03 sierpnia 2018

*23. Zgiń tyranie!


Zerwałam się z głębokiego snu. Nie byłam pewna czy to niepokój, czy ekscytacja. Ciało miałam zlane potem, nawet pościel zdawała się nieprzyjemnie wilgotna. Zerwałam się z łóżka na równe nogi, nie mogąc trwać w tej niecodziennej niepewności. Coś było nie tak, i to bardzo, a ja musiałam się tego dowiedzieć. Powietrze było gęste i ciężkie. Nim zdążyłam się do niego przyzwyczaić, minęło kilka minut.

Mruknęłam w zastanowieniu pod nosem, dostrzegając zarysy przedmiotów w ciemnym pomieszczeniu. Sali Ducha i Czasu nigdy nie bywało tak mrocznie. Spędziłam tutaj trochę czasu i zdążyłabym zauważyć. Gdzieś głęboko w podświadomości czułam, że znam to pomieszczenie, a jednak wydawało się takie obce.

Powoli, jakby automatycznie odszukałam włącznik światła na pobliskiej szafce nocnej. Nie rozumiałam, skąd o niej wiedziałam. W tajemniczym pomieszczeniu prowadzącym do Strażnicy nie było lampki przy łóżku.

To, co zobaczyłam, niemal zwaliło mnie z nóg. Blade, słabo rozproszone światło wypełniło pomieszczenie. Byłam... w swoim pokoju? Tak po prostu... Tak... Zabrakło mi słów. W głowie kłębiły się myśli, wkradały urojenia. Przecież to było absurdalne! Jakim cudem, jakim? Książki, których nigdy nie czytałam, leżały rozrzucone na drewnianym biurku. Biurku, które na moment zapłonęło, jak mroczna retrospekcja. Jednak nie to było dziwne, a fakt, że na oparciu fotela wisiał niedbale rzucony płaszcz, ten sam, który otrzymałam od Gartu. Na podłodze, zaraz pod siedziskiem znajdował się magiczny kamień Mandaru. Z kolejnym mrugnięciem przed oczami miałam pomieszczenie, które tonęło w gruzach i jego pyle. To był ułamek sekundy, gdyż za chwilę znowu wszystko wyglądało na nienaruszone.

Dlaczego? Tylko tyle byłam w stanie siebie zapytać. Nic więcej do głowy mi nie przychodziło. Przecież to nie mógł być sen... Byłam tam, stałam na własnych nogach, odziana w ten sam podniszczony kombinezon. Spojrzałam na dłonie, jednocześnie z ostrożna zaciskając palce. Wszystko zdawało się takie prawdziwe. Czy...? Było możliwe, iż cały czas śniłam? Musiałam. Widziałam pomieszczenie jak każde inne, a jednocześnie przebłyski z godziny zero, gdy byliśmy atakowani.

Stałam tam jakiś czas zamroczona. Gdy odzyskałam władzę nad rozumem, a przynajmniej tak mi się zdawało, ostrożnie przywdziałam czarny materiał, towarzyszący mi od lat, a klejnot ukryłam pod pancerzem. Nie czekając ani chwili pognałam w stronę sali tronowej. Musiałam sprawdzić, czy oni tam byli. Ten pokój był ostatnią rzeczą, jaką zapamiętałam. Był ostatnim miejscem, w którym byłam przed utratą wszystkiego.

Pędziłam ile sił w nogach, a miałam jej sporo. Mijając kondygnacje, przed oczami miałam flashbacki z nocnego ataku — zniszczone proporce z herbem rodziny królewskiej, stosy martwych ciał i zawalone korytarze. Tak jak nagle się pojawiały, tak samo znikały, jakby nigdy ich nie było. Moja głowa prowadziła z samą sobą wojnę. Nie byłam już pewna czy śnię. Czy we śnie można śnić? To wszystko było jak jeden wielki koszmar, a jednocześnie nieśmieszny żart.

W pewnym momencie przebiegłam koło dwóch lustrzanych filarów, przy których zwykłam się bawić. Nie byłam pewna czy to, co w nich mignęło nie było tylko przywidzeniem. Cofnęłam się z miną spłoszonej zwierzyny, by się sobie przyjrzeć dokładniej. Od początku wszystko było nienaturalne, ale to było czystym absurdem! Miałam CZTERY lata! Znowu.

Przez myśl przeszło mi tylko jedno wydarzenie, jakże silnie wyryte w pamięci. To samo, które od momentu otworzenia oczu usiłowało wedrzeć się do mojej głowy, a które najwidoczniej chciałam przed samą sobą ukryć. Jeśli wciąż wszystko wyglądało, jak należy, to czy był jakiś cień szansy? Nie mogłam dopuścić do kolejnej katastrofy! Nie tym razem. Musiałam działać i to w trybie natychmiastowym.

