwilę napięcie mijało, a w jego głowie narastało jedno wielkie pytanie. W końcu musiał przerwać milczenie.

— Dlaczego ja? — zawołał, chcąc wybić się z szelestu ich nadwyraz magicznej podróży.

Dotąd nieruchomy  Whis drgnął, co zmieszało młodzieńca. Skarcił się w duchu za pytanie. Międzywymiarowy podróżnik cicho mruknął, jakby powstrzymał śmiech. Trwało to zaledwie sekundę.

— Uważasz, że źle wybrałem? — odpowiedział pytaniem.

— Tak, to znaczy nie... To... Bo... Ja... — wybełkotał Saiyanin.

— Wybrałem cię, ponieważ to ty mnie o to prosiłeś. Ponieważ widziałem w tobie wielką determinację i myślę, że to coś ważnego. Przynajmniej dla ciebie — wyjaśnił rzeczowo Whis. — Co do księcia Saiyan, cóż. Jemu należała się odrobina dyscypliny. To idealny towarzysz dla naszego drogiego pana Beerusa. Pokora będzie nader wskazana.

Młodzieńcowi na moment wykwitł uśmiech na twarzy. Vegeta świetnie się sprawdził poprzednim razem w próbie ugoszczenia niesfornego boga. A on razem z nim niezdarnie w tym trwał. I w jakimś stopniu także uważał, iż taki prztyczek w nos bratu księżniczki się należał.

— To bardzo zagmatwana historia — ciężko westchnął Gohan. — Kilka lat temu wydarzyło się coś, co nie powinno było mieć miejsca. Sara... Ona uciekła. Nie pozwoliła mi na wyjaśnienia...

Trener i jednocześnie opiekun Boga Zniszczenia nie zamierzał przepytywać młodego mężczyzny. Nie dlatego, że wyczuwał ból w jego głosie, ale nie zwykł wtrącać się w życie śmiertelników. Jego rola sprowadzała się do kontrolowania pracy swojego podopiecznego. Po prawdzie nie wolno były mu ingerować w świat. 

— Będziemy ma miejscu za jakieś dziesięć minut.

Czarnooki nie miał pojęcia, ile trwała ich podróż, ale mógł przysiąc, że nie więcej niż dwadzieścia minut. Może mniej? Był niesamowicie szybki. Czy pod płaszczem oazy spokoju i kultury krył się być o równie wielkiej sile co ta, Boga Zniszczenia? Gohan nie zamierzał się dowiadywać. Jeśli mógł skorzystać z pomocy, tyle mu wystarczało.

W chwili, gdy poczuli ziemię pod stopami, dosięgnął ich ostry, wwiercający się w skórę chłód. Son Gohan zatrząsł się, mimowolnie obejmując się rękoma. Anioł stał niewzruszenie na nagłą zmianę temperatury. Spojrzał w lewo, później w prawo, a na koniec odwrócił się do towarzysza drogi.

— Chyba zapomniałem, jaka tu panuje mroźna atmosfera — zdawał się zamyślony.  — Dalej pójdziesz sam. Miej nadzieję odnaleźć tę, której poszukujesz.

— Mogę zapytać, jak cię odnajdę? — Jego oddech stał się widoczny.

— Ja robię to za ciebie, gdy będziesz gotowy — zapewnił Whis. — Jednak się pospiesz.

Po tych słowach raz jeszcze się rozejrzał. Jego tajemnicza postawa była niepokojąca. Gohan nie wiedział, czy miał się bać, czy po prostu mieć się na baczności. Rozumiał jedno — misja zaczynała się tutaj i musiał odnaleźć księżniczkę samotnie.


Saiyanin ruszył powoli przed siebie. Dookoła panowała głucha cisza, tak przeszywająca, że aż zadrżał i to wcale nie dlatego, że było mu zimno. Mrok, jaki go otaczał, sprawiał, iż czuł się malutki i nic nieznaczący. Jeśli tutaj miał odnaleźć swą ukochaną, to na samą myśl dosięgała go trwoga. Czy ktoś był w stanie przetrwać tu tyle lat i nie stracić zmysłów? On miał nieodparte wrażenie, że dosięga go przerażenie, a zaledwie przemierzył może z dwieście metrów? Cokolwiek zatrzymało Saiyankę w tym miejscu, musiało być złe — do takich doszedł wniosków. Czuł się także obserwowany.

