Upłynęły trzy miesiące od wejścia do Sali Ducha i Czasu. I pomyśleć, że na Ziemi to zaledwie parę godzin, jak nie mniej. Ostro trenowałam po tym jakże realistycznym śnie. Zaparłam się, jak jeszcze nigdy przedtem. Głęboko wierzyłam, że jeśli we śnie potrafiłam stać się super wojownikiem, a przynajmniej coś na kształt niego, to dlaczego nie mogłabym w prawdziwym życiu? Po tym przeklętym koszmarze z namiastką obłudy długo dochodziłam do siebie. Wciąż miałam przed oczami obraz rodziców, tym razem tak żywych.
Tamtego potwornego dnia przyrzekłam sobie pomścić rodzinę i saiyański ród. Lata mijały, a ja wciąż nie potrafiłam tego uczynić. Ostatecznie potwór został zlikwidowany, lecz posmak goryczy w ustach pozostał. Ten fakt dołował mnie chyba najmocniej ze wszystkich. Czy musiałam zstąpić do piekieł, by móc dokonać własnej zemsty?
Byłam wytrwała jak do tej pory w tym, co robiłam i nie chciałam, by stało się inaczej. Każdego dnia i każdej nocy starałam się podnieść swój poziom diametralnie. Nie było mowy o żadnych sjestach! Gorące dni leczyłam maściami na oparzenia. W morderczo mroźne noce zaopatrywałam się specyfikami na odmrożenia. Dobrze, że twórca tej komnaty w ogóle pomyślał o czymś takim. Wszystko wydawało się dopracowane na ostatni guzik.
Dzień mijał za dniem, miesiąc za miesiącem, aż w końcu zostały mi dwa dni do powrotu na Ziemię. Stwierdziłam, że przedostatniego dnia będę trenować, a drugiego odpoczywać. W końcu trzeciego miała rozpocząć się walka, gdzie musieliśmy się stawić na macie turniej u potwornego Komórczaka.
Po lekkim śniadaniu ruszyłam do codziennej czynności. Kopałam, skakałam, strzelałam, latałam, aż w końcu przypomniało mi się, że zapomniałam wytrenować ogon. W ogóle tak się zawzięłam, by osiągnąć nową, i wciąż nieosiągalną super moc, że wypadło mi z głowy niwelowanie największych słabości. Czy miałam wystarczająco czasu? Wcale. Pozostało mieć nadzieję, że choć trochę uda mi się coś wskórać nim zabije dzwon. Wyobraziłam sobie, jak Vegeta z odrazą odrywa moją saiyańską własność. Ogon to słabość! Pozbądź się go! — wyszeptał jego głos w mojej głowie. Po moim trupie!
Ostro zabrałam się za uciskanie ogonka w palcach. Sprawiało mi to ból, lecz starałam się opanować to uczucie, ciskając ogon jeszcze mocniej. Za każdym razem ledwo stałam na nogach, by następnie paść na twarz umęczona jak po mega maratonie. Miałam ochotę zemdleć. Nie chciałam tego przyznawać, ale książę miał rację — mój ogon był w tej chwili przekleństwem. Każdy, kto znał słabość Saiyan, mógł mnie podejść, a następnie zabić.
Pomyślałam sobie, że dla urozmaicenia treningu mogłabym spacerować, ale dopiero po tym, jak już będę w stanie ustać... Było to dla mnie wręcz niemożliwe. Za każdym razem, gdy ścisnęłam puchatą kończynę, przeszywał mnie paraliżujący prąd, kończący się omdleniem. Bardzo żałowałam pozostałego czasu.
Jak siły ponownie zawitały w moim ciele, ponowiłam próbę i od nowa i od nowa. Wiadomo, jak to się skończyło. Stwierdziłam wreszcie, że to nie ma najmniejszego sensu. To wyglądało gorzej niż walka z misterną Mandarkerą. Potrzebowałam czegoś do usprawnienia treningu. Każdorazowe wypuszczenie z rąk ogona było porażką, nad którą nie potrafiłam zapanować. Wreszcie doznałam olśnienia. Trunks podarował mi sakwę ze wstążką! Idealnie nadawała się do zadania. Czemu wcześniej na to nie wpadłam? Dlaczego od razu jej nie przywiązałam do ogona? Zmieliłam przekleństwo w ustach, pędząc na złamanie karku do kopulastej budowli, gdzie na stoliku leżała porzucona przeze mnie sakiewka w dniu przybycia. Wreszcie z entuzjazmem obwiązałam najsłabszy punkt na ciele. Nie za mocno, by nie zemdleć, lecz nie zbyt luźno.
