16 sierpnia 2026

*118. Przebudzenie... zła?

Saiyański książę, popychając ostatnią osobę, zwaną dalej przeszkodą przykucnął przed wybudzającą się kobietą. Z wielkimi oczyma wpatrywał się w swoją młodszą siostrę, jakby jego spojrzenie miało przyspieszyć sprawę.

Sara zamrugała ociężale, cicho pojękując. Nie tylko brzmiała, ale zachowywała się, jakby dopiero co przebudziła się z wieloletniego nieprzyjemnego snu, jak gdyby została brutalnie wybudzona, a tak naprawdę ledwo zmrużyła oczy. Prawda zgoła była inna. Przetarła oczy, głośno ziewając. Otworzyła szerzej ślepia, a jej spojrzenie zetknęło się z Vegetą. Na jej twarzy odmalowało się gigantyczne zdziwienie.

W amoku poczęła lustrować otoczenie, nie potrafiąc choćby na chwilę skupić się na jednej rzeczy, jednej postaci. Im dłużej to trwało, tym wyglądała na mocniej zagubioną. Saiyanin chwycił zdezorientowaną za ramiona, delikatnie potrząsnął.

— Saro!

Prawdę powiedziawszy, była bardzo zdumiona widokiem swojego brata. Nim straciła świadomy kontakt z rzeczywistością, wiedziała, że znajduje się na Kōriwie. Nie rozumiała jakim cudem odnalazła się w innym miejscu, gdzie nie tylko nie było ciemno, ale też okrutnie zimno. Stamtąd przecież nie dało się uciec. Jeszcze dziwniejszym był fakt, iż spotkała kogoś bliskiego. Świadomość, że coś uległo zmianie, sprawiła, iż serce zabiło mocniej.

Za chwilę Bulma wyszła przed szereg, tupiąc głośno swoimi czerwonymi szpilkami, czym zwróciła uwagę Saiyanki. Druga znajoma twarz i kolejne ciepło kiełkujące gdzieś we wnętrzu. Nie była do końca pewna, co czuje. Czy była to radość? Na pewno nie był to przerażający ból, z którym już dawno przestała walczyć, a którego nie potrafiła przezwyciężyć. Jej ciało wciąż pamiętało to uczucie ciężkości.

Pojawiły się szepty; jedne cichutkie, drugie w miarę głośne. Sara nieporadnie próbowała wychwycić choćby słowo, ale za bardzo piszczało jej w uszach. Rozejrzała się zdezorientowana, jednocześnie nie potrafiąc precyzyjnie dopasować twarzy do zebranych wokoło istot.

Saiyanka ociężale spróbowała się podnieść. Vegeta pospieszył jej na ratunek i zdecydowanym ruchem dźwignął siostrę do siadu. Sarze jeszcze przez dłuższą chwilę kręciło się w głowie, a nawet poczuła mdłości, choć nie pamiętała, kiedy ostatnio cokolwiek jadła.

— Ve-ve-geta...?

Gohan z nazbyt mocno bijącym sercem obserwował, jak jego bratnia dusza wraca do żywych. Miał wrażenie, że śni. Nie był pewien czy winien się poruszyć na choćby milimetr. Tak bardzo nie chciał, by wszystko okazało się ułudą. Oczy zaszły mu mgłą od powstrzymywanych łez.

Córka Herkulesa stojąca nieopodal obserwowała wszystko z zapartym tchem. Ten świat... Świat Gohana, do którego wpadła bez zaproszenia, bez przerwy ją fascynował. Mimo iż wyjaśniono jej parę rzeczy, a niektóre widziała na własne oczy, to wciąż nie mogła się nadziwić tym niesamowitościom. Najbardziej jednak imponowała jej wytrwałość Son Gohana. W chwili, gdy zrozumiał, iż jego wybranka przepadła jak kamień w wodę wierzył, że coś złego przytrafiło się dziewczynie. Do niedawna było jej przykro, że jej kiełkujące uczucie zostało odepchnięte, lecz teraz, gdy widziała, jak patrzy na tę dziką dziewczynę, zrozumiała, że darzył ją naprawdę silnym uczuciem. Tak mocnym, by zdać sobie sprawę, iż czas naprawdę ustąpić.

Przecisnęła się przez parę osób, kładąc rękę na bicepsie niegdyś kolegi z klasy. Spojrzała na niego z troską, jednocześnie delikatnie się uśmiechając. Domyśliła się, że młodego mężczyznę ogarnął strach. To Sara była jego całym światem. Z początku chciała rywalizować o względy niesamowitego nastolatka, jednak szybko została sprowadzona na Ziemię. Gohan nigdy na nią nie spojrzał, nawet gdy zwrócił jej uwagę, by skróciła włosy przed turniejem. Wszystko było tylko koleżeńską troską. Nic poza tym.

— Idź do niej — wyszeptała.

Sara wychwyciła moment, w którym zebrani zmieniali lokalizację. W jej odczuciu działo się zbyt wiele na raz. Był to szok po wybudzeniu z magicznego podtrzymywania przy życiu przez wiedźmę. Im bliżej była śmierci, tym bardziej traciła świadomość, jednocześnie odpływając w koszmary. Seishin uzdrawiała ją na tyle, by ta nie wyzionęła ducha. Była jej potrzebna nie tylko do utrzymywania magii w ryzach, ale i do tego, by móc wciąż bezpiecznie być niezauważoną we wszechświecie. Bez mocy nie była w stanie utrzymać magicznej bariery. Magia się kończyła, co za tym idzie czas księżniczki również.

Saiyanka wytężając zmysły, spojrzała uważniej, a następnie zamarła. Rozpoznała w wysokim i dobrze zbudowanym mężczyźnie Son Gohana. Był taki sam, jak wyglądał w jej wspomnieniach. Jej serce zabiło mocniej. Chciała, by najstraszniejsze wizje okazały się tylko przeklętym mirażem szalonej wiedźmy, lecz chwilę potem zrozumiała, iż zaraz obok niego stoi zgrabna kobieta w idealnie przystrzyżonych czarnych włosach ledwo sięgających do ramion. Dwa mrugnięcia wystarczyły, by zabrakło jej tchu.

Młoda wojowniczka poczuła, jak łzy napływają jej do oczu, jak serce chaotycznie pompuje krew, a w uszach rozpoczyna się nieprzyjemny, cichy pisk. Na kilka chwil zapomniała oddychać, gdy jej spojrzenie spotkało się z jego. Zaprzestała dostrzegać cokolwiek innego. Dosłownie wszystko przestało istnieć.

W międzyczasie usłyszała od Bulmy, że bezpiecznie sprowadzili ją do domu, że jest już wśród swoich. Nie patrzyła na nią. Z boku można było stwierdzić, że nikogo nie słucha. Prawda była zgoła inna; Zewsząd bombardowały ją przeróżne informacje, jednocześnie doprowadzając do napadów lękowych, jak i agresji. To było zdecydowanie za dużo na jeden raz. Czemu ją ściągnęli? Co próbowali tym osiągnąć? Jedyne, o czym pomyślała to kara.

Ściągnęła drżące usta w cienką linię. Miała ochotę zapaść się pod ziemię, utonąć w ciemnej i lodowatej toni, a nawet spłonąć żywcem. Wszystkie opcje były lepsze od tej chwili, w której się znalazła. Imię mężczyzny ugrzęzło w gardle i jedyne co wydobyło się z jej ust do pierwsza litera.

Son Gohan usłyszał ją i było to dla niego równie stresujące. Jego oczy drżały, jednak powstrzymywał się od płaczu. Wpatrywał się w ukochaną i im dłużej to trwało, tym bardziej miał wrażenie, że z jej twarzy odpływa krew, zupełnie jakby zobaczyła ducha. Dostrzegał jej chaotycznie poruszające się tęczówki, jak i niebezpiecznie drgające wargi. Za chwilę uznał, że jest zwyczajnie w świecie przerażona — jak małe dziecko, które miało zmierzyć się z brutalnym i jednocześnie najstraszniejszym koszmarem życia.

Muzyka

Sara na trzęsących się rękach wycofała się, jednocześnie spadając z nazbyt miękkich poduszek. Przygryzła wargi z głośnym jęknięciem. Nie przeszkodziło jej to jednak wrócić spojrzeniem do syna Gokū. Poczuła silne i lodowate ukłucie w sercu, przeszywające na wskroś. Jej oczy zaczęły tonąć we łzach, nie była w stanie tego powstrzymać. Bała się. W głowie jej szumiało coraz głośniej, zaraz doszły zawroty głowy.

Czy to prawda? Czy to on, prawdziwy on? To nie jest prawda.... Nie może być...

Mężczyzna, widząc przerażenie na twarzy ukochanej, ostrożnie wyciągnął przed siebie dłoń, jednocześnie cicho wypowiadając jej imię. Chciał zapewnić Saiyankę, że cokolwiek podczas jej nieobecności się wydarzyło, nie może ją już dosięgnąć, ponieważ jest przy niej i nie pozwoli jej nikomu skrzywdzić. Sara automatycznie odsunęła się, jakby widziała w młodym wojowniku najstraszniejszą zmorę. Gohan instynktownie opuścił dłoń w pół kroku. Na jego licu odmalował się strach wymieszany z żalem.

Sarą targały silne emocje — mroczne i paraliżujące. Nie mogła uwierzyć, że wszystko było realizmem. Ułuda i magia przepadły, a wszystko zastąpiła bolesna prawda. Jej prawda. Świat się skończył, a jedyne co mogła otrzymać to cierpienie, zdradę i potępienie. Nie chciała tego przyjąć do wiadomości przez te wszystkie lata. Walczyła z tym na wszelkie sposoby. Ostatecznie się poddała i... przepadła. Teraz powróciła z martwych, by na nowo przeżyć wszystko, tym razem bez uroku. Tak po prostu i na prawdę?

Jej serce rozsypało się, choć mogło się wydawać, że jest to niemożliwe. Cały świat zawirował, wspomnienia uderzyły z taką siłą, jakby ktoś rozwarł wieczko kontenera najgorszych przeżyć. Dla zniszczonej psychicznie młodej kobiety było to zbyt wiele. Mimo pozycji na wpół leżącej czuła osuwający się grunt pod sobą. Piekło, w jakim czuła, iż się znajduje, zamiast ją spalać, niespodziewanie zamieniło się w lód. Jak wszystko, na czym kiedykolwiek jej zależało, zamienia się w przerażający horror.

Dlaczego? Czym sobie zasłużyłam? Czemu nie pozwolili mi odejść?

Sara nie potrafiła zrozumieć, dlaczego postawili ją w tej sytuacji. Czy nie wycierpiała już zbyt wiele? Nie dość, że trafiła do mrocznego i pełnego złej magii świata, w którym największe koszmary stawały się rzeczywistością, to jeszcze ściągnęli ją z powrotem do miejsca, które kiedyś nazywała domem by ostatecznie co? Pokonać ją? Zniszczyć? Była już dostatecznie zdruzgotana. Jednak sytuacja, w której się znalazła, okazała się gorsza od wszystkiego, co do tej pory ją spotkało. 

W tej sekundzie Siostrze Vegety rozsypało się serce jak wiaderko suchego piasku. Zachłysnęła się powietrzem, a następnie mocno zakrztusiła. Son Gohan bez namysłu podbiegł, przykucając przy niej. Nie miał złych zamiarów, ale ona odebrała to zgoła inaczej — odepchnęła go jak niespodziewanego, wielkiego robala jednocześnie krzycząc. 

To było za wiele. To nie był miraż! On tu był naprawdę! Saiyanka zerwała się na nogi, chociaż te stanowczo odmawiały posłuszeństwa. Pragnęła się bronić, mimo że jeszcze nie miała pojęcia jak to uczynić. Ale tonący chwyta się brzytwy, prawda? Wyciągnęła przed siebie drżące ręce, nie kryjąc ani jednej łzy.

— Nie podchodź... — wyszeptała, połykając słone potoki żalu — Nie podchodź!

Wyglądała jak przerażona mała dziewczynka. Gohana zabolało to na tyle mocno, że struchlał. Nie tak to sobie wyobrażał. Jej zachowanie cięło jego serce niczym sztylet. Nie zamierzał zrobić jej krzywdy. Nigdy tego nie chciał! Zacisnął pięści, mimo iż nie był zły. Targały nim tak sprzeczne emocje, że nie wiedział, co począć. Ostatecznie postanowił trwać w przekonaniu, by pokazać ukochanej, iż stoją po tej samej stronę. W końcu to jemu najbardziej zależało, by wróciła, by móc wyznać jej prawdę.

Przez ciało wojowniczki przebiegł lodowaty dreszcz, a zaraz fala gorąca, która wypalała żyły. Było to bardzo bolesne doznanie. Nie mogła wiecznie uciekać. Powinna była wreszcie stawić czoła swoim demonom. Pomyślała, że oto właśnie otrzymała szansę, by żyć, więc nie mogła się poddać, nawet jeśli wszystko wskazywało na koniec. Chociaż do tej pory jej pragnieniem było zostać wymazanym, nie wiedząc czemu, odczuła palącą potrzebę, by nie poddać się bez walki. Gdyby jednak miała zostać pokonana będzie to chwila, w której okaże się, że on zawsze był silniejszy od niej, nawet gdy myślała, iż jest inaczej. By oczyścić swe imię, musiała podjąć się najgorszego.