Im dalej się przemieszczał, tym bardziej żałował, że jednak nie trafił tu bezduszny i nieustraszony Vegeta. Jego nic praktycznie nie ruszało, a w swym życiu przemierzył niezliczoną ilość planet i kolonii. Dlaczego, nie postawił na księcia?

Po czasie przystanął, szukając jakiegoś punktu odniesienia. Lodowe podłoże, ostry chłód i wieczna ciemność, chociaż nie do końca. Przecież widział otoczenie, ale tylko w promieniu kilkunastu stóp przed sobą. Czy była to sprawka jakieś magii? Czy iluzją mroku był wszechobecny lód? Cokolwiek to było nie pozwalało Gohanowi trzeźwo myśleć. Odnosił wrażenie, iż zaczyna panikować, a dopiero co był pełen determinacji. Czy to była jakaś próba? Czy to dlatego Whis nie zamierzał mu pomagać?

Mężczyzna wziął oczyszczający wdech, a następnie powoli wypuścił nadmiar powietrza. Musiał się skoncentrować. Zakrztusił się. Powietrze był paląco zimne. Dosłownie czuł, jak zimno niczym lodowe igły wbija się w rozgrzane gardło. Przybył tu tylko w jednym celu, a jedyne co dotąd uczynił to jedno wielkie nic. Zamknął oczy, usiłując skupić się na otoczeniu. Nic. Dlaczego nic? Wszakże musiał coś wyczuć. Niczego jednak nie potrafił zlokalizować. Otaczała go bezkresna nicość. Jakby... Nikogo tutaj nie było. Dlaczego więc Whis wysłał go właśnie tutaj? A może jego baza danych była błędna? Gohan nie mógł w to uwierzyć. Przecież nigdy dotąd nie słyszał o tej planecie. Wierzył, że istnieje i miał wrażenie, że gdyby teraz poprosił Boga Światów o wskazanie jej na ich mapie, potrafiłby ją bezbłędnie wskazać. Skoro nigdy nie pojawiła się w planie poszukiwawczym, oznaczało, że musiała być niezamieszkała. Albo... Ukryta? A może to była jakaś gra? W końcu przegrali z Beerusem.

Kolejny niebezpiecznie przerażający dreszcz przeszedł ciało młodego dorosłego. Im dłużej tu przebywał, tym bardziej go to przytłaczała. Uznał, że to był jakiś znak. Zacisnął pięści i ruszył przed siebie — gdziekolwiek by to nie było. Kiedyś musiał wreszcie na coś natrafić. Po godzinnej wędrówce przez pustkowia trafił na resztki starej cywilizacji. Pojedyncze pokruszone kamienne bloki zdradzały, że kiedyś musiało być tu jakieś życie. Bardzo, bardzo dawno temu. Ta planeta wyglądała, jakby cały wszechświat o niej zapomniał. Od razu przypomniała mu się jej kuzynka Vitani. Ale nie, tam przynajmniej jakieś życie było. Jedak, jeśli chodziło o podobieństwa... Vitani była gorąca do utraty tchu.  Kōriwa zaś miażdżyła swoim morderczym chłodem.

Z daleka coś wypatrzył. Ruszył w tę stronę, a gdy znalazł się w samym środku niedbale powbijanych i mocno spróchniałych pali zrozumiał, iż znalazł się na cmentarzysku. W podobny sposób Namekanie chowali swych zmarłych. Pamiętał, gdyż sam pomagał małemu Dende'mu chować jego pobratymców po najeździe na Namek sił Freezera. Nim jednak ruszył dalej, usłyszał jakiś dźwięk. Jakby pękający lód. Rozejrzał się, lecz niczego nie dostrzegł w tym półmroku. Nigdzie nie wyczuwał także energii. Jeśli Sara gdzieś tam była musiała być nieprzytomna. Nie mogła być martwa. Whis mówił, że żywi nie mogą się przed nim ukryć.