Zacisnęłam pięści w chwili, gdy wspomnienia uderzyły mnie z siłą bolesnego gongu. Chwilę po tym wzbiłam się w powietrze. Jakże byłam szczęśliwa, mając tę umiejętność, wszak poprzednim razem nie potrafiłam nic. Z początku było to, nie nada wyzwanie, zupełnie jakbym dopiero co uczyła się tej techniki. Po chwili, gdy już opanowałam na nowo umiejętność, leciałam korytarzami niczym mordercza strzała.

Nie dostrzegałam nikogo. Nie miałam, kogo ostrzegać przed nadejściem złego, którego tak się obawiałam. Nawet strażnicy gdzieś znikli. Zupełnie jakby było po wszystkim, choć nie widniały nigdzie ślady walki. Przemknęłam przez główny korytarz, kiedy kątem oka coś dostrzegłam, a może kogoś? Zahamowałam prawie na ścianie, po czym zawróciłam. Na kamiennej posadzce leżał w kałuży własnej krwi Saiyanin. Za nim ciągnęła się długa, przerywana szkarłatna smuga. Ciężko oddychał. Widać było, że dotarcie aż tu było dla niego nie lada wyczynem. Co mu się przytrafiło? Czemu akurat tutaj leżał? Był oblepiony zaschniętym błotem, porządnie zbity, niemal do nieprzytomności i ranny, chyba w każdym widocznym miejscu. Nawet pancerz miał uszkodzenia.

Gdybym spotkała kogoś takiego, w wieku czterech lat zapewne widok tak poturbowanego wojownika wprawiłby mnie w przerażenie. Wtedy, gdy mój świat nie był okraszony zbrodnią i skąpany morzem krwi. Byłam przekonana, iż należałam do super nacji. Jakże byłam nieświadoma.

— Nic ci nie jest? — Szturchnęłam mężczyznę, nie wiedząc, co powiedzieć, byłam lekko skołowana. — Wstań!

W końcu, po kilkunastu próbach ocucenia czarnowłosego udało mi się nawiązać z nim kontakt wzrokowy, co mnie bardzo ucieszyło i nie zamierzałam tego ukrywać. Poznałam go od strzału, a może jednak kogoś mi przypominał? Pancerz w barwach czerni świadczył o niskiej klasie, piechocie Saiyańskiej, a także armii Changelinga. Pamiętałam to, jakbym uczyła się o tym zaledwie wczoraj.

— Co się stało? — zapytałam pośpiesznie z obawy, że zaraz znowu straci świadomość.

Był na skraju wycieńczenia. Przykucnęłam przy nim, usiłując mu jakość pomóc. Niestety obecny wzrost nie ułatwiał sprawy. Poczułam się jak więzień we własnej skórze.

— Free-zer... — wymamrotał resztką sił.

Zamarłam, a w gardle stanęła gula. Czyli była to prawda… Cofnęłam się do przeszłości jak Trunks? Nie miałam pojęcia, jak to się stało! W dodatku odmłodniałam... Czy to nie był jednak aby sen? Uszczypnęłam się w ramię co tylko i wyłącznie sprawiło mi ból. Nie obudziłam się w cudowny sposób, wciąż trwałam w tej chwili. Westchnęłam mizernie, wiedząc, że przyjdzie mi ponownie przeżyć ten dzień.

— Chce nas zabić — dodał, przerywając moją zadumę. — Widziałem to… księżniczko?

Wściekłam się, zamiast przerazić. Czemu w mojej przeszłości nie było tego człowieka z tą wieścią? A może… Może umarł, zanim dotarł do sali tronowej? A może po prostu byłam zbyt mała, by ktokolwiek się mną zainteresował? A może to po prostu... Szansa na odkręcenie wszystkiego?

— Wiem o tym — burknęłam, zaciskając pięść. — Nie można do tego dopuścić! Nie tym razem. To znaczy, nie możemy pozwolić temu przeklętemu potworowi nas zniszczyć!

Mężczyzna spojrzał na mnie swoimi zmęczonymi oczyma. Był szczerze zdumiony. Chyba nie brzmiałam jak smarkata i niczego niepojmująca smarkula.

— Przypominasz mi kogoś. — Postukałam palcami po ustach, przypominając sobie o Son Goku, do którego był tak podobny. — Gokū to najsilniejszy Saiyanin, jakiego dane było mi spotkać.

— O czym ty mówisz, księżniczko? — zdziwił się, podnosząc się z trudem. Wsparł się na filarze. — Nie znam nikogo takiego. Kim on jest?

— Nie? Bardzo mi go przypominasz. Vegeta mówił, że to... Ktoś znajomy.

Mężczyzna nie zrozumiał mojej wypowiedzi. Nie mogłam z resztą mu niczego zdradzić. Pamiętałam, że Trunks mówił, że nie wolno zdradzać pewnych informacji, gdy zmienia się przeszłość bądź przyszłość. Gdziekolwiek się teraz znajdowałam, nie mogłam niczego popsuć. Korzystając z możliwości, miałam zamiar coś naprawić. Albo chociaż spróbować.