Sara zacisnęła szczękę, obie pięści, a następnie napięła wszystkie mięśnie. Poczuła jak zalewa ją ponownie zimno, jak wszystko się wyostrza i nabiera niebezpiecznie ostrych krawędzi; Wzrok zgromadzonych tu istot ciemnieje, uśmiechy stają się groźne, a oddech przyspiesza. Tyle wystarczyło, by z jej ust wydobył się cichy, gardłowy warkot.

Wyprostowała się z nienawistnym spojrzeniem. Coś się zmieniło, powietrze stało się ciężkie i przytłaczające. Son Gohan zareagował instynktownie. Czuł, że Sara zmierza ku autodestrukcji i jest w stanie wyrządzić krzywdę wielu tu zebranym. Nie specjalnie, ale pod wpływem niekontrolowanego gniewu nie baczyła na otoczenie, zwłaszcza gdy czuła się zagrożona. Syn Gokū musiał zdusić to w zarodku. Podbiegł do kobiety, łapiąc ją oburącz za ramiona, jednocześnie spoglądając jej głęboko w oczy. Jeśli była w jakimś letargu chciał sprowadzić ją na ziemię. Na własnej skórze odczuł diaboliczną magię lodowej wiedźmy, domyślał się, że stan księżniczki jest podyktowany kilkuletnim działaniem jej okultyzmu.

Zaskoczona tym gestem Saiyanka spojrzała na Gohana wzrokiem wciąż przepełnionym goryczą. Gdy tak chwile na siebie spoglądali, dostrzegła w jego czarnych oczach cierpienie i niezrozumienie, ale tego drugiego nie była już tak pewna. Wypowiadając cicho jej imię, sprawił, że zatrzęsła się, a chwilę potem ugięły się pod nią nogi, jakby ktoś roztrzaskał je ciężkim młotem.

Tafla szkła pękła — tyle była w stanie usłyszeć siostra Vegety w swojej głowie. Tyle też wystarczyło, by cały świat spowiła lodowata aura, jakby ktoś włączył przełącznik. Młoda kobieta osunęła się na kolana z drżącą wargą i mokrymi powiekami. Po okolicy poniósł się przeraźliwie łamiący krzyk; Sara z wysoko podniesioną głową krzyczała tak długo, aż zabrakło jej tchu. Po wszystkim zakaszlała kilkukrotnie, opadając rękoma na pokład statku. Ponownie zalała się łzami, te poczęły jej kapać na trzęsące się dłonie.

Nagle nastała cisza. Nikt nie śmiał się ruszyć choćby o milimetr. Nikt nie był pewien, co wydarzy się później, a najgorzej w zaistniałej sytuacji czuł się półsaiyanin. Stał najbliżej księżniczki i najlepiej odbierał wibracje wydobywające się z jej ciała. Wiedział, że jeszcze chwila i nastąpi kulminacja. Nie zdążył zrobić nawet kroku, gdy kilkunastosekundowe milczenie zamieniło się w cichy chichot, a który niedługo potem przerodził się w iście szaleńczy śmiech.

Son Gohan oraz reszta zebranych istot spoglądali na Saiyankę z rezerwą bądź zaskoczeniem. Jedni uznali, iż zwariowała, inni, że Wish nie wyleczył jej do końca. Tylko Berrus postukiwał nerwowo palcem o ramię, uznając, iż czas, jaki otrzymali przegrani, nader szybko umykał, a oni wciąż stali w miejscu. Miał zdecydowanie dość czekania na tajemniczego Super Saiyanina Boga.

W chwili, gdy histeryczny rechot ustał, powietrze zrobiło się niebezpiecznie ciężkie i chłodne zarazem. To była cisza przed burzą. Wszystko po tym potoczyło się niespodziewanie szybko; W mgnieniu oka Sara przemieniła się w super wojownika i bez ostrzeżenia natarła na syna Gokū, jednocześnie taranując go barkiem. Mężczyzna nie tylko nie zblokował ataku, ale też nie utrzymał się na nogach. Boleśnie upadając na idealnie wyfroterowaną drewnianą podłogę, doszedł do wniosku, iż Sara do tego taranu użyła ogromnych pokładów mocy wraz z szybkością. Zupełnie jakby od tego zależało jej życie. Skarcił się w duchu za opuszczenie gardy.

Księżniczka, będąc w całkowitym amoku, nie miała zamiaru na tym poprzestać i od razu pognała do kolejnej ofiary. Najbliżej stała Bulma. Kobieta nie miała żadnych szans w starciu z rozjuszoną Kosmiczną Wojowniczką. Vegeta w porę interweniował, zderzając się z siostrą, by jednocześnie uchronić przed niechybną śmiercią swoją kobietę.

Sara ściągnęła brwi w diaboliczny sposób, jednocześnie odskakując od księcia Saiyan. Warknęła, przetarła usta mokre od śliny i ponowiła atak niczym rozjuszony byk. Nie zamierzała ustępować, nikomu. Przed oczami miała jedynie lodowatą mgłę, a w głowie cichy i nienawistny szept.

Książę ani myślał być pokonanym. Miał zamiar za wszelką cenę uspokoić rozjuszoną, choćby miał ją doprowadzić do nieprzytomności. Nie po to sprowadzali ją do domu, by teraz ich poskromiła, a jednocześnie rozjuszyła do reszty Boga Zniszczenia. Vegeta zdążył już kilkukrotnie zarejestrować, iż czcigodny kocur tracił cierpliwość, co oznaczało ich rychły koniec. Sara miała być ich ostatnią nadzieją, nie gwoździem do trumny.

Rozległy się krzyki, które wydobywały się z ust każdego, kto nie miał szans z szaloną wojowniczką i jednocześnie się jej bał. Słabsza część zebranych rozbiegła się wprowadzając chaos. To na moment rozkojarzyło dziewczynę, jednocześnie zmuszając do rozejrzenia się po okolicy. Amok wprawiał ją w otępienie i zawroty. Złapała się za głowę, wciągając głośno i jednocześnie chrapliwie powietrze. Potrząsnęła nią kilka razy, powarkując jak wściekła. Za chwilę obrała sobie kolejny cel — tym razem Kuririna obejmującego siedmioletnią, przerażoną córkę.

Osiemnastka zasłoniła rodzinę energetyczną barierą w ostatniej chwili. Ta niestety nie wytrzymała i pękła jak delikatne szkło. Zmodyfikowana kobieta przyjęła cios na siebie, upadając boleśnie na podłodze, co w momencie doprowadziło jej córkę do płaczu.

Księżniczka uśmiechnęła się diabolicznie, wykonała szybko ruch ręką, uwalniając tym samym silny podmuch, który zmiótł poległą  w tył, aż uderzyła głową o burtę. Nic sobie nie robiąc z tej sytuacji siostra Vegety, chwyciła pierwszego lepszego człowieka za gardło, by następnie wyrzucić go do oceanu jak śmiecia. Nieszczęśnikiem okazał się jeden z pracowników statku.

Starszy syn Gokū polecił naprędce swemu bratu, by ten ruszył na ratunek niczemu winnemu Ziemianinowi, po czym sam natarł na rozjuszoną wojowniczkę. W locie przemienił się w super wojownika. Widok nienawistnej Saiyańskiej księżniczki łamał mu serce, przypominał dzień, w którym pokonali zło. Ten sam, w którym odeszła. Wieczór, w którym miał zamiar wyznać jej swe uczucia i zakończyć bezsensowny spór. Musiał jednak odłożyć swoje złamane serce na bok, jeśli chciał, by wszyscy ocaleli, by obrażalski kocur nie postanowił ich zrównać wraz z Ziemią.

Ku zaskoczeniu wojownika siostra Vegety zgrabnie wyminęła go, wykonując zwodniczy manewr ataku. Kobieta nie zamierzała atakować tych w pierwszej kolejności, którzy mogli się bronić. W głowie miała jedynie złowieszczo dudniącą zemstę. Pozbyć się tych, którzy dla innych mieli znaczenie.

Ostatecznie Beerus jak gdyby nigdy nic pojawił się na trasie lotu wojowników. Oboje w ostatniej chwili zatrzymali się, by nie wpaść na przeszkodę. 

— Dość... — wychrypiał posępnie.

Gohan struchlał na myśl, co może wydarzyć się następnie. Sara warknęła gniewnie, a następnie bez zastanowienia zwiększyła swą aurę, tym samym okazując brak współpracy z bogiem. Wymierzyła cios, który został natychmiast powstrzymany. Księżniczki w żaden sposób to nie przystopowało, by ruszyć drugą kończyną do ataku. Zablokowanie jej było jak dolanie oliwy do ognia. Syn Chi-Chi zrobił wielkie oczy, miał nadzieję, że ostatecznie nie stanie jej się krzywda.

Saiyańska wojowniczka nie kryjąc irytacji, usiłowała wyswobodzić się z żelaznego uścisku. Nie była jednak w stanie przeciwstawić się sile boskiemu kocurowi. Im bardziej się szarpała, tym szybciej rosła irytacja Berrusa. W końcu nie wytrzymał i uderzył jednym szybkim ruchem kobietę w brzuch. Ta upadając, zakrztusiła się własną śliną. Wpatrywała się w fioletowego kotowatego nie tylko z nienawiścią, ale i ogromnym zdumieniem.

— Saro... To... Jest Bóg Zniszczenia...

Rozjuszona ogoniasta wyciszyła aurę, wciąż spoglądając na najsilniejszą istotę, jaką w życiu spotkała. Gardłowo zachrypiała. Zebrani nie do końca byli w stanie stwierdzić czy był to śmiech, czy jednak jakiegoś typu pogarda. Pochyliła głowę, jakby chciała ukłonić się bóstwu, a następnie nieoczekiwanie odleciała w przeciwną stronę, nabierając przy tym prędkości. Zniknęła.

Son Gohan upadł na kolana. Czuł, jak wielki ciężar z niego spada. Sara nie próbowała pokonać boga. Żyła. Nie mniej, nie tak sobie wyobrażał jej powrót. Miał ją odzyskać. A ona... Ona nadal była tą rozwścieczoną dziewczyną sprzed lat. Opuścił głowę ze smutkiem, jednocześnie dostrajając ciało do KI uciekinierki. Potrzebował czuć. Tyle lat nie było mu dane czuć jej energii. Była inna, ale doskonale wiedział, że należała do niej.

— Wybacz jej, proszę... — wyszeptał z trudem syn Gokū. — Ona nie wie, co czyni... To nie jest... Ona. To znaczy, jest, ale...

— Nie jest sobą — dokończył Wish, który pojawił się obok zupełnie znikąd.

Saiyański wojownik spojrzał ze zdumieniem na swego przedmówcę. Tak, dokładnie to miał na myśli. Ale jeśli w tym twierdzeniu było coś więcej? Co, jeśli naprawdę brała w tym udział jakaś większa siła? Księżniczka dotąd nigdy nie atakowała bezbronnych, nie krzywdziła swoich, może nie przyjaciół, ale osób, z którymi się bratała. Son Gohan zdążył poznać Sarę zmanipulowaną, widział, jak Babidi kontroluje Vegetę. Na własnej skórze przekonał się jak silną magią dysponowała tajemnicza wiedźma z Kōriwy. Młoda wojowniczka musiała być pod wpływem diabolicznej siły. To nie ulegało żadnym wątpliwościom. Jak jednak miał przełamać czar?

Gohan z przerażeniem spojrzał na towarzysza boga, jakby usiłował wybłagać od niego jakąś nadzwyczaj pozytywną odpowiedź. Jakby szukał nadziei. Niestety w spojrzeniu wysokiego anioła nie potrafił znaleźć choćby okruchu pozytywnych rozwiązań.

— Trzeba było wybrać mądrze — zauważył opiekun boga. — Wybrałeś sercem. Teraz będziesz musiał zapłacić za to ogromną cenę.

Policzki mężczyzny zapłonęły. Wish wiedział, nie wszyscy jednak mieli tego świadomość. Uczucia wojownika było głęboko ukrywane przed światem, niegdyś i przed samym sobą. Miał świadomość, że wybrał sercem. Gdyby wiedział, że Sara okaże się ich zgubą, postawiłby na drugiego Saiyanina? Nie, nie zrobiłby tego. Nawet w obliczu ich nadchodzącego końca nie zmieniłby zdania. Sara była dla niego wszystkim, a jeśli mieliby zginąć, to chciał wraz z nią, miał zamiar powiedzieć jej prawdę.

Było mu wstyd, że wybrał sam. Nie pozwolił innym zdecydować, kto może ich ocalić. Liczył na uleczenie własnego serca. Był samolubny... Jednak czy był przez to złym? Zawsze robił to, co należy, jednak tym razem zrobił coś zupełnie innego — pomyślał o sobie.