Zanim zdążył pomyśleć o dalszej drodze, coś złapało go za nogę. Zupełnie jakby wyrosło spod ziemi, a on nie zdążył wyczuć trzęsienia. Nie wychwycił zbliżającego się zagrożenia. Jak?! Z przerażeniem i obrzydzeniem wyrwał się z kościstej i jednocześnie zmrożonej z odłamkami niegdyś gnijącej skóry dłoni. Wyrwał mu się również okrzyk z gardła. Zaraz zobaczył, jak domniemane cmentarzysko pęka, a spod grubej warstwy lodu wychodzą stwory przypominające w minimalnym stopniu humanoidalne istoty. W momencie zrobiło mu się niedobrze. Na całe szczęście poza palącym nozdrza mrozem niczego nie czuł. Wyglądały jak cholerne zombie!

Gohan bez zastanowienia posłał parę pocisków w stwory, które bezskutecznie i koślawo usiłowały go złapać; nie potrafiły latać tak jak on. Gdy kodowa chmura i miniaturowe igły zimna opadły na podłoże, mężczyzna dostrzegł, że roztrzaskane potwory jak za dotknięciem różdżki składają się do kupy, ponownie usiłując go dosięgnąć. A wszystko w akompaniamencie niemiłych pomrukiwań. Nieumarli zdecydowanie nie byli obiektem jego zainteresowań.

Uleciał daleko, w nadziei, że więcej nie trafi na zbiorową mogiłę, którą mógłby kolejny raz zbezcześcić. Trupy niczego mu nie uczyniły. Były historią tej planety i winny pozostać tak samo zapomniane, jak sama planeta. Oczywiście dopiero po tym, jak odnajdzie księżniczkę. Nie chciał, by i ona stała się stworem tego świata. Na samą myśl dopadło go paniczne przeświadczenie, że jest to bardzo prawdopodobne. Tym bardziej musiał ją odnaleźć. I to jak najszybciej. Czy właśnie dlatego nie potrafił jej odnaleźć?

Cokolwiek znajdywało się jeszcze na tej mrocznej planecie, nie chciało być odnalezione. Może wręcz przeciwnie? Bawiło się z nim, szukało uwagi, a jednak kazało się wysilić. Cokolwiek to było, Gohan nie czuł się dobrze w tym miejscu. Działało na niego przytłaczająco, a im dłużej trwał w zimnie i ciemności, tym bardziej czuł się bezradny. Przestawał wierzyć w cel swojej misji. Wątpił w we wszystko, co widział, co znał i co go otaczało.

Po jakimś czasie odniósł wrażenie, że jest znużony. Usiadł na zmrożonym podłożu, lecz po chwili zerwał się niczym oparzony. Zimno było zbyt silne, ale zmęczenie także. Zdjął marynarkę, po czym niedbale rzucił ją na oblodzoną podłogę i ponownie usiadł. Przenikliwe zimno nużyło go coraz mocniej. Powoli odpływał, ale tak bardzo potrzebował odpocząć, zdrzemnąć się. Otaczającą go ciemność tylko potęgowała tę chwilę. Jego powieki stały się ciężkie, a gdy tylko je zamykał, miał wrażenie, że dosłownie znikąd pojawiają się sny. Dziwnie miłe i bardzo realistyczne.

Sara. Tyle wystarczyło, by jego serce zabiło mocniej, a organizm nabrał mocy do życia. Zerwał się z nieprzytomności do tego stopnia, że upadł na czworaka. W ułamku kilku sekund dotkliwie odmroził sobie dłonie, co zmusiło go do ekspresowej pionizacji. Na chwilę zamknął oczy, usiłując sobie przypomnieć, co właściwie się wydarzyło. Spojrzał na swój zegarek, w którym krył się jego strój Saiymana — bohatera Ziemian, którego autorem imienia była księżniczka. Sara! Tak, po to tu przybył! I gdyby nie to, że pod powiekami zobaczył jej uśmiechniętą twarz, to prawdopodobnie zasnąłby tu na zawsze. Ostatecznie kończąc jak zombie z cmentarzyska.