Zaproponowałam pomoc okaleczonemu wojownikowi. Dużym plusem była moja umiejętność latania, to też dość sprawnie dotarliśmy do sali tronowej.
Kolejny raz zaskoczyłam wojownika, przecież nauki w opanowywaniu KI zaczynały się w wieku siedmiu lat, bez względu na pochodzenie. Musiał pozostać w niewiedzy, a ja nie planowałam dzielić się z nim nadprogramowymi informacjami.

W chwilę po wtargnięciu do celu wylądowałam, tym samym uwalniając się spod ramienia Bardocka, a ten uklęknął, choć tym razem nie by oddać cześć władcom, a by nie paść twarzą do podłoża.
 
— Matko! Ojcze! — wrzasnęłam, ledwo występując na środek sali. — Freezer zaraz nas zabije! Musimy się bronić!

Dwóch strażników dobiegło do mnie jak na zawołanie. Władczyni krzyknęła, dostrzegając na mej tunice wielką plamę krwi. Należała do poszkodowanego. Wskazałam im mężczyznę, z którym przybyłam, całkowicie ignorując ich pytające spojrzenia.

— Co tu do licha się dzieje? — Oburzyła się Verinia.

Na ten pełen wdzięku głos zesztywniałam. Tak dawno nie było mi dane go słyszeć. Nie sądziłam, że sprawi mnie w takie roztargnienie. Niemal zapomniałam, po co tu przyszłam, o tak późnej porze. Jednak głośne westchnienie poturbowanego podstawionego pod tron mego ojca sprowadziło mnie na ziemię. Sentymenty trzeba było odłożyć na bok. Zwłaszcza że w ich oczach nadal byłam beznadziejną księżniczką bez potencjału.

— Matko, Freezer zaraz tu będzie i nas zniszczy! Rozniesie planetę w drobny mak! — krzyknęłam, niemal wpadając w histeryczny amok. — Wszyscy zginą!

—    O czym ty mówisz dziecko?

Ani myślała wstać z pięknie zdobionego, odbitego fotela nieco mniejszego od samego króla. Założyła nogę na nogę, spoglądając na mnie tym swoim wzrokiem: żądam wyjaśnień!

— Nie kłamię! — broniłam się, srogo łypiąc na rodzicielkę, co zapewne komicznie wyglądało u kilkulatki — Nie możemy dopuścić do naszej zagłady, matko. Ten Saiyanin wie, co się zaraz wydarzy!

Okaleczony żołdak dźwignął się z barków straży. Starał się stać w pozycji pionowej o własnych siłach, choć i tak ledwo trzymał się na nogach. Jednak duma, jaką w sobie nosił, nie pozwalała mu stanąć przed głowami rodu w inny sposób. Póki jakkolwiek potrafił stać.

— To sprawka Freezera. — Przełknął ciężko ślinę zmieszaną z krwią. — Daliśmy złapać się w pułapkę, jego ludzie zaatakowali nas od tyłu. Toma, Celipa i reszta załogi nie żyją.

— Jeżeli zaraz Saiyanie nie zaczną się bronić, nic z tej planety nie zostanie — dodałam pośpiesznie, mając przed oczami minione wydarzenia i łzy w oczach.

— Panie mój, Widziałem na własne oczy przyszłość. Wszyscy zginiemy.

W słowach Bardocka usłyszałam ból i coś jeszcze. Czy był to strach? Saiyanie nie zwykli się bać, a przynajmniej tak zawsze powtarzali. Tego dnia ponownie zobaczyłam, że było to wierutnym kłamstwem. Nim jednak cokolwiek monarchowie postanowili, z hukiem otworzyły się drzwi. Ba! Wyleciały w powietrze, aż zadrżały ściany.


W kłębach dymu stanął ON. Ten sam odrażający i przerażający. Zmora mojej każdej kolejnej nocy. Ten, który odebrał mi wszystko, ten sam, który trzymał mnie jedną nogą w grobie. Te kilka lat stanęło mi przed oczami niczym migawki, a czarne, cienkie wargi lekko rozchylone w perfidnym uśmieszku stawiały na baczność każdy włosek na plecach. Nienawidziłam go z całego serca, jednak wciąż się bałam i to szalenie. Samym spojrzeniem uginał mi kolana. Niestety w tej kwestii nic się nie zmieniło i to było irytujące.

To koniec — załkałam w myślach — Czyż nie wystarczająco często mnie prześladował w snach, bym musiała ponownie spojrzeć na śmierć bliskich?

— Kłaniam się. — Freezer delikatnie uniżył głowę, nie kryjąc swojego podstępnego uśmiechu.