— Czy...? — zaczął nieśmiało.

— Nie — odrzekł automatycznie anioł.

Gohan  nie potrzebował nic więcej. Serce pękło mu na milion kawałeczków. Myśl, że dla jego wybranki nie ma ratunku, a wpływ czarownicy odcisnęła na niej najgłębsze piętno, sprawiało, że czuł się jeszcze bardziej winny całej sytuacji. Wciąż nie żałował swojej decyzji. Jeśli Sara miała zginąć, to przynajmniej tutaj. Nie była już sama i zapomniana, nawet jeśli nie zdawała sobie z tego sprawy. Miał jednak zamiar nadal walczyć. Nie tylko dla Ziemi, ale dla niej. Już raz ją ocalił. Teraz musiał ponownie to zrobić. Poddanie się oznaczało tylko jedno: śmierć.



12 marca 2026

*117. Oferta Seishin

Dookoła panowała przerażająca cisza, którą potęgował mrożący do kości chłód. Ciało Saiyanki, do której przytulał się Son Gohan, dodatkowo nasilał dyskomfort. Czekał na istotę, z którą tutaj przybył, ale nic się nie działo. Czasu było coraz mniej i doskonale sobie z tego zdawał sprawę. Stan młodej kobiety był krytyczny — potrzebowała natychmiastowego leczenia. Magiczna fasolka nic by nie dała. Na skraju śmierci nikt nie byłby w stanie pogryźć twardego nasiona.

— Panie Whis? — szepnął młodzieniec z trwogą. Mimo otulającego go zimna czuł, jak się poci.

Pomoc nie nadchodziła, a Gohan odczuwał, że nie tylko odmraża sobie powoli kończyny, ale słabnie, wręcz chce mu się niewyobrażalnie spać. Nie miał pewności czy było to spowodowane wyłącznie temperaturą, czy jednak niebywale piękna wiedźma maczała w tym palce. Już raz odpłynął w sen na tej planecie.

Z ostrożna podniósł wychłodzone ciało, jednocześnie klnąc w duchu, że nie wziął ze sobą marynarki. Teraz byłaby idealna, by okryć lodowatą skórę. Przytulił Saiyankę do piersi, jednocześnie trzepiąc się z zimna. Usiłował ją ogrzać swoim i tak już wychłodzonym organizmem. Ruszył w drogę powrotną, a gdy dotarł do zamkniętej klapy ogniki, które oświetlały kryptę zgasły. Gohana ogarnęła ciemność i pozostałości zielonkawego światła przed oczami. Domyślił się, że przeklęta strzyga nie zamierzała go wypuszczać.

Wziął głęboki wdech, jednocześnie przymykając powieki. Rozbudził w sobie KI, równocześnie oświetlając pomieszczenie ciepłym blaskiem. Docisnął nieprzytomną Sarę do siebie, dbając o zabezpieczenie głowy i szyi.

— Trzymaj się Saro... Proszę, wytrzymaj...  — wyszeptał drżącym głosem.

Chwilę po tych słowach jak pocisk rzucił się na klapę, którą następnie roztrzaskał na kawałki bez żadnego problemu. Bez zbędnych myśli ruszył przed siebie, byleby uciec stąd jak najdalej. Musiał coś zrobić, zniknąć i jednocześnie czekać na odsiecz, która z jakiegoś powodu nie nadchodziła. Wiedział, że sam nie będzie w stanie opuścić tej zapomnianej planety. Ani on, ani Sara nie korzystali z tradycyjnego transportu na Kōriwę. 

Pędził przed siebie, byleby do przodu. Na oślep. Nie miał pojęcia czy ruszył w drogę powrotną, czy wręcz przeciwnie. Miał jedynie nadzieję, że jak najdalej od mrocznej kobiety. Głośno wyrażał swoją frustrację z powodu nieobecności anioła, który obiecywał, że zjawi się wtedy, kiedy będzie trzeba. Gohan nie rozumiał, dlaczego się tak nie stało. Odnalazł księżniczkę, tak jak było ustalone. Czy wydarzyło się zatem coś, o czym nie wiedział?

Młodzieniec zatrzymał się przy zwalonej kamiennej ścianie, by na chwilę odsapnąć. Wrócił do pierwotnej formy. Czuł ogromne zmęczenie, był również zmarznięty. Ostrożnie odłożył wciąż nieprzytomną dziewczynę, lecz za chwilę przytulił ją do siebie z powrotem. Bał się. Obawiał się, że jeśli wypuści ją z rąk, ta w magiczny sposób zniknie. Nie rozumiał do końca tego niepokoju, ale z drugiej strony tyle lat jej poszukiwał, że nie chciał spuścić jej z oka nawet na sekundę. Zwłaszcza gdy w okolicy grasowała magiczna istota, która potrafiła tworzyć miraże niemalże doskonałe.

Utulił do piersi zimne ciało, a jego organizm przeszedł lodowaty dreszcz. Nie należało to do przyjemnych, lecz dla Sary był w stanie przetrwać wszystko. Musiał ją ocalić, musiał ją przede wszystkim zabrać do domu. Za wszelką cenę. Wytrwać i mieć nadzieję, że wszystko się w końcu ułoży. Tylko to trzymało go jeszcze w pionie.


Ponowił lot w nadziei, że pomoc wreszcie nadejdzie. Nie miał pojęcia, gdzie się znajdował, jak daleko był od miejsca, z którego uciekł, ani gdzie ostatni raz widział się z Whis'em. Krążył w ciemnościach Kōriwy jak dziecko we mgle i im dłużej to trwało, tym trudniej było mu wierzyć w powodzenie tej misji. Czy towarzysz Boga Zniszczenia pozwoliłby mu tutaj zginąć? Czy mógłby nadszarpnąć zaufania swego boga dla własnej satysfakcji? Ciężko było mu w to uwierzyć. Whis zdawał się zachowywać nie tylko jak wierny doradca, ale i oddany sługa. Son nie miał pojęcia, kim tak naprawdę był bladoniebieski kamrat groźnego boga.

Poczuł niebezpieczne uderzenie ciężkości, jakby ktoś zrzucił na niego paręnaście ton najcięższego metalu wszechświata. Zakręciło mu się w głowie, co doprowadziło do wypuszczenia z rąk księżniczki. Zdążył jednak zorientować się i pognał za upadającą bezwładnie siostrą Vegety. Zdążył, nim jej głowa zetknęła się z twardym podłożem. Odruchowo odetchnął z ulgą. Zaraz napiął wszystkie mięśnie, poważniejąc. Rozejrzał się nerwowo po okolicy. Ewidentnie czuł się obserwowany.

W oddali zobaczył szybko powiększającą się mgłę, która kilka chwil później otoczyła go. Poczuł dziwne mrowienie na ciele. Nie potrafił określić, czym było. Nie mógł nazwać tego energią, jaką znał, ale był pewien, że całe zjawisko nie było naturalne. Magia? Na samą myśl struchlał. Ona tu była.

— Przede mną nie uciekniesz panie Son  — usłyszał melodyjny szept jakby tuż za nim.

Z duszą na ramieniu odwrócił się, lecz niczego, a raczej nikogo nie zobaczył. Odruchowo przycisnął do siebie nieprzytomną. Czy tego chciał, czy nie, dla Seishin był złodziejem. Nie miał pojęcia, czemu więziła Sarę ani po co jej była potrzebna w tym agonalnym stanie. Jedno wiedział na pewno — nie zamierzała oddać jej dobrowolnie. Gohan ostatecznie musiał podjąć rękawicę i zmierzyć się z mroczną siłą. Obawiał się, że bez tego nigdy nie wydostanie się z tego przeklętego miejsca.

Powstał, starając utrzymać się na równych nogach, z wysoko podniesioną głową. Chciał pokazać tej kobiecie, że się nie boi. Prawda była zgoła inna. Nawet jeśli nie obawiał się samej czarownicy ani tego, do czego jest zdolna, to przerażała go wizja śmierci ukochanej. I utracenie jej na zawsze. Z tego powodu nie wypuszczał jej z objęć, jakby od tego zależało wszystko.

— Pytałaś się, jakie jest moje największe pragnienie  — wychrypiał cicho. — Ona nim jest i nie poddam się, póki nie będzie bezpieczna. Z dala od ciebie!

Białowłosa chicho się zaśmiała. Saiyanin nawet tego był pewien czy go usłyszał. Odgarnęła z niebywałą delikatnością  włosy z twarzy. Nie spuszczała młodego intruza z oczu.

— Odważnie — wymruczała zalotnie. — To bardzo... urzekające? To chyba dobre słowo? Jesteś bardzo mocno z nią związany. I ona też. Widziałam.

— Co widziałaś?

— Zadałeś jej ból. Bardzo wiele bólu. Widziałam cię we wspomnieniach — wyjaśniła z cichą ekscytacją. — Jej katusze były niesamowicie silne i piękne. Budujący! Czysty i urzekający.

Gohan zamrugał kilkukrotnie z dezorientacją. Kobieta ewidentnie zachwycała się czyimś cierpieniem. Budujący? Czy ona karmiła się ludzkimi dramatami? Czy właśnie dlatego Gohan czuł się tak mocno przytłoczony? Bardziej niż przez te kilka lat. Do tego stopnia, że momentami nie wierzył w powodzenie swojej misji. To musiało być to! Ona pożerała cierpienie! Tylko dlaczego? Tego syn Gokū nie potrafił jeszcze zrozumieć, ale nie zamierzał się poddać. Nie, kiedy był tak blisko, nie, kiedy miał realną szansę na sukces. Na ocalenie księżniczki i odwrócenie przeklętego losu.

— Nie pozwolę ci jej zabić — ryknął, a jego głos zadrżał. — Coś ty jej potworze uczyniła!

Blada kobieta przechyliła powoli głowę na bok, wciąż bacznie obserwując mężczyznę. Uśmiechnęła się krucho, nie wypowiadając ani słowa. Uwielbiała moment, w którym osaczeni są na granicy; Nie wiedząc, co ich czeka, jednocześnie walcząc ze swymi lękami.

Gohana ogarnęło dziwne ciepło, które rozlewało się po ciele nie jak lekarstwo, a narkotyk. Rozgrzewająca się atmosfera sprawiła, że otoczenie w jego oczach nabrało więcej kolorów. Jego chęć woli wzrosła do tego stopnia, że przestał się bać czegokolwiek. Stał się pewny siebie i swych celów. Z dumą podniósł głowę, spoglądając kobiecie w twarz. Ta jednak wciąż się tajemniczo uśmiechała.

Dziwne uczucie jednak go nie opuszczało. Rozejrzał się dookoła, a potem ze zdumieniem spojrzał na ręce, które utrzymywał w powietrzu. Zupełnie nie rozumiał, co się właśnie wydarzyło. Jakby o czymś zapomniał? Może chciał coś zrobić? A może to nie było nic istotnego? Opuścił dłonie, by za chwilę zacisnąć pięści w gotowości do walki. Mimo to nie stracił pamięci, gdzie był i z kim miał do czynienia.

— Nie pozwolę ci odejść — wysyczała powoli. Po raz pierwszy nie była dla Gohana mdląco bałamutna. — Godnie zastąpisz poprzedniego darczyńcę.


Zareagował instynktownie, tak się mu wydawało. Zerwał się do lotu wprost na czarownicę. Nie zamierzał być jej więźniem. Nie chciał przebywać w tym miejscu i w sumie to zapomniał, dlaczego tutaj się znalazł. Jedyne co wiedział, to to, że nie planował zostać niczyją marionetką. Cokolwiek od niego chciała biała wiedźma, nie powinno dostać się w jej ręce. Tyle chociaż wiedział. A przynajmniej takie miał przeczucie. Źle jej z oczu patrzyło.

Jak na wojownika walczącego o przetrwanie przystało, zaatakował pierwszy. Nic nie mogło go powstrzymać, nawet fakt, że przyszło mu walczyć z kobietą. Bardzo urodziwą i wyglądającą jak porcelanowa lalka. Przez wszystkie lata zdążył pojąć, że wygląd i płeć to nie wszystko. Walczył z Zangyą, a także z marionetką Yonana. Wiedział, że przeciwna płeć potrafi zaskoczyć i nie należy jej lekceważyć. Był gotów walczyć i zwyciężyć. Grał o wysoką stawkę. Chciał wrócić do domu, być wolnym, a miejsce, w którym się znalazł, nie było przyjazne dla nikogo.

Seishin była potężną czarownicą. Syn Chi-Chi nie był w stanie poradzić sobie z jej mirażami. Ilekroć myślał, że jest w zasięgu jego ręki, ta rozpływała się jak otaczająca ich mistyczna mgła. Dookoła niósł się szyderczy śmiech, który nie tylko irytował, ale jednocześnie podcinał skrzydła. Królowa lodowej krainy bawiła się przednio, czego nie można było powiedzieć o wojowniku.