Otwartymi dłońmi poklepał się po policzkach — W ten sposób chciał się pobudzić, obudzić. Cokolwiek! Prawie się poddał albo ktoś go do tego zmusił. Dla niego oznaczało to tylko jedno — był na dobrym tropie. Sara gdzieś tam była i prawdopodobnie potrzebowała jego pomocy. Z determinacją rozejrzał się po okolicy, ale jak poprzednio niczego nie dostrzegł. Bezkres nicości był nie tylko przytłaczający, ale i bardzo irytujący. Jeśli był to jakiegoś rodzaju test, musiał go przejść, by dotrzeć do celu. Obiecał sobie. Obiecał Vegecie. Obiecał Sarze, nawet jeśli o tym nie wiedziała.

Przemierzał kilometry, mijając zgliszcza ledwo dostrzegalnych wiosek, zamarzniętych jezior, rzek skał. Omijał wzniesienia, jak i siedliska palików oznaczających cmentarzyska; Nie miał zamiaru kolejny raz oglądać martwych-żywych. Przemierzał bezkres martwej planety, na której nikt nie miał prawa przetrwać. Jak zatem Sara mogła? Może wcale nie trafiła tutaj cztery lata temu? Miał nadzieję, że nie i dlatego była tak nieuchwytna. A może nie chciała być znaleziona, tak jak kiedyś jego ojciec odmówił wskrzeszenia? Miał nadzieję, że tak właśnie było... Przebywanie w tym świecie zdawało się toksyczne dla umysłu. Sam nie radził sobie z tym miejscem, a spędził tu zaledwie godzinę.

Wreszcie zauważył coś wyróżniającego się w tym ponurym otoczeniu. Coś... Przyciągającego. Z niezrozumiałą trwogą rozejrzał się po okolicy. Czuł się obserwowany. Może był to po prostu Whis? W końcu mówił, że będzie wiedzieć, kiedy ten znajdzie swą zgubę. To musiało być to. Potrzebował samopocieszenia. Szedł powoli jakby w transie. Ilekroć chciał przyspieszyć, coś podpowiadało mu, by tego nie robić. Spojrzał ku ziemi spękanej i niebezpiecznie kruchej. W ogóle nie powinien był iść. Uniósł się kilka stóp nad wątpliwą powierzchnię, nie zmieniając obranego kursu.

Kiedy wreszcie dotarł do celu, mocno się zdziwił, gdy wielka góra okazała się jakąś budowlą. Nie tak leciwą, jak te które mijał, ale również zniszczoną czasem i zapomnieniem. Przyłożył rękę do poniszczonej kamiennej przypory i nim zdążył ją dotknąć, poczuł jej niesamowicie bolesny chłód. Automatycznie cofnął dłoń, a następnie przyłożył do ust, by ogrzać ją i tak już wychłodzonym oddechem. Przed sobą nie zobaczył niczego. Taka sama pusta otchłań jak wszędzie. A jednak dwa filary nie dawały młodzieńcowi spokoju. Kto stawia filary na wzniesieniu, tuż nad wielkim kraterem? Jeśli Sara gdzieś była, to musiała być ukryta. Tylko jak ukryć się na planecie, na której wydaje się, że nic nie ma?

Gohan już miał się wycofać i ruszyć w dalszą podróż, ale coś nie dawało mu spokoju. Skoro czuł się przyciągany, dlaczego niczego nie znalazł? Czemu to miejsce przypominało jak każde inne, choć z daleka zdawało się inne? I ten dziwny, metaliczny chłód. Tak strasznie nienaturalny. Jakby... Jakby... Coś się za tym kryło. Może kiedyś było tu coś ważnego? Wziął powolny wdech, jednocześnie zamykając oczy, a potem przestąpił za postumenty. Jeśli zacznie spadać, po prostu wzleci. Gdy poczuł zamiast ziejącej pustki grunt pod eleganckim butem, otworzył oczy. To, co do tej pory było po prostu dziurą, zaczęło się magicznie rozpraszać. Jakby dotknął mistycznej mgły. Przed oczami stanęło mu znacznie więcej postumentów, które przekroczył. Przytłoczyła go czerń, jeszcze dotkliwszy chłód oaz coś, czego nie potrafił jednoznacznie określić.

Zestresowany nadnaturalnym pojawieniem się niemal doszczętnie zrujnowanej, aczkolwiek zamkniętej przestrzeni rozejrzał się, jednocześnie kilkukrotnie się obracając. Zacisnął pięści, wyczekując wroga. Ktoś musiał z nim pogrywać i zdecydowanie nie był tym kimś Whis. Nie mogła być to też Sara. Ona nie miała takich zdolności. Mimo upływu lat nie potrafiłby jej z nikim pomylić, był tego pewien.