Z duszą na ramieniu odwróciłam się do rodzicieli. Przed oczami pojawiły się na chwilę kolejne sceny z przeszłości; Powiększająca się szkarłatna kałuża z martwą królową. Król bezradnie klęczący nad ciałem, a nad nim jak kat wisiała różowa, kolczasta ręka. Mrugnęłam i wszystko zniknęło. Kolejny raz widziałam przebłyski masakry, jaka prześladowała mnie od najazdu. Zapętlone koszmary, które nigdy nie miały zamiaru odejść. Dziś były inne, były bardziej rzeczywiste niż kiedykolwiek — byłam świadoma tego, co się wydarzy. Do tej pory sny były retrospekcją, na którą nie miałam wpływu. Którą bez względu na ból musiałam przechodzić od nowa i bez końca.

Coś we mnie pękło. Myśl, że znowu mam zobaczyć wszystko od nowa, w dodatku wiedząc, co mnie czeka, wprawiła mnie we wściekłość. Zacisnęłam pięści, szczelnie owijając talie ogonem. Przestąpiłam krok, jednocześnie otwierając usta, by wykrzyczeć wszystko, co myślę. Spojrzenie czerwonych tęczówek sprawiło jednak, iż struchlałam. Freezer był ucieleśnieniem koszmaru. To z jego ręki widziałam pierwszą śmierć z bliska. Było mu na imię Ccoli. Nie znałam tego dzieciaka, miał może parę lat więcej ode mnie teraz. Zapamiętałam, choć jego twarz była mi już całkiem obca. Druga była kilka lat starsza Saiyanka, której imienia nigdy niedane było nam poznać.

— Zwiadowca tutaj? — zapytał niewinnie, z dozą wielkiej ciekawości. — Kanassa podbita?

Elitarny wojownik niższej klasy zakasłał ciężko. Spojrzałam na niego. Z trudem przestąpił krok do przodu. Widziałam w jego oczach nienawiść. Cokolwiek wydarzyło się na Kanassie miało wielkie znaczenie. W milczeniu obserwowałam wszystko, co się działo. Irytacja matki, zniecierpliwienie ojca pomieszane z czymś na wzór strachu. Czułam się jak niemy obserwator. Przerażony podglądacz. Changeling przestąpił powoli do przodu, z wolna poruszając swym grubym, białym ogonem ukrytym pod czarnym płaszczem utwierdzonym w naramiennikach pancerza. Król Vegeta milczał jak zaklęty. Siedział w swoim fotelu, wpijając swe palce w podłokietniki.

Wtedy, jak i teraz stałam potulnie, trzęsąc się ze złości na swoją nie moc. Wtedy nie powiedział, że byliśmy pod tyranią Imperatora. Teraz było zupełnie inaczej, a jednak trwałam w bezruchu. Twarz potwora, która nie tylko pozbawiła mojego ludu życia, ale i pozwoliła na to, by mnie katowano, a czasem sam to czynił popijając swoje przeklęte winegońskie napoje paraliżowała mnie do tego stopnia, że każda szalona myśl, by zareagować, płonęła zaraz po urodzeniu się. Po latach sądziłam, że mam to za sobą. Prawda była zgoła inna — Freezer miał nade mną całkowitą władzę.

Bardock trząsł się z gniewu, zaciskając pięści, aż mu kostki pobielały. Ja zastanawiałam się, czy jestem w stanie cokolwiek robić. Działać? Uciekać? Czy może czekać na nieuniknione? Brzydziłam się nim szczerze, ale strach był wciąż silniejszy. W dodatku to małe ciało, w którym byłam uwięziona, w niczym mi nie pomagało.

— Freezerze, nie bądźmy tak nieuprzejmi — zaczął ze sztuczną radością Vegeta, w końcu zabierając głos. — Czym zawdzięczamy ci tę wizytę?

Nie rozumiałam jego dobrodusznego podejścia. Nie dość, że intruz wpadł do środka z hukiem, to jeszcze źle mu z oczu patrzyło! Nie mieściło mi się to w głowie. Czy tak bardzo wszyscy bali się Changelinga? Wszyscy bez wyjątku? Naprawdę tylko mieszkańcy Ziemi byli w stanie się mu postawić? Byli odważni czy to zwykła głupota? Zawsze myślałam, że byliśmy waleczni, aczkolwiek słabi względem tyrana. Teraz widziałam zupełnie inny obraz. Zama grałam identyczną rolę w tym przedstawieniu.

— To moja ostatnia — roześmiał się przebiegle. — Przyszedłem się pożegnać i muszę przyznać, że tęsknić nie będę. Dowiedziałem się wystarczająco dużo, by uznać was za zdrajców.

— Oczywiście! — krzyknęłam, wpadając mu w słowo. — Bo tym razem zginiesz i ani Cooler, ani Kold ci nie pomogą!