Pomysł okazał się idealnym rozwiązaniem. Miałam wolne ręce, by wspierać się przed upadkiem, by móc przemierzać okolicę, choćby czołgając się, ale jednak pozostając w ruchu. Trening do złudzenia przypominał ten pod wpływem miażdżącej mocy magicznego kamienia. Sytuacja wyglądała jednak nieco inaczej — przed oczami nie majaczyły mi mroki, przypominające czarne demony. Nie byłam gnieciona niewidzialną siłą, a jedynie mocno osłabiona. Kręciło mi się w głowie, z początku słyszałam piszczenie w uszach, lecz z czasem byłam w stanie się przystosować. Gdy następowała poprawa, obwiązywałam ogon mocniej. I od nowa.
Zrobiło się nienaturalnie zimno, tak nagle. Oznaczało to, że nadeszła noc. Rozejrzałam się za jedyną budowlą na tym pustkowiu, by w razie potrzeby wiedzieć, w którą stronę się udać. Niestety nie mogłam jej dostrzec. Z niedowierzaniem ponownie przeczesałam wzrokiem teren. Nie chciałam panikować, ale to uczyniłam. Zerwałam się w jedną, a później w przeciwną stronę. Nie mogłam się przecież zgubić! To musiał być jakiś absurd! Cały czas pilnowałam się, by do tego nie dopuścić. Nie mogłam przecież odejść daleko.
Wzbiłam się może na dwadzieścia metrów, by odnaleźć obiekt moich poszukiwań. Na próżno. Nic nie dostrzegłam poza bezgraniczną szarością spotęgowaną niską temperaturą. Nicość kolejny raz stała się przytłaczająca, mimo iż zdążyłam się do niej przyzwyczaić przez ten czas. Wróciłam na dół z posępną miną. Nie mogłam uwierzyć, że dopuściłam do takiej sytuacji.
Usiadłam bezradnie na podłożu, zastanawiając się co robić. To był po prostu absurd, czysty nie fart, złośliwość losu, ot co! Siedząc jak zbity pies, ponownie poczęłam rozglądać się po okolicy, wpatrując wyjścia. Nawet zdawałam sobie sprawę, że to bezsensowne. Siedząc w jednym miejscu, nie mogłabym niczego dopatrzyć. Beznadziejność sytuacji jednak mnie przytłaczała, a rozglądanie się dookoła niejako miało podnieść mnie na duchu. Bezskutecznie. Wreszcie skupiłam swój wzrok na ogonie przyozdobionym żółtą wstęgą. Nawet nie zauważyłam, kiedy przestała mi ciążyć więc zacisnęłam ją mocniej. Delikatnie zakręciło mi się w głowie. Nie było czasu na wzdychanie, odpoczywanie czy lament. Musiałam jak najszybciej odnaleźć wyjście z tego przeklętego miejsca i ruszyć na turniej.
Czas mijał, a ja wciąż wędrowałam. Bez rezultatu. Odporność na ucisk stopniowo rosła, tak samo, jak frustracja z obecnej sytuacji. Temperatura spadła poniżej zera, a ja nie miałam przy sobie płaszczu, by się nim opatulić. Zmęczona, obolała i głodna padłam na zimne podłoże, rezygnując z dalszej wędrówki. Potrzebowałam odpoczynku. Spanie w lodowatej nicości nie było dobrym pomysłem, ale na nic więcej nie miałam sił. Zasnęłam dość szybko, a kiedy się ocknęłam, było już bardzo gorąco. Upał dokuczał tak mocno, że miałam wrażenie, iż zaraz upadnę, a dopiero co się podniosłam. Pojawiło się potworne pragnienie.
Człapałam w nieznanym mi kierunku, starając się iść cały czas w jedną stronę. Wreszcie podwinęła mi się noga i wywinęłam orła. W ostatniej chwili zasłoniłam twarz, by w razie co nie wybić zębów. Westchnęłam ciężko ze zrezygnowania. Czy jeszcze długo miałam błądzić po tym cholernym miejscu? Jednak mimo niechęci podniosłam się, ociężale ruszając przed siebie. Znów. Myśl o tym, że przez głupotę mogłam przegapić turniej, podnosił mi ciśnienie. To z kolei pozwalało mi na dalszą tułaczkę. Żołądek krzyczał z głodu. Jedynym pocieszeniem był fakt, że do zamknięcia się drzwi wymiaru miałam pół roku. Do tego czasu na pewno znalazłabym wyjście. Tylko czy byłoby ono po drugiej stronie czynne? Jeśli Komórczak miał zwyciężyć, nie było co liczyć na szczęśliwy powrót.