Son Gohan nie zamierzał się poddawać. Przyjął pozycję do ataku, bacznie rozglądając się po ciemnym i zimnym otoczeniu. Jego ciało emanowało pulsującym ciepłem, chociaż nie odpalał Super Saiyanina. Czuł się dziwnie, jednak starał nie zwracać na to uwagi. Potrzebował skupienia. Przeklęta białowłosa kobieta nie odstępowała go na krok, a jednocześnie znikała i pojawiała się niczym mroczny cień, tłamsząc wzbierające w nim KI.

Młody wojownik kolejny raz natarł na czarownicę. Stała niewzruszenie z chytrym uśmieszkiem. Gdy tylko sięgnął pięścią ku jej twarzy, ta rozpłynęła się w powietrzu. Powtarzał ten moment tyle razy, że złość ogarniała go w całości. Nie rozumiał, na czym polega ta zabawa i dlaczego kobieta nie zamierza go ani powalić, ani zaatakować. Jedynie podsycała jego gniew. Koniec końców Son Gohan się wściekł. Jego ciało eksplodowało złotą energią. 

Seishin roześmiała się szaleńczo, a zarazem triumfalnie. Wszystko szło zgodnie z planem. Nikt nigdy jej nie przechytrzył. Była potężną czarodziejką i nie mogła pozwolić odejść takiemu kąskowi. Źródełko się wyczerpywało i potrzebowała nowego zasilania. Przez tyle lat była wysuszona, pozbawiona pożywienia i prawdziwej potęgi. Nie mogła przepuścić okazji, w której zjawiali się goście. Nie często ktoś tu zaglądał. Kto w końcu miał interesować się zapomnianą przez świat planetą, na której od wieków nie istniało życie? Rozbitkowie, zagubieni, uciekinierzy i oczywiście poszukiwacze. Kąski takie jak ten tutaj zdarzały się bardzo rzadko, wręcz można by uznać, iż wcale.

W chwili, gdy ja jej ponurej planecie zjawiła się dziewczyna ze strzaskanym jestestwem Seishin cierpliwie czekała na zaproszenie do pożarcia życiodajnej energii, która była jej źródłem młodości i potęgi. Była przeklęta i nie mogła umrzeć ze starości czy głodu. Jedyne co jej pozostało to okradać przybyszy z energii życiowej, by samej, choć na chwilę być w pełni sił. Była związana z tym miejscem, nie mogła go opuścić, a gdy wracała jej magia, mogła ukryć swą planetę przed światem, by nikt jej nie znalazł. By w spokoju mogła delektować się torturowaniem swych ofiar za pomocą złudzeń, aż po ich kres. Wystarczyło odpowiednio zbadać grunt, a potem czerpać do woli.

Zabawa w kotka i myszkę w końcu znudziła królową lodu. Wyciągnęła smukłą dłoń przed siebie i za pomocą magii zatrzymała w locie Saiyanina, który kolejny raz na nią szarżował. Zawisł w powietrzu, nie kryjąc gniewu wymieszanego ze zdumieniem. Zaraz zorientował się, iż nie może ruszyć choćby palcem. Poczuł się jak wtedy gdy telekinetyczne więzy bandy Bojacka go oplotły. Różnica polegała na tym, że wtedy jego moc była niwelowana. Tutaj nic takiego nie miało miejsca i nie sprawiało to bólu. Trwał w zawieszeniu, złowrogo łypiąc na przeciwniczkę, która zadziornie się uśmiechała. Jej pewność siebie była dziwnie przerażająca.

Seishin podeszła bliżej, zdecydowanie za blisko i popatrzała swoimi lodowatymi błękitnymi oczami w jego seledynowe. Młodzieniec nie był w stanie uciec przed jej hipnotyzującym spojrzeniem. Jej twarz była niebezpiecznie blisko, czuł jej lodowaty oddech na swych ustach. Gdyby mógł, wyciągnąłby dłonie i zacisnął je na chudej szyi, ale jedynie co potrafił to patrzeć. Nie mogąc mrugnąć, czuł, jak gałki oczne zaczynają go piec, a w ustach pojawia się więcej śliny. Nie tak to wszystko miało wyglądać. Czy naprawdę jej magia miała być tak potężna? Jak?

— Pozwól, że zabiorę ten gniew i palące cierpienie — wyszeptała uwodzicielskim tonem. — Tutaj możesz być spokojny. Zabiorę od ciebie walkę, nienawiść i strach przed porażką. Nie musi tak być. Tutaj możesz przestać walczyć. Na zawsze.

Nie mógł odpowiedzieć, zareagować. Był w stanie jednak myśleć i przetwarzać dane. Strach przed porażką? Jaką? Z nią? Nie bał się jej ani przez chwilę. Po czasie, kiedy już kobieta odeszła z zamyśleniem pomyślał o przytłaczającej go sytuacji i wcale nie chodziło o tę kobietę, ani o całą sytuację.

Pstryknięcie palcami. Łup! Całe zawieszenie zniknęło, a Gohan runął na ziemię z impetem. To było jak uderzenie przywracające ustawienia fabryczne. I wtedy przypomniał sobie coś na oka mgnienie. Przez całą walkę mierzył się z uczuciem niepewności i jakieś nieprawidłowości, ale jedynie co dostrzegał to wciąż powtarzający się cykl; Gonił wiedźmę, której nie dało się dogonić. Była zawsze o krok przed nim, co go niebywale irytowało. Poruszył kończynami, głośno stękając. Nie tyle z bólu po upadku ile po zablokowaniu jego wszystkich mięśni.

Poderwał się na zgiętych nogach, ponownie spoglądając na górne kończyny. Czegoś mu brakowało, ale nie potrafił dojść do tego co. Miał świadomość, że przed chwilą wiedział więcej, ale to coś było ulotne jak westchnienie. Przyglądał się trzęsącym się palcom, jakby tam była odpowiedź. Ta, która nie chciała nadejść. Spojrzał na przeciwniczkę, której dotąd nie udało mu się dosięgnąć. Wrócił myślami do jej słów. Koniec walki. Pragnął być wolnym od śmierci i decydowaniu kto ma żyć, a kto nie. Nigdy nie pragnął być bohaterem. Chciał być zwykłym dzieciakiem z aspiracjami i wielkimi marzeniami. Co dostał? Szybkie dorastanie, kilkukrotną śmierć ojca i jego wieczną nieobecność. Dostał również wielką przygodę, możliwość spełniania nierealnych życzeń, umiejętność latania i wielką siłę. Wszystko kosztowało — stracił normalne ludzkie życie.

Chciał jeszcze czegoś. Wiedział, że to gdzieś jest, tylko nie umiał oprawić uczucia w słowa. Chwilę mu zajęło, nim pojął, że było to powiązane z tym, czego nigdy nie pragnął. Gdyby miał normalne życie, jak jego koledzy z klasy nigdy nie wydarzyłoby się coś jeszcze. Coś, co było za wielką mgłą. Coś, o czym najprawdopodobniej kobieta nie pozwalała mu sobie przypomnieć.

Odwróciła się do Saiyanina, spoglądając na niego niczym zatroskana matka. Jej wyraz twarzy był łagodny. Son Gohan wpatrywał się w nią z intensywnością, za chwilę poczuł delikatny chłód. Wiedźma podeszła do młodzieńca, z gracją wyciągając w bok prawą dłoń. Delikatnym ruchem palców przywołała swoją laskę z dużym kryształem na czubku, który emanował zielonkawym światłem, jak to które oświetlało mu drogę w krypcie.

Wyłupił oczy, odkrywając prawdę. Przybył tu dla Sary. Nie zamierzał ani walczyć z czarownicą, ani też się z nią dogadywać. Zrozumiał, czego mu brakowało — księżniczki! I wszystko stało się tak jasne. Brakującym elementem układanki był powód, dla którego tutaj się znalazł. Tylko gdzie ona teraz się znajdowała? Ponownie spojrzał na swoje puste ręce i uświadomił sobie, że wcześniej trzymał ją w objęciach. Teraz jej tu nie było. Nie potrafił sobie przypomnieć czy ją gdzieś odstawił bądź ukrył. Wciąż czegoś brakowało w tej łamigłówce.

Seishin wyciągnęła smukłe palce przed tors Gohana. Wyglądało to tak, jakby zamierzała wedrzeć się w jego ciało. Obserwował ją w milczeniu, a gdy była już blisko powietrze wokół niej zafalowało niebezpiecznie. Złapała się za głowę, cicho sycząc z bólu. Wojownik mógł przysięgnąć, że na kilka chwil zobaczył zupełnie inną kobietę; starszą i pomarszczoną. Odniósł wrażenie, że cała ta magia osłabła. Musiał wykorzystać ten moment. Złapał natrętną wiedźmę za lodowatą i kościstą dłoń. Zmrużył w gniewie oczy.

— Gdzie jest Sara?! — warknął, spoglądając jej w oczy.

Kobieta na ułamek sekundy struchlała, widział to. Nie tylko dlatego, że ją powstrzymał przed czymś, ale dlatego, że wypowiedział imię Saiyanki. Jej spojrzenie zmieniło się za chwile w ponure, dosłownie widział, jak błękitne tęczówki ciemnieją.

— Przypomniałeś sobie. Nie... Nie możesz... — wyszeptała, po czym westchnęła. — Jesteś niesamowicie silnym egzemplarzem.

Gohan nie zamierzał słuchać jej głosu. Wyłączył się, w umyśle powtarzając jak inkantację, po co tu przybył. Czas go poganiał, minęło naprawdę wiele godzin od jego przybycia na tę przeklętą planetę. Do tego wszystkiego zgubił Sarę! Musiał działać szybko. Czarownica już tyle razy go przechytrzyła, że był w stanie uwierzyć, że nie dostanie kolejnej szansy i wkrótce podzieli los swojej ukochanej. Do tego gdzieś tam daleko czekali na niego rodzice i przyjaciele, których również czekała nieprzyjemna śmierć.

Zacisnął mocniej palce na nadgarstku, po czym uwalniając swoją moc, pociągnął kobietę ku sobie, jednocześnie szykując dla niej w drugiej dłoni kikōhę. Mącicielka upadła daleko od niego z oszołomieniem. Teraz albo nigdy — pomyślał, po czym wystartował w niebo, by jak najszybciej oddalić się od przeciwniczki. Kiedy uwolnił się spod uroków, skupił się na otoczeniu w nadziei, że gdzieś w pobliżu odnajdzie Saiyankę.

Wylądował na skraju rozpadliny, po czym przykucnął. Musiał się odprężyć i skupić. Potrzebował wykryć iskierkę życia. Dłuższą chwilę mu zajęło skanowanie otoczenia, ale ostatecznie odnalazł KI Sary.

Księżniczka leżała bezwładnie w wąwozie wypełnionym lodowymi szpilami. Tylko cud musiał sprawić, że szczęśliwie upadła nie tracąc życia. Gohan nie miał pojęcia, kiedy ją zgubił, ale musiało to nastąpić w chwili, gdy uciekał przed lodową wiedźmą. Uraczyła go iluzją pustych rąk, jednocześnie wchodząc mu do głowy, by zapomniał, po co tu przybył. To świadczyło o jej zadziwiających zdolnościach, z którymi nie zamierzał się mierzyć. Był przekonany, iż w końcu polegnie.

Ukucnął, a następnie utulił wychłodzoną kobietę do piersi, całkowicie ignorując, jak bardzo sam był zziębnięty. Usłyszał świst, a przed jego oczami pojawiły się czarne buty. W pierwszej chwili pomyślał, że to ta przeklęta wiedźma, lecz później usłyszał spokojny i znajomy głos Whisa:

— Nie śpieszyłeś się.

— Pan także! — warknął, chociaż wciąż szalał w nim lęk.

***

Bezpiecznie opuścili mroczny glob we trójkę. Gohana dopadły torsje w chwili startu, lecz nie mógł się skarżyć. Czuł teraz tak wielkie poruszenie, że nie był w stanie skupić się na niczym innym prócz powrotu do domu. Miał tylko nadzieję, że księżniczka przetrwa ich podróż.

— Czemu pan nie dotarł, gdy ją odnalazłem? — zapytał Saiyanin z pretensją. — Niedużo brakowało, a podzieliłbym los Sary. Ta wiedźma jest naprawdę potężna.

— Nie wolno mi wtrącać się w ludzkie istnienia. Sam musiałeś sobie poradzić z owym położeniem.

Son Gohan zbladł. Wstyd mu się zrobiło. Nie miał pojęcia, że nie wolno było aniołom pomagać śmiertelnikom. Sam fakt, że pomógł mu namierzyć Sarę, stanowił wielki dar. Gdyby tylko wiedział wcześniej, nigdy by nie wyskoczył do niego z takim wyrzutem. Był wdzięczny za to, co otrzymał. Ostatecznie Whis przyszedł po nich i bezpiecznie eskortował do domu, na Ziemię.

— Kim ona właściwie jest?

— Seishin?

Syn Chi-Chi jedynie skinął głową. Nie znał dotąd jej imienia, ale od razu wiedział, o kim była mowa. Miał nadzieję, że już nigdy więcej jej nie spotkają. Chciał jednak wiedzieć, z kim przyszło mu się zmierzyć. Kto wyrządził tak straszną rzecz jego wybrance i dlaczego?