W chwili, gdy oczy wszystkich zwróciły się w mą stronę, zrozumiałam, że swoje myśli wypowiedziałam na głos. Zamrugałam oszołomiona własną nie tyle odwagą ile głupotą. Dotąd milczałam jak statua, a teraz szczekałam jak mocno gryzący pies. Problemem był mój nagle mały wzrost. Wątpiłam, bym miała szansę na pokonanie wroga. Może i gębę miałam nie wyparzoną, jednak ciało nadal odmawiało posłuszeństwa. Stałam więc jak kołek, czekając na dalszy rozwój wydarzeń. Królowi nie podobała się moja postawa, nie wspominając już o matce. Ci jak widać byli w stanie się poniżyć, byleby ugłaskać wielmożnego jaszczura. A jednak dostrzegłam w tym coś, czego dotąd nie zaznałam — troska. Nie chcieli, bym poniosła konsekwencje swoich słów. Czar prysł, gdy poczęli mi ubliżać, jakoby rynsztokowy język zaciągnęłam z ulicy. Na pewno mieli zamiar mnie skarcić po niespodziewanej audiencji. Oni jeszcze nie rozumieli, że były to ich ostatnie chwile.

Freezer wpadł w budzący grozę śmiech, który jednocześnie przyprawiał mnie o mdłości. Każdy wysoki ton, wydobywających się dźwięków z jego gardła sprawiał, że złość potęgowała, co poniekąd dodawało mi śmiałości. Wreszcie odważyłam się na ruch i wybiegłam w jego stronę, tak naprawdę nie wiedząc, jaki uczynić następny krok. Ten nic nie mówiąc, uderzył mnie ogonem w brzuch, tym samym powalając. Przejechałam tyłkiem po posadzce, ostatecznie uderzając o filar plecami, który od siły uderzenia się częściowo rozsypał.

Verinia przyłożyła dłoń odzianą w białą rękawicę do ust. Imperator wystrzelił pociski. Przed oczami stanął mi obraz martwej kobiety tonącej we własnej krwi. To był impuls. Pomimo iż kikōha była wycelowana we mnie. Rzuciłam się w trajektorię, po czym odbiłam ją dłonią w sufit, a odłamki niego posypały się po posadzce. Odkaszlnęłam parę razy po tym, jak uniósł się pył. Spojrzałam na wroga po raz pierwszy bez krzty strachu.

— Powiedziałam, że tym razem nie pozwolę ci zabić naszego ludu — wycedziłam przez zęby.

— To nie możliwe by parolatek odparł mój atak!

— Jestem księżniczką rodu saiyańskiego, do cholery jasnej! — wrzasnęłam ile sił w płucach. — Także pełnoprawnym Kosmicznym Wojownikiem i nie pozwolę, byś nas tłamsił! Nie pozwolę, byś znowu odebrał mi wszystko!

Pycha rozsadzała mu wnętrzności, nic z moich słów nie przyjął do serca. Tylko kto przy zdrowych zmysłach przestraszyłby się kilkuletniego podlotka? W dodatku takiego, który jeszcze przed chwilą miał ochotę zmoczyć ze strachu spodnie.

Ciężko było mi zebrać całą energię w tak małym ciele, ale nie zamierzałam się poddawać. Mimo to podnosiłam swoją moc w zastraszającym tempie, zastanawiając się, czy zdołam ją udźwignąć na tyle długo by wygrać starcie. Posadzki pękały i zapadały się, a ściany i sufity nie wyglądały wcale lepiej. To, co wezbrało we mnie, było fenomenalne i nie do opisania. Czułam się jak młody bóg! Nie potrafiłam utrzymać tego gorąca w środku, więc postanowiłam, by dostrzegł go każdy tutaj zebrany. Blask złota wydobywający się z mojej KI rozpromienił całą salę.

Czy byłam Super Wojownikiem, nie wiedziałam? Na pewno miałam ogromną moc, takiej, której wcześniej nie smakowałam. Dostrzegłam zaskoczenie malujące się w oczach potwora. Czy był to paraliżujący strach w jego ciele? Czy właśnie tego się obawiał i temu przybył nas zgładzić? Legendarnej potęgi w jego mniemaniu głupich małp?

— Zapamiętaj sobie twarz osoby, która cię zabiła — rzekłam pewnie. — Zapewne spotkamy się kiedyś w piekle.

Skupiłam w sobie całą moc i wystrzeliłam z dłoni ogromną dawkę bladoczerwonej KI. Changeling nawet nie drgnął z miejsca, choć jego długi ogon wił się niczym diabelski wąż. Czy był przepełniony pewnością siebie, że nic mu jednak nie uczynię? Że jestem tylko małym podlotkiem pokazującym jakieś tandetne, aczkolwiek widowiskowe sztuczki? Nie miało dla mnie to teraz znaczenia. Liczyło się tylko jedno — zniszczyć wroga raz na zawsze i wreszcie zaznać spokoju.