Nie chciałam myśleć o tym, co by było, gdybym została tutaj na zawsze. Nie mogłam dopuścić do siebie takiej myśli! Ja musiałam stawić się na tym przeklętym turnieju! Nie mogło mnie to ominąć. Nie po to tutaj wchodziłam, żeby zostać w tej bieli aż do śmierci!
Wzięłam do płuc niemałą ilość gorącego powietrza. Był nie przyjemny, zupełnie jak na przeklętej planecie Sand. Po długich godzinach poszukiwań wpadłam w furię. Zaczęły dokuczać mi miraże. Za każdym razem, kiedy widziałam wyjście z tej cholernej sali, okazywało się, że to było tylko przywidzenie… Zaczynałam powoli mieć wrażenie, że utknę tu na zawsze. Traciłam wszelką nadzieję. Ta, która nie dała się złamać bestialstwu Organizacji i ta sama, która uparcie ufała sobie, iż jej brat żyje, ba, że go odnajdzie! A teraz? Nie miałam mocy na żadne przeświadczenia.
Przeraziło mnie moje myślenie i poddanie. Gdzieś we wnętrzu poczułam bolesne ukłucie, które nie dawało mi spokoju, nie pozwalało oddychać, ani myśleć. Narastający gniew na swe jestestwo sprawiał, iż krew w żyłach zaczęła wrzeć. Niespodziewanie wróciły mi siły nie tylko witalne, ale i zapał do dalszego działania. Księżniczka przecież nigdy się nie poddaje! NIGDY.
Kolejny raz podniosłam się z podłoża. Zacisnęłam zęby na wardze, głośno stękając. Marzyłam o chłodnej kąpieli w strumyku. O szeleście liści na wietrze i o przyjemnym ciepłym słońcu na twarzy. To wszystko miało przepaść! Nie chciałam pożegnać się z tymi odczuciami, a spełnić je w najbliższym czasie. Sapnęłam w gniewie. Chociaż nogi trzęsły się jak galarety, to usiłowałam iść dalej. Przed siebie. Upadek, podniesienie się. Kolejny upadek. Nie mogłam się poddać. Nie teraz, nie tutaj. Nie w ten sposób!
Znowu temperatura się zmieniła. Mijała kolejna doba, a ja winnam była właśnie opuszczać tajemniczy wymiar. Vegeta musiał stać przed drzwiami, wyczekując mego powrotu. Nic takiego jednak nie mogło mieć miejsca. Leżałam w kałuży własnego potu, wpatrując się w białą otchłań. Prawdę mówiąc, nie miałam ochoty nawet na nią patrzeć. Była przeklęcie wkurzająca i mdląca jednocześnie. Niestety, byłam zmuszona mieć oczy szeroko otwarte na wypadek, gdyby te przeklęte złudzenia miały okazać się prawdą.
Użalając się nad przeklętym losem, poruszyłam ogonem i doznałam oświecenia. Potrzebowałam energii. Nie dużo, ale tyle, by móc wznieść się ku górze, skąd byłoby mi łatwiej wrócić do budowli. A przynajmniej chciałam mieć taką nadzieję. Zerwałam żółtą wstążkę, jednocześnie łapiąc haust chłodnego powietrza. To było to. Mogłam oddychać! Wziąć większy wdech. Zawirowania ustały. Nie czułam się wcale lepiej, ale to wystarczyło, by móc cokolwiek zrobić. Tak się zestresowałam swoim beznadziejnym położeniem, że zupełnie zapomniałam o swoim treningu.
Podniosłam się, wzięłam nosem, po czym wykonałam oczyszczający umysł wydech ustami. Ostrożnie wzbiłam się w powietrze. W duszy powtarzałam sobie, że odnajdę drogę, że wyjdę i nigdy więcej tu nie wrócę! Nie ukrywajmy, każdy chciałby wrócić do miejsca, w którym czas płynie inaczej i szybko. Może się wzmocnić, nie tracąc dni, miesięcy czy lat na osiągnięcie celu. Ale nie ja. Nie po tym, co przeżyłam. Strach, że mogłabym zgubić się ponownie i nie mieć szansy na powrót... Paraliżowała.