— Jest tu ktoś? — zawołał w eter. — Saro? Jesteś tutaj? SARO!

Odpowiedziało mu echo. Przerażający rezonans pustkowia. Mimowolnie objął się ramionami, lecz zaraz wrócił do gardy. Cokolwiek się tu chowało, nie mogło być tylko żartem. Przymknął powieki, gdy zrozumiał, że one mogą go okłamać po raz kolejny. Zaczął oddychać powoli, acz nie zbyt płytko. Usiłował uspokoić umysł, który toczył z samym sobą konfrontację od bardzo dawna. Jednak tu, na tych mrocznych ziemiach mózg wręcz zmuszał go do ciągłej walki. Gohan począł być zmęczony tym chaosem, który jak się wydawało, toczył się w jego umyśle.

— Saro! — nawoływał nieco ciszej, a jego zęby zaszczękały. — Jest tu kto? Wiem, że tu jesteś!

Nie miał pojęcia czy była właśnie tutaj, ale na pewno ktoś musiał kryć się w tym zamaskowanym miejscu. Planeta była wymarła, a jednak miała swoje tajemnice. Skoro ktoś pofatygował się o miraż, miał coś do ukrycia. Musiał to odkryć. Wytężył wzrok, ale w niczym to nie pomagało. Powinien był podejść do tego inaczej. Spiął mięśnie, pomyślał o tym, po co tu przybył i że nie chodziło jedynie o Sarę, ale i o losy całej planety, na której się wychował. Ustabilizował energię, a następnie uwolnił ją, by zalśnić złotem. Mrok pojaśniał, a jego oczom ukazała się zniszczona krypta pełna porozrzucanych szczątków.



Jakby zewsząd usłyszał dźwięk, którego położenia nie potrafił odszyfrować. Jego wewnętrzny spokój został zaburzony, ale tylko na oka mgnienie. Omotany mirażem był w stanie wyrwać cel, wyrzucając w tym kierunku podmuch KI. To wystarczyło, by powietrze niebezpiecznie zadrżało. Niewidzialna powłoka została zrzucona. Jego oczom ukazała się wysoka postać w błękitach i bieli. Wyglądało, jakby KI jej nie dosięgnęła, tylko usunęła tarczę niewidzialności.

— Kim jesteś! — ryknął Gohan, celując weń palcem.

Jego postać otoczona była płomiennymi wyładowaniami, które dodawały mu w tej scenerii nie tylko siły, ale i pewności siebie. Nawet jeśli Saiyanin tak się nie czuł, to tak został odebrany.

— Tyś wtargnął do mojego domu — odpowiedziała postać cichym, melodyjnym głosem. — Kto zakłóca mój spokój?

Pytanie nieco zbiło Son Gohana z pantałyku. Zacisnął ponownie pięści. Na tyle mocno, by przywrócić zmysły, które usiłowały gdzieś się ulotnić. Skupił wzrok na tajemniczej postaci, która ewidentnie musiała być kobietą. Z daleka ciężko było mu wywnioskować coś więcej. Szalejąca energia, nie pozwalała mu dostrzec więcej, więc ją uspokoił, wciąż pozostając w pierwszym stadium transformacji.

Tajemnicza kobieta z niebanalnie zdobioną koroną na głowie, przypominającą szkło, lód, a nawet przeplatający się pomiędzy błyszczącymi paciorkami i lodowatymi szponami, biały jak śnieg metal — śmiercionośne ciernie. Gohan domyślił się, że była to władczyni tych nieprzyjemnych włości. Dostrzegał jej lodowate, połyskujące ciało zdecydowanie różne od napotkanych trupich humanoidów, o sterczących jak kłącza włosów.

Pani włości z wysoko podniesioną głową poczęła krążyć wokół Gohana, z zachowaniem dotychczasowej odległości. Mężczyźnie zdawało się, że ta się uśmiecha w bardzo niebezpieczny bądź chytry sposób, a zaraz jej wyraz twarzy okazuje się stonowany niczym maska. Z sekundy na sekundę nie był pewien czy tylko mu się wydawało.