Siła z jaką przyszło mi zadać cios, niemal wymknęła się z moich rąk, a Changeling twardo walczył, odpierając mój atak. W końcu pod naciskiem kikōhy zmuszony był się poddać. Nie spodziewałam się, że tak szybko uda mi się unicestwić potwora.

Szare, jaszczurze truchło nieco osmalone padło na podłoże. Jego zbroja gdzieś wyparowała, a lewy, czarny róg zdobiący czaszkę pękł w połowie, dodając wszystkiemu dramaturgii. Zniszczyłam całe cierpienie mojego życia w przeciągu kilku chwil. Nastał upragniony koniec tyranii.

Na mej twarzy zagościł wielki uśmiech, tak typowy dla beztroskiego dziecka. Spojrzałam w kierunku rodziców: Matka leżała na ziemi, patrząc na mnie w osłupieniu, a ojciec niczym wbity w posadzkę rozdziawił usta. Na pewno nie tego się spodziewali, nie u mnie.

W chwilę później zakręciło mi się w głowie, po czym wróciłam do normalnego stanu. Salę ponownie ogarnęło szarawe światło. Mężczyzna przypominający Gokū i straż monarsza także była oniemiała i ani myśleli zabrać głos bądź wykonać jakikolwiek ruch. Wszyscy trwali w dziwnym zawieszeniu, czekając na...? Zmartwychwstanie Freezera? Jak nic byłam pewna, że padalec zdechł.

— Nie żyje — rzekłam wyniośle. — Sprawdźcie sami.

Na te słowa obaj strażnicy ruszyli ostrożnie do truchła, wciąż obawiając się najgorszego. Jeden z nich wyciągnął ku jaszczurowi halabardę i z ostrożna dźgnął w ciało. Oglądając tę scenę, widziałam w jego posturze paraliżujący strach. Ten sam, który tak dobrze znałam i rozumiałam.

— Faktycznie jest martwy. Freezer nie żyje!

Spojrzałam na swych oniemiałych rodziców. Patrzyli na mnie jakbym była im zupełnie obca. Nie było w nich dumy czy radości tylko jedna wielka niewiadoma. Zapragnęłam do nich podejść, wytłumaczyć cokolwiek. Potwierdzić, że to ja, ta sama Sara, którą byłam i wczoraj. Nim jednak zdążyłam przestąpić choćby krok, nieoczekiwanie przeszedł mnie dreszcz, a obraz zaczął się rozmazywać. Zupełnie jakbym miała zaraz zemdleć. Czy był to efekt uboczny niedawnych wydarzeń? Czy było to normalne, gdy używało się tak nieposkromionej mocy? Upadłam, czując, jak maleńkie kropelki zraszają me lico. Oparłam się dłońmi o spękane posadzki, jednocześnie zastanawiając się, czy zaraz, aby nie stracę przytomności.

Nagle zorientowałam się, że spadałam… Zupełnie znikąd otoczyła mnie ciemność jakby zgasły wszystkie światła... Czułam się, jakby nagle ktoś pozbawił mnie nie tylko zmysłu wzroku, ale i słuchu. Nie wiedziałam, czy mam zacząć się bać, i wrzeszczeć czy jednak walczyć. Zamknęłam powieki, mając nadzieję, że to minie.

Otwarłam oczy, po czym zaraz je zamknęłam, bo oślepiło mnie jaskrawe światło. Byłam zlana potem, znowu. Gdy ślepia przyzwyczaiły się do otoczenia, rozejrzałam się po bieluśkim sklepieniu. Zdumiona tym zerwałam się do siadu. Ponownie byłam w sypialni magicznej komnaty. 

To był tylko sen... Westchnęłam, opadając z powrotem na poduszkę. Tylko durny sen. Przerażający i jednocześnie fascynujący. Jednak wciąż sen.


15 komentarzy:

  1. ~mystic989
    9 lutego 2009 o 10:55 AM

    LOL, i kto to mówi? xP Ja za to nie sądziłam, że o DB można pisać xP Niby obejrzałam większość odcinków, ale nie jestem zafascynowana tym anime, natomiast Megamanem- owszem X3 Co kto lubi, jak mówi stare powiedzonko hihi ^_^ No, to jesteś rok starsza ode mnie, jeśli z 88 rocznika jesteś, miło mi poznać kogoś z kręgu poza latami 90 xP
    http://barwy-nieba.blog.onet.pl/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ~mystic989
      9 lutego 2009 o 11:02 AM

      Zapomniałabym ^^; Zauważyłam, że lubisz rysować, hehe, i nagłówek masz swój i na podstronkach też widziałam twoje dzieła…. Fajna sprawa^^ Na DA też do ciebie weszłam, bo masz więcej tam swoich prac =) Ha! Ja wszędzie dojdę moja droga xD Lubię przeglądać podstronki, zawsze coś ciekawego się na nich znajdzie =)