— Cóż... — zamyślił się anioł, nie odrywając spojrzenia od obranej trasy. — To bardzo stara historia...

Wiele wieków temu Kōriwa była zamieszkaną planetą i niewiele różniła się od Ziemi. Charakteryzowała się chłodnym, wilgotnym i wietrznym klimatem.

Seishin odziedziczyła po swojej matce magiczny talent, który musiała ukrywać. Na Kōriwie panowały surowe prawa. Nie wolno było bez wiedzy i zgody tamtejszego władcy korzystać z magii. 

Kobieta młodo wyszła za mąż i powiła dziecko; Córkę, która tak jak ona otrzymała dar.

Wioskowi głupcy w pod wpływem strachu przed okrutnym władcą, który posługiwał się magią ognia, zamordowali rodzinę czarodziejki, gdy ta zbierała zioła na leki dla wioski. Nie udało im się zlikwidować czarodziejki.

Seishin poprzysięgła zemstę, jednocześnie zsyłając na mieszkańców planety klątwę — związała się z ich życiami, powoli wysysając ich żywot. W międzyczasie pokonała panującego czarownika, a z jego magii utworzyła pole ochronne — magiczną barierę, która nie pozwała na odnalezienie planety, za pomącą radarów czy choćby magii.

Przez dekady planeta podupadła, a nienawiść i żal Seishin zmieniło ją w lodowe pustkowie, gdyż z taką magią pierwotnie się urodziła.

Po dziś dzień po pustkowiach błąkają się żywe trupy, mieszkańcy Kōriwy, którzy czekają, aż ktoś skróci ich męki.

Gohanowi nie byłoby żal tamtych istot, gdyby nie fakt, że ucierpiała na tym cała planeta  w tym niewinni. Na samo wspomnienie o nieumarłych przebiegł go lodowaty dreszcz. I wcale nie było to spowodowane zimnym ciałem, które do siebie tulił.

***

Wylądowali bezpiecznie na statku wycieczkowym, gdzie Bulma urządzała uroczystość urodzinową. Na niebie słońce zaczynało znikać w tafli oceanu. Zabawianie Beerusa nie mogło mieć miejsca w gąszczu lasów i wysokich traw, gdzie wzywali Boskiego Smoka. W końcu trzeba było ugościć kocura, jak należy.

Nie zdążyli się nawet dobrze wyprostować, gdy uczestnicy rejsu zbiegli się wokoło przybyłych. Słychać było radosne okrzyki, ciche szepty i wiele, wiele pytań. Gohan nie zamierzał na żadne odpowiadać. Jeszcze nie teraz. Ostrożnie położył wychudłe ciało na ciepłych od słońca drewnianych deskach. Z lubością poczuł na plecach promienie wielkiej gwiazdy. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, że naprawdę był w zimnym świecie, gdy jego skóra zareagowała. Zmrożone odzienie zrobiło się wilgotne, gdy szron się rozpuścił. Spojrzał na ukochaną i z przerażeniem zrozumiał, że w normalnych okolicznościach nigdy by jej nie rozpoznał. Wyglądała, jakby przeszła najstraszniejsze piekło.

Wyniszczona twarz, zapadnięte kości policzkowe, brudna, podrapana i zakrwawiona skóra w kolorze trupiej bieli. W niczym nie przypominała tej dziewczyny, która do niego się uśmiechała w podniebnym pałacu po wygranej walce. Z rozpaczą spojrzał na Whisa. Ona umierała i Gohan o tym doskonale wiedział. Zwłoka była niewskazana.

— Może jej pan pomóc? — wyszeptał, a oczy zaszły mu łzami. — Proszę...

Anioł spojrzał na kobietę z surowym wyrazem, a później na Gohana. Jego twarz w momencie złagodniała. Wyciągnął dłoń przed siebie, tuż nad jej głową. Gohan zesztywniał, przypominając sobie magiczne sztuczki wiedźmy. Jednak czekał. Ktoś taki przecież nie mógł chcieć jej krzywdy. Nie po to przemierzyli wielki kosmos. Sara była ostatnim ogniwem do rytuału, którego od nich oczekiwał Bóg Zniszczenia.

— Mogę wyleczyć jej ciało, ale nie obiecuję nic ponadto — rzekł obojętnym tonem. — Nie jestem też pewny, czy to jest to, czego potrzebujecie.

Gohan nie słuchał dalszej wypowiedzi. Nie interesowało go to, co miał mu do zakomunikowania ochroniarz boskiego bytu. Istotne było jedynie uleczenie księżniczki. Nie tylko on w napięciu oczekiwał tej chwili. Obecni byli tu wszyscy. Stali jak posągi. Vegeta w nadludzki sposób utrzymywał się w jednej pozycji. Wolałby wbiec w syna Gokū i staranować go, byleby przechwycić swoją siostrę. Jednak stan, w jakim się znajdowała, nie pozwalał mu na choćby skinienie palca. Szkarada, jaką przynieśli ze sobą, prawie wcale nie przypominała Saiyańskiej księżniczki.

Jednak odnalazł w sobie dość męstwa, by sprawdzić, czy to ta sama osoba. Ostrożnie zbliżył się i przyklęknął przy zmizerniałym młodzieńcu. Wyglądał, jakby śmierć zajrzała mu do gardła. Gdzie wyście byli u diabła? — zapytał samego siebie. Wyciągnął rękę i najechał nią do kościstej szyi, na której winien znajdować się dowód. Kiedy spód jego dłoni musnął skórę, przeszył go dreszcz. Lodowate i szorstkie ciało było jak martwe. Gdy odnalazł to, czego poszukiwał, z wysiłkiem spojrzał na wątłą buzię młodej kobiety, która przypominała zwiędłą staruchę z zapadniętymi oczami. Chwycił dwoma palcami maleńki sygnet z wyrytym jego mianem. Był to definitywny znak. Ten wrak Saiyanki był jego siostrą.

— Na co czekasz? Ulecz ją! — ponaglił anioła książę. — Nie mamy czasu!

Przed szereg wyszedł Beerus, by doglądać całe przedsięwzięcie. Sam nie mógł się doczekać obiecanej walki na poziomie bogów. Wystarczyło postawić na nogi kolejnego Saiyanina, wykonać rytuał według wskazówek Boskiego Smoka i gotowe. Już nic nie mogło pójść nie tak. Poza przegraną Son Goku rzecz jasna. Kocur ani przez chwilę nie wierzył w wygraną tego zapaleńca. Chciał jedynie sprawdzić poziom mocy kogoś takiego jak Super Saiyanin Bóg.

Anioł tchnął energię uzdrawiającą w leżącą u jego stóp kobietę. Zebrani obserwowali, jak drobinki jaskrawego światła przemieszczają się ze smukłych palców, okalając zniszczone ciało. Jak sucha i zapadnięta skóra nabiera witalności, jak policzki się uwydatniają i nabierają rumieńców. Jak znikają otarcia i większe rany. I na koniec jak zapadnięta klatka piersiowa nabiera kształtów. Tylko brud i zniszczony pancerz pozostały bez zmian.

— Wszystko z mojej strony — powiedział triumfalnie Whis, ustępując miejsca. — Pozostało czekać, aż się ocknie.

Son Gohan z duszą na ramieniu wypatrywał momentu, w którym księżniczka miała odzyskać przytomność. Nie wiedza ile przyjdzie im czekać, sprawiała, że drżały mu dłonie. Sekundy? Minuty? Godziny? Nie miało to znaczenia. Cztery lata czekał na tę chwilę, to co jeszcze mu zostało było jedynie kroplą w oceanie. 

Czas mijał, a Sara się nie wybudzała. Berrusa zaczynało to irytować, jednak na ratunek przyszedł Whis, który proponował bogu drzemkę po posiłku.

Osiemnastka siedziała na krześle wraz z Son Gohanem nieopodal księżniczki, która leżała na stosie poduszek, które pozbierano na statku. Z uwagą wysłuchiwała opowieści młodego mężczyzny, który niespełna godzinę temu wrócił z tajemniczej planety Kōriwa. Zapadł zmierzch. Androidce nie podobała się sytuacja, była pełna obaw. Stan, w jakim odnaleziono jej przyjaciółkę, nie brał się znikąd. Chciała jednak pocieszyć nieszczęśliwca, który bardzo przejmował się przeszłością i teraźniejszością. Sama miała obawy co do przyszłości, jednak postanowiła nie straszyć bardziej już i tak przejętego Saiyanina.

Syn Gokū i Chi-Chi usłyszał ciche westchnięcie, komunikując się z Osiemnastką niewerbalnie swoim odkryciem. Oboje zerwali się z krzeseł, obserwując na bezdechu siostrę Vegety. Młoda kobieta poruszyła palcami u ręki, a następnie się zakrztusiła.

— Budzi się — wychrypiał Gohan.

Informacja pognała lawinowo i za chwilę dookoła poduszkowego legowiska zebrali się wszyscy zainteresowani. Vegeta niczym czołg taranował ludzi, byleby stanąć w pierwszym rzędzie. Wielkimi oczami wyczekiwał najważniejszego momentu w dziejach tej planety — podniesienia się powiek wojowniczki, co nastąpiło parę chwil później. Sara się wybudziła.


31 grudnia 2025

*116. Planeta, której nie ma na mapach

Muzyka

Dla zdesperowanego młodzieńca to była jedyna słuszna odpowiedź. W chwili, gdy postanowił zapytać, a wręcz prosić o pomoc był skłonny nawet poświęcić własne życie. Na szczęście nie musiał, Whis zgodził się nader szybko. Zbyt szybko. Gohana winno to niepokoić, lecz był zbyt podekscytowany i jednocześnie zszokowany, by zaprzątać sobie takimi drobiazgami głowę.

— Czy zatem możemy ruszać w drogę? — zapytał lekko onieśmielony. Nie wiedział, jak ma zwracać się do szczupłego mężczyzny. — Panie... Wish?

— Jestem Whis — poprawił syna Gokū, lekko się uśmiechając.

Księciu Saiyan chwilę zajęło poskładanie informacji do kupy. Był także dość pokiereszowany, po starciu z bogiem i ból wszystkiego grał pierwsze skrzypce. Gdy pojął, co właściwie się wydarzyło, na moment odpłynęła mu krew z twarzy — pobladł, a jego nogi zadrżały. Sara, jego maleńka i wkurzająca siostra została... Zlokalizowana?

— Ty chyba nie myślisz, że pozwolę ci po nią polecieć! — Vegeta zagrzmiał, gdy oprzytomniał. — To moja siostra!

Nie tylko Son Gohana zaskoczyła postawa Saiyanina. Mężczyzna jakby odżył, nabrał siły — puścił wspierającą go dotąd na ramieniu żonę i z pełną nieustępliwością na twarzy oraz zaciśniętą pięścią niemalże podbiegł do chłopaka.

— To moja siostra! — powtórzył w amoku. — Kapujesz?!

Dopadł młodego Saiyanina, zaciskając pięści na eleganckiej koszuli, jednocześnie wyciągając ją ze spodni. Książę na myśl o możliwości sprowadzenia Sary do domu może i odzyskał siłę, lecz stracił rozum. Chociaż wiedział, jak ważna była dla syna Gokū jego młodsza siostra, to nie wyobrażał sobie, by to właśnie on mógł dostąpić tej niebywałej misji. Myśl, że za chwilę miałby sposobność odzyskać członka rodziny, była mocno oszołamiająca.

Gohan nie krył zaskoczenia. Zachował jednak zimną krew. Potrafił zrozumieć zachowanie mężczyzny. Gdyby chodziło o jego ojca, również z zaciętością walczyłby o miejsce w pierwszym szeregu. Nie chciał walczyć z Saiyaninem. Jego jedynym pragnieniem było odzyskać to, co wszechświat uznał za stracone. A musiał pamiętać, że i Vegeta utracił Sarę.

Son Gohan pochylił głowę na znak, że odpuszcza. Wycofał się o krok. Jego serce szaleńczo biło, a on niczym posąg postanowił zatrzymać swoje emocje. Musiały jeszcze poczekać. Nie mniej najważniejsze było sprowadzenie księżniczki. Kto ostatecznie by to uczynił, nie miało już większego sensu. Nie mógł narażać dobroci tajemniczego towarzysza Boga Zniszczenia.