— Jesteś pełen energii, młodzieńcze — wyszeptała ponętnie. Stanęła na moment tyłem, a jej czarny, oszroniony płaszcz zsunął się, ukazując skrojone na miarę plecy. Wyglądała jak krucha panienka.

Son Gohan przyglądał się całej scenie z uwagą, szukając czegoś, co mógłby nazwać czerwoną lampką. Nic jednak nie wypatrzył poza idealną sylwetką i kuszącym głosem urodziwej kobiety niemal wyrzeźbionej z lodowca. Przełknął ślinę, jednocześnie czując, jak zaczynają płonąć mu policzki. Odwrócił wzrok.

— Szukam... Ja... — chrząknął onieśmielony. — Szukam kogoś... Przyjaciółki.

— Szukasz przyjaciółki? — wyszeptała, podchodząc bliżej. — Jesteś pewien?

Gohanowi serce zabiło mocniej. Skąd wiedziała? Czy na pewno wiedziała? A może to była po prostu jego naturalna reakcja? Stres... Nikomu oficjalnie nie zdradzał, jak bardzo mu zależy. Skąd mogłaby wiedzieć to jakaś otaczająca się mrokiem kobieta? W dodatku na planecie, o której nawet słońce zapomniało. Postanowił przemilczeć jej zaczepne pytanie.

— Jak się tutaj znalazłeś przystojniaku? — jej uwodzicielski głos podrażnił jego ucho. — Zdradź mi swoje imię.

— Na imię mi Son Gohan i poszukuję pewnej dziewczyny — wyznał od razu, chociaż nie zamierzał. — Ja... Muszę ją odszukać. Wiem, że tu jest.

Kobieta uwodzicielsko westchnęła, jakby rozumiała o czy mówił młodzieniec. Obeszła go, jednocześnie przykładając palec z długim, aczkolwiek elegancko wyglądającym paznokciem przypominającym zmrożone łzy do ciała. Pomruczała chwilę. Zdawała się nad czymś zastanawiać. Było to dla Gohana niepokojące. Jednakowoż nie potrafił niczego zrobić, jakby coś go powstrzymywało.

— Nie znajdziesz tutaj nikogo — wyszeptała z nutą smutku. — To wymarła planeta.

— Zauważyłem. Wiem, że Sara tutaj jest. Mam informację. — wypalił szorstko. — Nie przegonisz mnie swoimi iluzjami. Nie odejdę bez Sary!

— Jesteś zawzięty. Dobrze więc. — warknęła, a jej twarz pociemniała. — Zdradź mi, czego pragniesz. Widzę, że twoje serce wwierca się mrok.

Gohana nie przestraszyła zmiana tonu tajemniczej kobiety, lecz to, co w pewnym stopniu odkryła. Jego dusza była pokruszona, ledwo trzymał się przez te kilka lat na nogach, z trudem oddychał. Jakim cudem wiedziała to wszystko? Widzieli się zaledwie kilka chwil. Nawet jeśli go obserwowała już wcześniej, to nie mogła niczego dostrzec. Z nikim o tym nie rozmawiał. Czy potrafiła czytać w myślach? Niewątpliwie...

— Pragnę, byś skończyła z tymi sztuczkami! Iluzją mnie nie przekupisz! — warknął, odpychając białowłosą od siebie. — Gdzie jest Sara?!

Wiedźma upadła, srogo łypiąc na muskularnego Saiyanina. Od razu zauważyła podobieństwo, więc wiedziała, po co przybył. Nie zamierzała jednak oddać tak łatwo swojego cennego gościa. A to, że przybysz był w stanie oprzeć się jej uwodzicielskim czarom, sprawiło, że jeszcze bardziej zapragnęła zarzucić wędkę.

— Widzę twój ból, Son Gohanie. Mogę sprawić, że zniknie. — Podjęła rękawicę, tworząc wokół siebie mistyczną aurę. — Pozwól, że ci go odbiorę.

Urodziwa lodowa wieszczka z gracją się podniosła, nie tracąc kontaktu wzrokowego z celem. Nie miała zamiaru przegrywać. Nigdy. Poprawiła czarną, jednakowoż przyprószoną szronem ciężką pelerynę i powoli wyciągnęła rękę z na wpół otwartą dłonią wnętrzem do góry przed oblicze intruza. Zgrabnie wskazującym palcem zachęciła go do zbliżenia się.