      Usuń
  2. ~Odea
    9 lutego 2009 o 12:54 PM

    Bardzo fajny rozdział :) I nawet muzyka mi idealnie pasowała.Dla mnie to jest straszne jak coś się śni, coś co chciałoby się, żeby było prawdą, a potem budzisz się i nie wiesz co się dzieje, aż w końcu nastaje szara rzeczywistość xDŚwietny rozdział! Czekam na koleny i pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  3. ~Bryonly
    9 lutego 2009 o 1:21 PM

    Droga Killall!
    Notka jest świetna. Według mnie należy do czołówki najlepszych ;D.Doskonale dobrałaś muzykę, szczególnie tą ,drugą’.Coś mi tu nie pasowało…już na początku domyśliłam się,że to jest tylko sen Sary ;P. Ale co za sen! Niezwykle interesujący ;D.W tym śnie spełniło się jej marzenie; zabiła Freezera na oczach swoich rodziców, uratowała cały Saiyański ród…Z niecierpliwością czekam na kolejną notkę! ;).

    OdpowiedzUsuń
  4. ~Izunia.
    9 lutego 2009 o 3:18 PM

    Droga Killal!
    Notka… chyba najlepsza ze wszystkich, jakie napisałaś. Strasznie mi się podobała! Szkoda tylko, że od razu domyśliłam się, że to wszystko jest snem Sary. Druga muzyka świetnie dopasowana, pobudzała moją adrenalinę. Błędy były, ale nie zwracałam na nie uwagi ;-). Przepraszam, że tak krótko, ale nie mam czasu. Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  5. ~Lenka
    9 lutego 2009 o 10:00 PM

    Kochana Killall!
    Jakoś nie mogę sobie wyobrazić Badrocka w roli naukowca.Jest tak dlatego, że ojciec Goku wygląda jak Goku, a spróbuj wyobrazić sobie Goku jako naukowca.Jakoś nawet moja wybujała wyobraźnia nie jest w stanie sobie tego wyobrazić.Poza tym cały czas powtarzam słowa i nie wiem czy robię to celowo, ale chyba tak.^^”Ach, ta moja głupota…Wybacz, że dzisiejszy komentarz będzie trochę bez sensu, ale no cóż, te procenty (tak naprawdę to nic nie piłam, ale cieszę się, że za tydzień wracam do mojego kochanego plastyka, a to są procenty moralne)…XDPoza tym, już druga osoba przerwała mi czytanie, dzwoniąc z życzeniami.^^”Sny bardzo często się spełniają.Może Sarze już nie uda się już uratować planety Vegeta, jednak z całą pewnością uda jej się stać Super Saiyaninem.Bo ja w nią wierzę!;DNapiszę, co stało się po odlocie Vegi, jednak później, sporo później.Bo inaczej za szybko wydałby się koniec opowieści.^^”Gatoren, droga Killall.;DA co do opowieści o zabiciu ukochanej Droppa, to chyba też ją napiszę.Ale też później.Ach, mam już sporo natchnień na bonusy…XD Ja także pozdrawiam i czekam na kolejną część,

    OdpowiedzUsuń
  6. ~elizabeth
    11 lutego 2009 o 5:45 PM

    z góry mówię że komentarz będzie krótki. niestety w wielkopolsce ferie sie jeszcze nie zaczęly :Ptak sen wydawał sie jawą, choć nie do końca. notka jedna z najlepszych pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  7. ~crysania
    11 lutego 2009 o 7:53 PM

    Notka bardzo fajna :) Tak też mi się wydawało, że to jest sen, bo tak sobie to raczej w czasie nie można się przenieść i odmłodnieć przy okazji.Ale jednak Sata dała popalić Freezerowi, mimo iż miala 4 lata, tylko ci dorośli są straszni, jakby nie mogli jej od razu uwieżyć, przecież była ich córką i Bardocka też ignorować, co to za władcy.Hmmm… w śnie Sara osiągnęła postać SSJ, może w realnym życiu też jej się uda, gdy przypomni sobie stare wydarzenia i skumuluje w sobie całą złość. Pożyjemy, zobaczymy.Pozdrawiam serdecznie :)history-of-trunks

    OdpowiedzUsuń
  8. ~Mihoshi
    22 czerwca 2010 o 5:32 PM

    Dobre, zanim doszłam do końcówki naprawdę myślałam, że Sara jakimś cudem cofnęła się w czasie xD Bardzo fajny pomysł miałaś na ten rozdział. ^^

    OdpowiedzUsuń
  9. Nie zauważyłem wcześniej Twojej odpowiedzi powiem szczerze xD Dwa blogi i nie wiem na którym mam się spodziewać odpowiedzi. Trochę po czasie, ale życzenia urodzinowe są na miejscu. Wszystkiego najlepszego! :)

    Do końca miesiąca zatem! Rozkaz!

    OdpowiedzUsuń
  10. Hej, hej ;)

    U mnie nowość. :)

    Pozdrawiam,
    Sylwek

    OdpowiedzUsuń
  11. Kochana!