Gokū podszedł do swego syna, kładąc silną dłoń na jego ramieniu. Chciał w jakiś sposób dać dzieciakowi nadzieję, krzty otuchy. Jego potomek może i był młody, ale zdecydowanie prawdziwie zakochany.  Z czasem zrozumiał, że było coś na rzeczy. Było mu go potwornie żal, chociaż Gohan nigdy się nie żalił z tego tytułu. Sam wziął ślub z Chi-Chi mając zaledwie osiemnaście lat i nie miał pojęcia o wszelkich uczuciach! Obiecał nowo poznanej koleżance zaślubiny z myślą o czymś smacznym. Był jednak rad, że dotrzymał słowa — ostatecznie wesele oznaczało górę pysznego żarcia. I uwieszoną na ramieniu kobietę. Dziś jednak był zupełnie innym Saiyaninem niż wtedy. Teraz wiedział, że gdyby nie poznana później miłość nie stałby obok własnego syna. Dorosłego mężczyzny, który mierzył się z najgorszym uczuciem świata — złamanym sercem. Nie potrafił pocieszyć dwudziestojedno latka, tak jakby tego potrzebował. Niemniej chciał być przy nim. Wiele lat go nie było, tak wiele stracił... Nie mógł oglądać, jak dorasta, jak ewoluuje, jak staje się silniejszy i przede wszystkim dojrzalszy. Jedynie co mógł to być. Obok.

Młody mężczyzna na moment uchwycił spojrzenie ojca. Było to dla niego nie lada pocieszające, chociaż starał się nie okazywać w tej chwili uczuć i gigantycznego zawodu. Chciał choć przez chwilę uchodzić za twardziela, którym nigdy nie był, a którego oczekiwali od syna Gokū. Nie mniej dodawał otuchy fakt, iż stał tuż obok niego. W czasie, gdy jego świat stawał się mocno niestabilny. Dotąd rozsypany, teraz starał się stawiać pierwsze krokwie stabilizacji, ale czy miały one być trwałe? Tego jeszcze nikt nie mógł przewidzieć.

Obserwował, jak Vegeta z wypiętą piersią podchodzi do towarzysza niszczycielskiego kocura. Jak z pewnością nakazuje, by ruszać w drogę. Jednak zaraz wydarzyło się coś, czego nie potrafił zrozumieć. Whis z kamienną twarzą spogląda na księcia ułamek sekundy, a następnie z niewzruszoną miną podchodzi do niego, silnie stawiając laskę na trawie. Ich spojrzenia się ścierają, jednak Gohan nie potrafi niczego wyczytać z lawendowych oczu. Nie śmiał nawet zabrać głosu.

— Czas nagli, młodzieńcze — mówi anioł z kamienną twarzą, aczkolwiek miękkim głosem.


— To są jakieś kpiny! — warczy Vegeta, w momencie się aktywując. — To moja siostra i ja polecę!

Wydawać się mogło, że książę planował złapać smukłego przybysza, by ten spojrzał mu w twarz i pojął istotę sytuacji i kto ostatecznie rozdaje tutaj karty. Białowłosy jednak nie wyglądał na kogoś, kto by się przejmował wybuchowością Saiyanina. Zdążył się w okamgnieniu usunąć z drogi, co ostatecznie postawiło wojownika w mało poważnej sytuacji, gdy niemal się potknął o... powietrze

— Ja decyduje kto ze mną poleci — rzekł zimnym tonem Whis, jednocześnie mrużąc oczy. — Ty, książę Vegeto zadbasz o Boga Zniszczenia pod moją nieobecność

Brat Sary warknął pod nosem, jednak nie śmiał się sprzeciwiać, gdy jego spojrzenie zrównało się z Beerusem. Z bogiem nie miał szans i to wiedział na pewno. Pod żadnym pozorem nie zamierzał go rozgniewać. Nie, teraz gdy jego siostra miała wrócić. Zaciskając pięści, jednocześnie powarkując, ustąpił. Anioł jedynie na to dystyngowanie odchrząknął

— Czas nagli młody Saiyaninie — powtórzył się Whis. — Połóż swą dłoń na mych plecach i pod żadnym pozorem nie puszczaj, gdyż możesz się zgubić

Na tę uwagę Gohan nieco struchlał. Nie miał pojęcia jak będzie wyglądać ich podróż, a myśl, że mógłby gdzieś przepaść... Nie napawała go optymizmem. Śmiał twierdzić, iż musiało wiązać się to i ze śmiercią. Ostatni raz spojrzał na swego ojca, który uśmiechnął się serdecznie.

— Znajdź ją — rzekł z pewnością Gokū.

Saiyanin z nieśmiałym uśmiechem skinął głową, jednocześnie zamykając oczy. Nie zamierzał zawieść Vegety, a już na pewno nie siebie. Wiele lat zajęło mu, by znaleźć się w tej chwili. Oddałby życie za powodzenie tej misji. Westchnął ciężko, po czym zwrócił się do księcia:

— Sprowadzę ją do domu.

Niedoszły król Saiyan jedynie prychnął. Jeszcze mu nie przeszło, że to właśnie jego wybrał tajemniczy towarzysz boskiego kota. Son Gohan udał, że nie widzi tego oburzenia, które był w stanie zrozumieć. Nie chciał napinać i tak już nazbyt naciągniętej struny. Rzucił jeszcze jedno szybkie spojrzenie po niepewnych towarzyszach. On sam nie wiedział, czy nie wybierał się na samobójczą misję. Ale co miał czynić? To była dla nich ostatnia deska ratunku. Albo spróbuje odzyskać Saiyankę, albo cała Ziemia przestanie istnieć.

Tak jak mu polecono, stanął za niezwykle wysokim i smukłym Whisem. W chwili, gdy tylko położył dłoń na bordowym, fantazyjnie złoconym odzieniu wokół nich utworzył się złocisty krąg, a następnie z niego eksplodowały tysiące iskier, które zatańczyły, jakby co najmniej chciały ich spalić żywcem. Zlękniony syn Chi-Chi zamknął powieki. Nic podobnego się jednak nie wydarzyło. Nie czuł bólu, a jedynie charakterystyczne ciepło energetyczne. Gdy podniósł powieki byli już daleko od miejsca startu. Gdzie? Nie miał pojęcia, bał się zapytać, jakby słowa mogły zdezorientować jego towarzysza drogi i spowodować... coś? Coś, o czym nie śmiał nawet myśleć.

Mijały sekundy, minuty, a jedyne co widział to jaskrawą biel przed i za sobą. Obracał głową ostrożnie, z obawy, że straci połączenie z Whisem i tak jak go ostrzegał — źle się to dla niego skończy. Z chwili na chwilę napięcie mijało, a w jego głowie narastało jedno wielkie pytanie. W końcu musiał przerwać milczenie.

— Dlaczego ja? — zawołał, chcąc wybić się z szelestu ich nadwyraz magicznej podróży.

Dotąd nieruchomy  Whis drgnął, co zmieszało młodzieńca. Skarcił się w duchu za pytanie. Międzywymiarowy podróżnik cicho mruknął, jakby powstrzymał śmiech. Trwało to zaledwie sekundę.

— Uważasz, że źle wybrałem? — odpowiedział pytaniem.

— Tak, to znaczy nie... To... Bo... Ja... — wybełkotał Saiyanin.

— Wybrałem cię, ponieważ to ty mnie o to prosiłeś. Ponieważ widziałem w tobie wielką determinację i myślę, że to coś ważnego. Przynajmniej dla ciebie — wyjaśnił rzeczowo Whis. — Co do księcia Saiyan, cóż. Jemu należała się odrobina dyscypliny. To idealny towarzysz dla naszego drogiego pana Beerusa. Pokora będzie nader wskazana.

Młodzieńcowi na moment wykwitł uśmiech na twarzy. Vegeta świetnie się sprawdził poprzednim razem w próbie ugoszczenia niesfornego boga. A on razem z nim niezdarnie w tym trwał. I w jakimś stopniu także uważał, iż taki prztyczek w nos bratu księżniczki się należał.

— To bardzo zagmatwana historia — ciężko westchnął Gohan. — Kilka lat temu wydarzyło się coś, co nie powinno było mieć miejsca. Sara... Ona uciekła. Nie pozwoliła mi na wyjaśnienia...

Trener i jednocześnie opiekun Boga Zniszczenia nie zamierzał przepytywać młodego mężczyzny. Nie dlatego, że wyczuwał ból w jego głosie, ale nie zwykł wtrącać się w życie śmiertelników. Jego rola sprowadzała się do kontrolowania pracy swojego podopiecznego. Po prawdzie nie wolno były mu ingerować w świat. 

— Będziemy ma miejscu za jakieś dziesięć minut.

Czarnooki nie miał pojęcia, ile trwała ich podróż, ale mógł przysiąc, że nie więcej niż dwadzieścia minut. Może mniej? Był niesamowicie szybki. Czy pod płaszczem oazy spokoju i kultury krył się być o równie wielkiej sile co ta, Boga Zniszczenia? Gohan nie zamierzał się dowiadywać. Jeśli mógł skorzystać z pomocy, tyle mu wystarczało.

W chwili, gdy poczuli ziemię pod stopami, dosięgnął ich ostry, wwiercający się w skórę chłód. Son Gohan zatrząsł się, mimowolnie obejmując się rękoma. Anioł stał niewzruszenie na nagłą zmianę temperatury. Spojrzał w lewo, później w prawo, a na koniec odwrócił się do towarzysza drogi.

— Chyba zapomniałem, jaka tu panuje mroźna atmosfera — zdawał się zamyślony.  — Dalej pójdziesz sam. Miej nadzieję odnaleźć tę, której poszukujesz.

— Mogę zapytać, jak cię odnajdę? — Jego oddech stał się widoczny.

— Ja robię to za ciebie, gdy będziesz gotowy — zapewnił Whis. — Jednak się pospiesz.

Po tych słowach raz jeszcze się rozejrzał. Jego tajemnicza postawa była niepokojąca. Gohan nie wiedział, czy miał się bać, czy po prostu mieć się na baczności. Rozumiał jedno — misja zaczynała się tutaj i musiał odnaleźć księżniczkę samotnie.


Saiyanin ruszył powoli przed siebie. Dookoła panowała głucha cisza, tak przeszywająca, że aż zadrżał i to wcale nie dlatego, że było mu zimno. Mrok, jaki go otaczał, sprawiał, iż czuł się malutki i nic nieznaczący. Jeśli tutaj miał odnaleźć swą ukochaną, to na samą myśl dosięgała go trwoga. Czy ktoś był w stanie przetrwać tu tyle lat i nie stracić zmysłów? On miał nieodparte wrażenie, że dosięga go przerażenie, a zaledwie przemierzył może z dwieście metrów? Cokolwiek zatrzymało Saiyankę w tym miejscu, musiało być złe — do takich doszedł wniosków. Czuł się także obserwowany.

Im dalej się przemieszczał, tym bardziej żałował, że jednak nie trafił tu bezduszny i nieustraszony Vegeta. Jego nic praktycznie nie ruszało, a w swym życiu przemierzył niezliczoną ilość planet i kolonii. Dlaczego, nie postawił na księcia?

Po czasie przystanął, szukając jakiegoś punktu odniesienia. Lodowe podłoże, ostry chłód i wieczna ciemność, chociaż nie do końca. Przecież widział otoczenie, ale tylko w promieniu kilkunastu stóp przed sobą. Czy była to sprawka jakieś magii? Czy iluzją mroku był wszechobecny lód? Cokolwiek to było nie pozwalało Gohanowi trzeźwo myśleć. Odnosił wrażenie, iż zaczyna panikować, a dopiero co był pełen determinacji. Czy to była jakaś próba? Czy to dlatego Whis nie zamierzał mu pomagać?

Mężczyzna wziął oczyszczający wdech, a następnie powoli wypuścił nadmiar powietrza. Musiał się skoncentrować. Zakrztusił się. Powietrze był paląco zimne. Dosłownie czuł, jak zimno niczym lodowe igły wbija się w rozgrzane gardło. Przybył tu tylko w jednym celu, a jedyne co dotąd uczynił to jedno wielkie nic. Zamknął oczy, usiłując skupić się na otoczeniu. Nic. Dlaczego nic? Wszakże musiał coś wyczuć. Niczego jednak nie potrafił zlokalizować. Otaczała go bezkresna nicość. Jakby... Nikogo tutaj nie było. Dlaczego więc Whis wysłał go właśnie tutaj? A może jego baza danych była błędna? Gohan nie mógł w to uwierzyć. Przecież nigdy dotąd nie słyszał o tej planecie. Wierzył, że istnieje i miał wrażenie, że gdyby teraz poprosił Boga Światów o wskazanie jej na ich mapie, potrafiłby ją bezbłędnie wskazać. Skoro nigdy nie pojawiła się w planie poszukiwawczym, oznaczało, że musiała być niezamieszkała. Albo... Ukryta? A może to była jakaś gra? W końcu przegrali z Beerusem.

Kolejny niebezpiecznie przerażający dreszcz przeszedł ciało młodego dorosłego. Im dłużej tu przebywał, tym bardziej go to przytłaczała. Uznał, że to był jakiś znak. Zacisnął pięści i ruszył przed siebie — gdziekolwiek by to nie było. Kiedyś musiał wreszcie na coś natrafić. Po godzinnej wędrówce przez pustkowia trafił na resztki starej cywilizacji. Pojedyncze pokruszone kamienne bloki zdradzały, że kiedyś musiało być tu jakieś życie. Bardzo, bardzo dawno temu. Ta planeta wyglądała, jakby cały wszechświat o niej zapomniał. Od razu przypomniała mu się jej kuzynka Vitani. Ale nie, tam przynajmniej jakieś życie było. Jedak, jeśli chodziło o podobieństwa... Vitani była gorąca do utraty tchu.  Kōriwa zaś miażdżyła swoim morderczym chłodem.