Gohan ani drgnął. Obserwował kobietę spod zmrożonych oczu. Cokolwiek miało się wydarzyć, nie zamierzał przegrać. Przybył tutaj tylko w jednym celu i domyślał się, że Whis nie da mu nieograniczonego czasu. Doszedł nawet do wniosku, że jeśli nie upora się z misją w ciągu nieokreślonego czasu, ten zostawi go w tym złowrogim świecie na pastwę mrocznej czarodziejki. 

— Zdradź mi swoje pragnienia.

— Moje pragnienia? — zdziwił się młodzieniec.

Niestety im dłużej się opierał, tym bardziej był świadom, że nie jest w stanie niczego osiągnąć. Winien zagrać na jej zasadach i być gotowym na wszelkie zwroty akcji. Musiał w jakiś sposób dotrzeć do księżniczki. I chyba wpadł na pomysł.

 — Pragnę odnaleźć bliską mi osobę, która parę lat temu uciekła właśnie tutaj — wyjaśnił ostrożnie. — Wiem, że tutaj jest, a ty ją przede mną ukrywasz.

— Jesteś pewien?

Zatoczyła kolejny krąg, w nadziei, że uda jej się wyczytać coś z tych seledynowych oczu. Dotknęła palcem jego umięśnionego torsu, ukrytego pod jasnoszarą koszulą. Wyglądał apetycznie, był pełen wigoru. Idealny wręcz, by zawalczyć. Ktoś, koło kogo nie można było przejść obojętnie.

— Jak tego, że tutaj stoję — wycedził przez zęby. Wiedział, że musi grać, choć bardzo tego nie chciał.

Miał ochotę złapać tę przeklętą kokietkę i rzucić nią o filar. Zdawał sobie jednak sprawę, że jeśli to uczyni, może ją zranić, a ta w najgorszym wypadku ukryje się, a tym samym informacje na temat Sary zostaną pogrzebane. Im jednak bardziej wystawiała go na próbę, tym gorzej się z tym czuł. Nie interesowała go, nie podobała mu się, a mimo to jego organizm twierdził co innego. Domyślił się, że skoro potrafi tworzyć miraże, to na pewno także mąci mu w myślach. Czy zatem sam miał szansę oszukać jej umysł? Chciał, ale nie był pewien czy podoła.

— Wiem, że czegoś chcesz w zamian. Co mogę ci dać, byś ty wypuściła Sarę?

— Wypuściła? — zapytała, udając bardzo niewinną. — Nikogo nie przetrzymuję tu na siłę.

— Tego nie powiedziałem — poprawił się naprędce. — Czy możesz powiedzieć, gdzie ona jest? Tylko tego pragnę. Pragnę tego najmocniej... Ja... Chcę zabrać ją do domu...

— Do domu? — szepnęła wiedźma, chwilę się zastanawiając. — Mogłabym odesłać ją do domu, ale nic za darmo.

To było oczywiste. Gohan nawet nie drgnął. Starał się zachować kamienną twarz. Musiał wreszcie zobaczyć Saiyankę. Nie rozumiał całych tych podchodów ani tego, że Sara nawet nie zjawiła się, jakby za wszelką cenę chciała pozostać w ukryciu. Jakby ich wszystkie dotychczasowe wspomnienia nie miały żadnej wartości. Jakby... Zakręciło mu się w głowie. Nie był w stanie ustać w jednym miejscu. Poczuł się tak słaby, że upadł na kolano. Złapał się za głowę.


— Czego ode mnie chcesz? Nie przybyłem tu by ci szkodzić... — wychrypiał nieco zdezorientowany i przytłoczony.  — Przepraszam, że zaatakowałem tamte żywe trupy, ale same zaczęły... Tylko się broniłem. Chcę tylko wrócić do domu... Z Sarą... Proszę...

Młodzieniec sam nie wiedział, kiedy zrobiło mu się niesamowicie przykro, a serce zaczęło dudnić. Jakby cofnął się w czasie i w jednym momencie począł odczuwać wszystkie negatywne emocje, jakie go dopadły na przestrzeni lat, począwszy od chwili, w której wszystko zaczęło się sypać — rzekomej zdrady. Było to paraliżujące uczucie.