    Los bywa przewrotny, czyż nie? :D Lubię wprowadzać zamęt, zwłaszcza jeśli to tylko pogarsza sytuację bohaterów. Taka już ze mnie sadystka. ;p

    Toe to bóg zemsty, a im bardziej bolesna ta zemsta, im więcej w niej negatywnych emocji, tym lepiej. Lubię jak postacie nie są papierowe, dlatego cieszy mnie Twoja nienawiść do Toe. :D

    Vegeta nie miał wyboru, musiał poświęcić relację z Trunksem dla dobra Bry. :( Bał się, że jeśli nie zrobi tego, co chciał Toe, jego córka zostanie skrzywdzona. A dodatkowo Toe chwilowo przejął nad nim kontrolę, więc w razie odmowy mógłby zrobić to kolejny raz, więc zarówno Bra, jak i Trunks by ucierpieli. Cóż, takie "mniejsze zło".

    I ogólnie powiem Ci, że takie akcje lubię najbardziej - nie te, w których ktoś przejmuje kontrole, a te, gdzie bohaterowie sami muszą coś zrobić, wbrew sobie. Wcześniej Bulma zrywała z Vegetą, teraz Vegeta dręczył syna.

    No właśnie - na początku było pięknie. I dzięki temu zemsta była pełniejsza. Toe o tym wiedział, dlatego pozwolił Vegecie uratować syna.

    Trunks już tak wiele razy oberwał od ojca, że w tym szoku i po chorobie sam już nie jest pewny, co przeżył, i uważa wcześniejszą rozmowę z ojcem za sen (tę, w której Vegeta opowiadał o wspomnieniach i mówił o powrocie na Ziemię).

    Za Brę Vegeta czuje się najbardziej odpowiedzialny. Ona jest najmniejsza, niewinna, to malutkie dziecko. Myślisz, że Vegeta miał wybór? Dla mnie nie miał. To było postawienie pod ścianą. Myśl, że Nappa mógłby zgwałcić Brę jest tak przerażająca, że już wolał dobić leżącego Trunksa. Co nie znaczy, że przyszło mu to łatwo. Ale nie uważam, że to ciężki wybór, a jedyny.

    Goku jak to Goku, zawsze ma na wszystko czas. ;p

    W następnym zacznie się przeżywanie innych wydarzeń. :D

    Bitwa na Starii oraz jej konsekwencje też już wkrótce. ;) Hm, a co do sagi, to niekoniecznie, chociaż pewnie mój K. bardzo by tego chciał xd.

    Nie pisałabym bez tak wspaniałych Czytelników, wśród których jesteś oczywiście też Ty. ;)

    P.S. Też uwielbiałam jej opowiadanie, żałowałam, że zakończyła. to było jeszcze w czasach wszechobecnych blogów o DB, jak to szybko minęło...

    Z A. przyjaźnimy się odkąd połączyła nas historia pisania opowiadań o DB, jak miałabym odejść z miejsca, gdzie są takie niesamowite wspomnienia? Nie umiem odejść. Ty też nie. Mamy w sobie coś takiego, co nam na to nie pozwala.

    P.S.2 Najbardziej mnie smucą i śmieszą wyznania w stylu "będę tu zawsze", "skomentuję ostatnią notkę", "nie myśl, że kiedykolwiek odejdę" itd., mam całą listę tego typu utartych zwrotów, jak czasami widzę, że ktoś znowu to piszę to bywa, że myślę z ironią "tak, zobaczymy, na jak długo". Owszem, byli tacy, co trwali ze mną latami. Ale najczęściej rok-dwa i nagle wielkie deklaracje okazywały się niczym. Szkoda. Już wolałabym, żeby nie pisali, że będą zawsze. Albo niech chociaż naskrobią dwa słowa pożegnania. Takie pozostawienie w niepewności jest najgorsze.

    Dobra, rozpisałam się, muszę zmykać.

    Pozdrawiam serdecznie i dziękuję za komentarz, nie ma to jak zobaczyć nick Killall i poprawić sobie nastrój. :D

    OdpowiedzUsuń
  12. Bardzo dobrze napisany rozdział 😍 w ogóle widać taką zmianę w stylu pisania od początku historii, widać, że Sara (choć dalej jest dzieckiem) to znacznie dojrzała, a razem z nią widać zmianę stylu, dostrzega rzeczy, których wcześniej nie widziała, bardzo mi się to podoba!
    Nie jestem pewna, czy to był tylko sen, który nic nie znaczył, ale to się okaże :)

    OdpowiedzUsuń
  13. Hejeczka,
    wspaniale, zaatnawiam się czy ten sen nie był czymś w stylu treningu aby wzmocnić się na wydarzeniu które najbardziej boli...
    Dużo weny życzę...
    Pozdrawiam serdecznie Iza

    OdpowiedzUsuń

Z niecierpliwością czekam na Twój komentarz!