Z daleka coś wypatrzył. Ruszył w tę stronę, a gdy znalazł się w samym środku niedbale powbijanych i mocno spróchniałych pali zrozumiał, iż znalazł się na cmentarzysku. W podobny sposób Namekanie chowali swych zmarłych. Pamiętał, gdyż sam pomagał małemu Dende'mu chować jego pobratymców po najeździe na Namek sił Freezera. Nim jednak ruszył dalej, usłyszał jakiś dźwięk. Jakby pękający lód. Rozejrzał się, lecz niczego nie dostrzegł w tym półmroku. Nigdzie nie wyczuwał także energii. Jeśli Sara gdzieś tam była musiała być nieprzytomna. Nie mogła być martwa. Whis mówił, że żywi nie mogą się przed nim ukryć.

Zanim zdążył pomyśleć o dalszej drodze, coś złapało go za nogę. Zupełnie jakby wyrosło spod ziemi, a on nie zdążył wyczuć trzęsienia. Nie wychwycił zbliżającego się zagrożenia. Jak?! Z przerażeniem i obrzydzeniem wyrwał się z kościstej i jednocześnie zmrożonej z odłamkami niegdyś gnijącej skóry dłoni. Wyrwał mu się również okrzyk z gardła. Zaraz zobaczył, jak domniemane cmentarzysko pęka, a spod grubej warstwy lodu wychodzą stwory przypominające w minimalnym stopniu humanoidalne istoty. W momencie zrobiło mu się niedobrze. Na całe szczęście poza palącym nozdrza mrozem niczego nie czuł. Wyglądały jak cholerne zombie!

Gohan bez zastanowienia posłał parę pocisków w stwory, które bezskutecznie i koślawo usiłowały go złapać; nie potrafiły latać tak jak on. Gdy kodowa chmura i miniaturowe igły zimna opadły na podłoże, mężczyzna dostrzegł, że roztrzaskane potwory jak za dotknięciem różdżki składają się do kupy, ponownie usiłując go dosięgnąć. A wszystko w akompaniamencie niemiłych pomrukiwań. Nieumarli zdecydowanie nie byli obiektem jego zainteresowań.

Uleciał daleko, w nadziei, że więcej nie trafi na zbiorową mogiłę, którą mógłby kolejny raz zbezcześcić. Trupy niczego mu nie uczyniły. Były historią tej planety i winny pozostać tak samo zapomniane, jak sama planeta. Oczywiście dopiero po tym, jak odnajdzie księżniczkę. Nie chciał, by i ona stała się stworem tego świata. Na samą myśl dopadło go paniczne przeświadczenie, że jest to bardzo prawdopodobne. Tym bardziej musiał ją odnaleźć. I to jak najszybciej. Czy właśnie dlatego nie potrafił jej odnaleźć?

Cokolwiek znajdywało się jeszcze na tej mrocznej planecie, nie chciało być odnalezione. Może wręcz przeciwnie? Bawiło się z nim, szukało uwagi, a jednak kazało się wysilić. Cokolwiek to było, Gohan nie czuł się dobrze w tym miejscu. Działało na niego przytłaczająco, a im dłużej trwał w zimnie i ciemności, tym bardziej czuł się bezradny. Przestawał wierzyć w cel swojej misji. Wątpił w we wszystko, co widział, co znał i co go otaczało.

Po jakimś czasie odniósł wrażenie, że jest znużony. Usiadł na zmrożonym podłożu, lecz po chwili zerwał się niczym oparzony. Zimno było zbyt silne, ale zmęczenie także. Zdjął marynarkę, po czym niedbale rzucił ją na oblodzoną podłogę i ponownie usiadł. Przenikliwe zimno nużyło go coraz mocniej. Powoli odpływał, ale tak bardzo potrzebował odpocząć, zdrzemnąć się. Otaczającą go ciemność tylko potęgowała tę chwilę. Jego powieki stały się ciężkie, a gdy tylko je zamykał, miał wrażenie, że dosłownie znikąd pojawiają się sny. Dziwnie miłe i bardzo realistyczne.

Sara. Tyle wystarczyło, by jego serce zabiło mocniej, a organizm nabrał mocy do życia. Zerwał się z nieprzytomności do tego stopnia, że upadł na czworaka. W ułamku kilku sekund dotkliwie odmroził sobie dłonie, co zmusiło go do ekspresowej pionizacji. Na chwilę zamknął oczy, usiłując sobie przypomnieć, co właściwie się wydarzyło. Spojrzał na swój zegarek, w którym krył się jego strój Saiymana — bohatera Ziemian, którego autorem imienia była księżniczka. Sara! Tak, po to tu przybył! I gdyby nie to, że pod powiekami zobaczył jej uśmiechniętą twarz, to prawdopodobnie zasnąłby tu na zawsze. Ostatecznie kończąc jak zombie z cmentarzyska.

Otwartymi dłońmi poklepał się po policzkach — W ten sposób chciał się pobudzić, obudzić. Cokolwiek! Prawie się poddał albo ktoś go do tego zmusił. Dla niego oznaczało to tylko jedno — był na dobrym tropie. Sara gdzieś tam była i prawdopodobnie potrzebowała jego pomocy. Z determinacją rozejrzał się po okolicy, ale jak poprzednio niczego nie dostrzegł. Bezkres nicości był nie tylko przytłaczający, ale i bardzo irytujący. Jeśli był to jakiegoś rodzaju test, musiał go przejść, by dotrzeć do celu. Obiecał sobie. Obiecał Vegecie. Obiecał Sarze, nawet jeśli o tym nie wiedziała.

Przemierzał kilometry, mijając zgliszcza ledwo dostrzegalnych wiosek, zamarzniętych jezior, rzek skał. Omijał wzniesienia, jak i siedliska palików oznaczających cmentarzyska; Nie miał zamiaru kolejny raz oglądać martwych-żywych. Przemierzał bezkres martwej planety, na której nikt nie miał prawa przetrwać. Jak zatem Sara mogła? Może wcale nie trafiła tutaj cztery lata temu? Miał nadzieję, że nie i dlatego była tak nieuchwytna. A może nie chciała być znaleziona, tak jak kiedyś jego ojciec odmówił wskrzeszenia? Miał nadzieję, że tak właśnie było... Przebywanie w tym świecie zdawało się toksyczne dla umysłu. Sam nie radził sobie z tym miejscem, a spędził tu zaledwie godzinę.

Wreszcie zauważył coś wyróżniającego się w tym ponurym otoczeniu. Coś... Przyciągającego. Z niezrozumiałą trwogą rozejrzał się po okolicy. Czuł się obserwowany. Może był to po prostu Whis? W końcu mówił, że będzie wiedzieć, kiedy ten znajdzie swą zgubę. To musiało być to. Potrzebował samopocieszenia. Szedł powoli jakby w transie. Ilekroć chciał przyspieszyć, coś podpowiadało mu, by tego nie robić. Spojrzał ku ziemi spękanej i niebezpiecznie kruchej. W ogóle nie powinien był iść. Uniósł się kilka stóp nad wątpliwą powierzchnię, nie zmieniając obranego kursu.

Kiedy wreszcie dotarł do celu, mocno się zdziwił, gdy wielka góra okazała się jakąś budowlą. Nie tak leciwą, jak te które mijał, ale również zniszczoną czasem i zapomnieniem. Przyłożył rękę do poniszczonej kamiennej przypory i nim zdążył ją dotknąć, poczuł jej niesamowicie bolesny chłód. Automatycznie cofnął dłoń, a następnie przyłożył do ust, by ogrzać ją i tak już wychłodzonym oddechem. Przed sobą nie zobaczył niczego. Taka sama pusta otchłań jak wszędzie. A jednak dwa filary nie dawały młodzieńcowi spokoju. Kto stawia filary na wzniesieniu, tuż nad wielkim kraterem? Jeśli Sara gdzieś była, to musiała być ukryta. Tylko jak ukryć się na planecie, na której wydaje się, że nic nie ma?

Gohan już miał się wycofać i ruszyć w dalszą podróż, ale coś nie dawało mu spokoju. Skoro czuł się przyciągany, dlaczego niczego nie znalazł? Czemu to miejsce przypominało jak każde inne, choć z daleka zdawało się inne? I ten dziwny, metaliczny chłód. Tak strasznie nienaturalny. Jakby... Jakby... Coś się za tym kryło. Może kiedyś było tu coś ważnego? Wziął powolny wdech, jednocześnie zamykając oczy, a potem przestąpił za postumenty. Jeśli zacznie spadać, po prostu wzleci. Gdy poczuł zamiast ziejącej pustki grunt pod eleganckim butem, otworzył oczy. To, co do tej pory było po prostu dziurą, zaczęło się magicznie rozpraszać. Jakby dotknął mistycznej mgły. Przed oczami stanęło mu znacznie więcej postumentów, które przekroczył. Przytłoczyła go czerń, jeszcze dotkliwszy chłód oaz coś, czego nie potrafił jednoznacznie określić.

Zestresowany nadnaturalnym pojawieniem się niemal doszczętnie zrujnowanej, aczkolwiek zamkniętej przestrzeni rozejrzał się, jednocześnie kilkukrotnie się obracając. Zacisnął pięści, wyczekując wroga. Ktoś musiał z nim pogrywać i zdecydowanie nie był tym kimś Whis. Nie mogła być to też Sara. Ona nie miała takich zdolności. Mimo upływu lat nie potrafiłby jej z nikim pomylić, był tego pewien.

— Jest tu ktoś? — zawołał w eter. — Saro? Jesteś tutaj? SARO!

Odpowiedziało mu echo. Przerażający rezonans pustkowia. Mimowolnie objął się ramionami, lecz zaraz wrócił do gardy. Cokolwiek się tu chowało, nie mogło być tylko żartem. Przymknął powieki, gdy zrozumiał, że one mogą go okłamać po raz kolejny. Zaczął oddychać powoli, acz nie zbyt płytko. Usiłował uspokoić umysł, który toczył z samym sobą konfrontację od bardzo dawna. Jednak tu, na tych mrocznych ziemiach mózg wręcz zmuszał go do ciągłej walki. Gohan począł być zmęczony tym chaosem, który jak się wydawało, toczył się w jego umyśle.

— Saro! — nawoływał nieco ciszej, a jego zęby zaszczękały. — Jest tu kto? Wiem, że tu jesteś!

Nie miał pojęcia czy była właśnie tutaj, ale na pewno ktoś musiał kryć się w tym zamaskowanym miejscu. Planeta była wymarła, a jednak miała swoje tajemnice. Skoro ktoś pofatygował się o miraż, miał coś do ukrycia. Musiał to odkryć. Wytężył wzrok, ale w niczym to nie pomagało. Powinien był podejść do tego inaczej. Spiął mięśnie, pomyślał o tym, po co tu przybył i że nie chodziło jedynie o Sarę, ale i o losy całej planety, na której się wychował. Ustabilizował energię, a następnie uwolnił ją, by zalśnić złotem. Mrok pojaśniał, a jego oczom ukazała się zniszczona krypta pełna porozrzucanych szczątków.



Jakby zewsząd usłyszał dźwięk, którego położenia nie potrafił odszyfrować. Jego wewnętrzny spokój został zaburzony, ale tylko na oka mgnienie. Omotany mirażem był w stanie wyrwać cel, wyrzucając w tym kierunku podmuch KI. To wystarczyło, by powietrze niebezpiecznie zadrżało. Niewidzialna powłoka została zrzucona. Jego oczom ukazała się wysoka postać w błękitach i bieli. Wyglądało, jakby KI jej nie dosięgnęła, tylko usunęła tarczę niewidzialności.

— Kim jesteś! — ryknął Gohan, celując weń palcem.

Jego postać otoczona była płomiennymi wyładowaniami, które dodawały mu w tej scenerii nie tylko siły, ale i pewności siebie. Nawet jeśli Saiyanin tak się nie czuł, to tak został odebrany.

— Tyś wtargnął do mojego domu — odpowiedziała postać cichym, melodyjnym głosem. — Kto zakłóca mój spokój?

Pytanie nieco zbiło Son Gohana z pantałyku. Zacisnął ponownie pięści. Na tyle mocno, by przywrócić zmysły, które usiłowały gdzieś się ulotnić. Skupił wzrok na tajemniczej postaci, która ewidentnie musiała być kobietą. Z daleka ciężko było mu wywnioskować coś więcej. Szalejąca energia, nie pozwalała mu dostrzec więcej, więc ją uspokoił, wciąż pozostając w pierwszym stadium transformacji.