Seishin — bo tak na imię było kiedyś lodowej wiedźmie — uśmiechnęła się triumfalnie. Wreszcie odnalazła to, czego szukała. Cały Gohan i jego cierpienie były na wyciągnięcie ręki. Podeszła do niego nie kryjąc zadowolenia i uniosła jego twarz, tak by spojrzał jej w oczy.

— Boli prawda? Jeśli chcesz, zabiorę od ciebie ten ból. Możesz być wolny.

— Jeśli odzyskam ją, odzyskam także spokój. Nie potrzebuję od ciebie żadnych wymyślnych sztuczek — zaszlochał cicho. — Potrzebuję tylko szansy. Potrzebuję... Chcę ją odzyskać.

— Zaprowadzę cię do niej — szepnęła mu do ucha.

Gohan poczuł, że coś w nim pęka. Zamiast się radować, zerwać do biegu jedynie klęczał z opuszczoną głową. Miał ochotę się rozpłakać, a jednocześnie zdawał sobie, że to nie miejsce i czas. Wreszcie wziął się w garść, wstał i ze spojrzeniem przepełnionym żalem wyszeptał:

— Prowadź.

Czarownica wyszczerzyła zęby, wykonała dwa obroty wokół własnej osi, a następnie wykonała kilka dziwnie płynnych gestów dłońmi. Powietrze tuż przy stopach Saiyanina zadrgało, a następnie rozgoniło się niczym chmura. Ich oczom ukazała się zbutwiała klapa z otworem, który miał służyć za klamkę. Syn Gokū bez żadnego namysłu dopadł do jak dotąd ukrytego przejścia, jakby zależało od tego jego życie. Jego oczom ukazała się czerń, a z pomieszczenia wydobył się lodowaty powiew i mało przyjemny zapach. Nie było to jednak dla niego przeszkodą. Po zeskoczeniu w mroczną otchłań dotknął zimnego podłoża i pospiesznie się rozejrzał. Nie dostrzegał niczego.

— Światło! — krzyknął w górę, gdzie znajdowała się Seishin. — Zapal mi światło! Wiem, że możesz!

Wiedźma niechętnie pstryknęła palcami, a następnie zamknęła pokrywę z trzaskiem. Gohana zdumiało, że drewno nie rozsypało się, jednocześnie oglądając dosłownie znikąd pojawiające się zielone ogniki. Za chwilę jak oparzony począł pospiesznie przemierzać każdy kąt tego paskudnego pomieszczenia.

Dotarł do końca, a jego uwagę od razu przykuło coś długiego leżącego na podłożu. Rozpoznał w tym coś na kształt buta. Gdy podbiegł, dostrzegł resztę ciała. To była ona? Czy to naprawdę była ona? Przykucnął, łapiąc za podrapane i pełne zaschniętej krwi ramię. Poczuł pod dłońmi lodowatą skórę i wystające kości. W momencie zrobiło mu się słabo i niedobrze.

— S-Saro? — wyszeptał z trwogą.

Uniósł delikatnie wychłodzoną głowę, po czym ostrożnie odgarnął czarne, zlepione i brudne włosy. W tym świetle wszystko wyglądało inaczej. Twarz była kobieca, wychudzona, brudna, ale przede wszystkim jej. Odnalazł Sarę. Wyglądała koszmarnie, była nieprzytomna. Nie był nawet pewien czy żyje. Pospiesznie położył głowę na jej piersi, by móc usłyszeć bicie serca, ale nie tylko zniszczony pancerz jej to uniemożliwiał, ale i jej stan. Za chwilę odnalazł tętnicę szyjną i ze łzami w oczach odetchnął z ulgą. Był puls. Słaby, ale był. Zrozumiał, że to już były jej ostatnie chwile i gdyby nie pojawienie się Beerusa już nigdy by jej nie odnalazł. Aż wreszcie pewnego dnia smok powiedziałby mu, że Sara umarła z przyczyn naturalnych i niestety, ale nie może jej wrócić życia.

— Panie Whis... — wyszeptał, jakby bał się, że ktoś go usłyszy. — Znalazłem ją.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Z niecierpliwością czekam na Twój komentarz!