Tajemnicza kobieta z niebanalnie zdobioną koroną na głowie, przypominającą szkło, lód, a nawet przeplatający się pomiędzy błyszczącymi paciorkami i lodowatymi szponami, biały jak śnieg metal — śmiercionośne ciernie. Gohan domyślił się, że była to władczyni tych nieprzyjemnych włości. Dostrzegał jej lodowate, połyskujące ciało zdecydowanie różne od napotkanych trupich humanoidów, o sterczących jak kłącza włosów.

Pani włości z wysoko podniesioną głową poczęła krążyć wokół Gohana, z zachowaniem dotychczasowej odległości. Mężczyźnie zdawało się, że ta się uśmiecha w bardzo niebezpieczny bądź chytry sposób, a zaraz jej wyraz twarzy okazuje się stonowany niczym maska. Z sekundy na sekundę nie był pewien czy tylko mu się wydawało.

— Jesteś pełen energii, młodzieńcze — wyszeptała ponętnie. Stanęła na moment tyłem, a jej czarny, oszroniony płaszcz zsunął się, ukazując skrojone na miarę plecy. Wyglądała jak krucha panienka.

Son Gohan przyglądał się całej scenie z uwagą, szukając czegoś, co mógłby nazwać czerwoną lampką. Nic jednak nie wypatrzył poza idealną sylwetką i kuszącym głosem urodziwej kobiety niemal wyrzeźbionej z lodowca. Przełknął ślinę, jednocześnie czując, jak zaczynają płonąć mu policzki. Odwrócił wzrok.

— Szukam... Ja... — chrząknął onieśmielony. — Szukam kogoś... Przyjaciółki.

— Szukasz przyjaciółki? — wyszeptała, podchodząc bliżej. — Jesteś pewien?

Gohanowi serce zabiło mocniej. Skąd wiedziała? Czy na pewno wiedziała? A może to była po prostu jego naturalna reakcja? Stres... Nikomu oficjalnie nie zdradzał, jak bardzo mu zależy. Skąd mogłaby wiedzieć to jakaś otaczająca się mrokiem kobieta? W dodatku na planecie, o której nawet słońce zapomniało. Postanowił przemilczeć jej zaczepne pytanie.

— Jak się tutaj znalazłeś przystojniaku? — jej uwodzicielski głos podrażnił jego ucho. — Zdradź mi swoje imię.

— Na imię mi Son Gohan i poszukuję pewnej dziewczyny — wyznał od razu, chociaż nie zamierzał. — Ja... Muszę ją odszukać. Wiem, że tu jest.

Kobieta uwodzicielsko westchnęła, jakby rozumiała o czy mówił młodzieniec. Obeszła go, jednocześnie przykładając palec z długim, aczkolwiek elegancko wyglądającym paznokciem przypominającym zmrożone łzy do ciała. Pomruczała chwilę. Zdawała się nad czymś zastanawiać. Było to dla Gohana niepokojące. Jednakowoż nie potrafił niczego zrobić, jakby coś go powstrzymywało.

— Nie znajdziesz tutaj nikogo — wyszeptała z nutą smutku. — To wymarła planeta.

— Zauważyłem. Wiem, że Sara tutaj jest. Mam informację. — wypalił szorstko. — Nie przegonisz mnie swoimi iluzjami. Nie odejdę bez Sary!

— Jesteś zawzięty. Dobrze więc. — warknęła, a jej twarz pociemniała. — Zdradź mi, czego pragniesz. Widzę, że twoje serce wwierca się mrok.

Gohana nie przestraszyła zmiana tonu tajemniczej kobiety, lecz to, co w pewnym stopniu odkryła. Jego dusza była pokruszona, ledwo trzymał się przez te kilka lat na nogach, z trudem oddychał. Jakim cudem wiedziała to wszystko? Widzieli się zaledwie kilka chwil. Nawet jeśli go obserwowała już wcześniej, to nie mogła niczego dostrzec. Z nikim o tym nie rozmawiał. Czy potrafiła czytać w myślach? Niewątpliwie...

— Pragnę, byś skończyła z tymi sztuczkami! Iluzją mnie nie przekupisz! — warknął, odpychając białowłosą od siebie. — Gdzie jest Sara?!

Wiedźma upadła, srogo łypiąc na muskularnego Saiyanina. Od razu zauważyła podobieństwo, więc wiedziała, po co przybył. Nie zamierzała jednak oddać tak łatwo swojego cennego gościa. A to, że przybysz był w stanie oprzeć się jej uwodzicielskim czarom, sprawiło, że jeszcze bardziej zapragnęła zarzucić wędkę.

— Widzę twój ból, Son Gohanie. Mogę sprawić, że zniknie. — Podjęła rękawicę, tworząc wokół siebie mistyczną aurę. — Pozwól, że ci go odbiorę.

Urodziwa lodowa wieszczka z gracją się podniosła, nie tracąc kontaktu wzrokowego z celem. Nie miała zamiaru przegrywać. Nigdy. Poprawiła czarną, jednakowoż przyprószoną szronem ciężką pelerynę i powoli wyciągnęła rękę z na wpół otwartą dłonią wnętrzem do góry przed oblicze intruza. Zgrabnie wskazującym palcem zachęciła go do zbliżenia się.

Gohan ani drgnął. Obserwował kobietę spod zmrożonych oczu. Cokolwiek miało się wydarzyć, nie zamierzał przegrać. Przybył tutaj tylko w jednym celu i domyślał się, że Whis nie da mu nieograniczonego czasu. Doszedł nawet do wniosku, że jeśli nie upora się z misją w ciągu nieokreślonego czasu, ten zostawi go w tym złowrogim świecie na pastwę mrocznej czarodziejki. 

— Zdradź mi swoje pragnienia.

— Moje pragnienia? — zdziwił się młodzieniec.

Niestety im dłużej się opierał, tym bardziej był świadom, że nie jest w stanie niczego osiągnąć. Winien zagrać na jej zasadach i być gotowym na wszelkie zwroty akcji. Musiał w jakiś sposób dotrzeć do księżniczki. I chyba wpadł na pomysł.

 — Pragnę odnaleźć bliską mi osobę, która parę lat temu uciekła właśnie tutaj — wyjaśnił ostrożnie. — Wiem, że tutaj jest, a ty ją przede mną ukrywasz.

— Jesteś pewien?

Zatoczyła kolejny krąg, w nadziei, że uda jej się wyczytać coś z tych seledynowych oczu. Dotknęła palcem jego umięśnionego torsu, ukrytego pod jasnoszarą koszulą. Wyglądał apetycznie, był pełen wigoru. Idealny wręcz, by zawalczyć. Ktoś, koło kogo nie można było przejść obojętnie.

— Jak tego, że tutaj stoję — wycedził przez zęby. Wiedział, że musi grać, choć bardzo tego nie chciał.

Miał ochotę złapać tę przeklętą kokietkę i rzucić nią o filar. Zdawał sobie jednak sprawę, że jeśli to uczyni, może ją zranić, a ta w najgorszym wypadku ukryje się, a tym samym informacje na temat Sary zostaną pogrzebane. Im jednak bardziej wystawiała go na próbę, tym gorzej się z tym czuł. Nie interesowała go, nie podobała mu się, a mimo to jego organizm twierdził co innego. Domyślił się, że skoro potrafi tworzyć miraże, to na pewno także mąci mu w myślach. Czy zatem sam miał szansę oszukać jej umysł? Chciał, ale nie był pewien czy podoła.

— Wiem, że czegoś chcesz w zamian. Co mogę ci dać, byś ty wypuściła Sarę?

— Wypuściła? — zapytała, udając bardzo niewinną. — Nikogo nie przetrzymuję tu na siłę.

— Tego nie powiedziałem — poprawił się naprędce. — Czy możesz powiedzieć, gdzie ona jest? Tylko tego pragnę. Pragnę tego najmocniej... Ja... Chcę zabrać ją do domu...

— Do domu? — szepnęła wiedźma, chwilę się zastanawiając. — Mogłabym odesłać ją do domu, ale nic za darmo.

To było oczywiste. Gohan nawet nie drgnął. Starał się zachować kamienną twarz. Musiał wreszcie zobaczyć Saiyankę. Nie rozumiał całych tych podchodów ani tego, że Sara nawet nie zjawiła się, jakby za wszelką cenę chciała pozostać w ukryciu. Jakby ich wszystkie dotychczasowe wspomnienia nie miały żadnej wartości. Jakby... Zakręciło mu się w głowie. Nie był w stanie ustać w jednym miejscu. Poczuł się tak słaby, że upadł na kolano. Złapał się za głowę.


— Czego ode mnie chcesz? Nie przybyłem tu by ci szkodzić... — wychrypiał nieco zdezorientowany i przytłoczony.  — Przepraszam, że zaatakowałem tamte żywe trupy, ale same zaczęły... Tylko się broniłem. Chcę tylko wrócić do domu... Z Sarą... Proszę...

Młodzieniec sam nie wiedział, kiedy zrobiło mu się niesamowicie przykro, a serce zaczęło dudnić. Jakby cofnął się w czasie i w jednym momencie począł odczuwać wszystkie negatywne emocje, jakie go dopadły na przestrzeni lat, począwszy od chwili, w której wszystko zaczęło się sypać — rzekomej zdrady. Było to paraliżujące uczucie.

Seishin — bo tak na imię było kiedyś lodowej wiedźmie — uśmiechnęła się triumfalnie. Wreszcie odnalazła to, czego szukała. Cały Gohan i jego cierpienie były na wyciągnięcie ręki. Podeszła do niego nie kryjąc zadowolenia i uniosła jego twarz, tak by spojrzał jej w oczy.

— Boli prawda? Jeśli chcesz, zabiorę od ciebie ten ból. Możesz być wolny.

— Jeśli odzyskam ją, odzyskam także spokój. Nie potrzebuję od ciebie żadnych wymyślnych sztuczek — zaszlochał cicho. — Potrzebuję tylko szansy. Potrzebuję... Chcę ją odzyskać.

— Zaprowadzę cię do niej — szepnęła mu do ucha.

Gohan poczuł, że coś w nim pęka. Zamiast się radować, zerwać do biegu jedynie klęczał z opuszczoną głową. Miał ochotę się rozpłakać, a jednocześnie zdawał sobie, że to nie miejsce i czas. Wreszcie wziął się w garść, wstał i ze spojrzeniem przepełnionym żalem wyszeptał:

— Prowadź.

Czarownica wyszczerzyła zęby, wykonała dwa obroty wokół własnej osi, a następnie wykonała kilka dziwnie płynnych gestów dłońmi. Powietrze tuż przy stopach Saiyanina zadrgało, a następnie rozgoniło się niczym chmura. Ich oczom ukazała się zbutwiała klapa z otworem, który miał służyć za klamkę. Syn Gokū bez żadnego namysłu dopadł do jak dotąd ukrytego przejścia, jakby zależało od tego jego życie. Jego oczom ukazała się czerń, a z pomieszczenia wydobył się lodowaty powiew i mało przyjemny zapach. Nie było to jednak dla niego przeszkodą. Po zeskoczeniu w mroczną otchłań dotknął zimnego podłoża i pospiesznie się rozejrzał. Nie dostrzegał niczego.

— Światło! — krzyknął w górę, gdzie znajdowała się Seishin. — Zapal mi światło! Wiem, że możesz!

Wiedźma niechętnie pstryknęła palcami, a następnie zamknęła pokrywę z trzaskiem. Gohana zdumiało, że drewno nie rozsypało się, jednocześnie oglądając dosłownie znikąd pojawiające się zielone ogniki. Za chwilę jak oparzony począł pospiesznie przemierzać każdy kąt tego paskudnego pomieszczenia.

Dotarł do końca, a jego uwagę od razu przykuło coś długiego leżącego na podłożu. Rozpoznał w tym coś na kształt buta. Gdy podbiegł, dostrzegł resztę ciała. To była ona? Czy to naprawdę była ona? Przykucnął, łapiąc za podrapane i pełne zaschniętej krwi ramię. Poczuł pod dłońmi lodowatą skórę i wystające kości. W momencie zrobiło mu się słabo i niedobrze.

— S-Saro? — wyszeptał z trwogą.

Uniósł delikatnie wychłodzoną głowę, po czym ostrożnie odgarnął czarne, zlepione i brudne włosy. W tym świetle wszystko wyglądało inaczej. Twarz była kobieca, wychudzona, brudna, ale przede wszystkim jej. Odnalazł Sarę. Wyglądała koszmarnie, była nieprzytomna. Nie był nawet pewien czy żyje. Pospiesznie położył głowę na jej piersi, by móc usłyszeć bicie serca, ale nie tylko zniszczony pancerz jej to uniemożliwiał, ale i jej stan. Za chwilę odnalazł tętnicę szyjną i ze łzami w oczach odetchnął z ulgą. Był puls. Słaby, ale był. Zrozumiał, że to już były jej ostatnie chwile i gdyby nie pojawienie się Beerusa już nigdy by jej nie odnalazł. Aż wreszcie pewnego dnia smok powiedziałby mu, że Sara umarła z przyczyn naturalnych i niestety, ale nie może jej wrócić życia.

— Panie Whis... — wyszeptał, jakby bał się, że ktoś go usłyszy. — Znalazłem ją.