Nie tracąc nadziei, dłuższy czas utrzymywałam jednostajny lot. Momentami miałam dość. Marzyłam, by przestać, upaść i zasnąć, lecz czas, który tutaj spędziłam w strachu, nie pozwalał mi na takie zachowanie. Biłam się z własnymi myślami. Była to tak zacięta wojna, że wreszcie w amoku dostrzegłam majaczący kształt w oddali. Przystanęłam, otarłam pot z czoła. Byłam wycieńczona. Wiedziałam, iż znowu mam omamy, jednak nie mogłam przejść koło nich obojętnie. Nawet zwidy mogły być prawdziwe. Gdybym je ominęła, a później okazałoby się, że znalazłam wyjście... Nigdy bym sobie nie wybaczyła.
Majaczący w oddali punkt powiększał się, nabierał kształtów, aż wreszcie przestał dygotać. Moim oczom ukazała się kopulasta budowla z dwiema potężnymi klepsydrami po bokach. W momencie oczy zaszły mi mgłą. Gdybym miała czym, zaczęłabym płakać. Nie sądziłam, że kiedykolwiek rzeczy martwe doprowadzą mnie do takiego stanu. Organizm nie miał jednak czym zaszlochać. Ruszyłam do przodu, powłócząc nogami i ogonem. Z każdym krokiem byłam coraz słabsza. Nie mogłam jednak się poddać. Nie wolno mi było. Nie w tej chwili. Ostatni krok, jaki wykonałam, sprawił, że upadłam. Ostatkiem sił doczołgałam się do białych, marmurowych stopni.
***
OOcknęłam się, przecierając piekące oczy. Czułam się jak zardzewiały wrak. W ustach miałam największą pustynię świata. Spojrzałam przed siebie i dostrzegłam coś dziwnego. Zamrugałam kilkukrotnie, zdając sobie jednocześnie sprawę, że patrzę na schody prowadzące do budynku. Chwilę mi zajęło pojęcie sytuacji. Jak znalazłam się w tym miejscu i wcale to nie był zwykły trening i zwyczajne zaśnięcie z wycieńczenia. Wiele godzin zmagałam się z powrotem do tego miejsca. Gdy już mój mózg przetrawił wszystkie informacje, zerwałam się na nogi, by pognać do środka. Niestety zachwiałam się i upadłam. Sen może dał mi odrobinę siły, jednak nie wystarczająco dużo by się forsować na wariata. Entuzjazm jednakowoż wygrał z rozsądkiem. Uspokajając szalejące w piersi serce, powoli wgramoliłam się na stopnie, a następnie udałam się w miejsce, gdzie zostawiłam swoją płachtę i magiczny kamień. Spojrzałam na zegar. Minęło siedem miesięcy od mojego wejścia. SZLAG!
Czas, który tutaj spędziłam, był jak kubeł zmrożonej cieczy. Miesiąc. Tyle mi zajęło poszukiwanie drogi powrotnej?! Nie mogłam w to uwierzyć. Czy oznaczało to, że tygodniami leżałam bezwładnie w bieli? To cud, że nie umarłam w tym miejscu! Na samą myśl żołądek się zasupłał. Jak to możliwe, że nie przekręciłam się z głodu i pragnienia? Czy determinacja powrotu była tego powodem? Niestety nie miałam czasu jeść, musiałam stąd jak najszybciej wyjść!
Poczłapałam do drzwi. Zanim moim oczom ukazał się Rajski Pałac, oślepiło mnie światło, zapewne oddzielające dwa wymiary. Chciałam wbiec na środek dziedzińca, krzycząc wniebogłosy, że wróciłam. Niestety mogłam to uczynić jedynie we własnej głowie. Osłabiona z trudem doczłapałam się do wyjścia. Nie zdążyłam nawet zamknąć wrót, kiedy upadłam na kamienną posadzkę. Ten rozpad był zgoła inny — radosny. Wróciłam.
Spóźniłam się. Świadczyła o tym również pusta okolica. Nikt na mnie nie czekał. Westchnęłam ciężko. Nie tak sobie wyobrażałam powitanie. Zasłużyłam sobie. Jednak po jakimś czasie pojawił się Dende, nieśmiało oświadczając, że walka toczy się już od paru dobrych godzin, ale wciąż jest daleka rozwiązaniu. Pomógł mi wstać. Spoglądał z troską i obawą.
— Gdybym się nie zgubiła... — Zaczęłam swój marny wywód.
— Zgubiłaś się? — przerwał mi.
— Tak — odparłam z goryczą, spoglądając gdzieś w siną dal. Wstyd było mi spojrzeć młodemu bogowi w twarz.
— Cieszę się, że odnalazłaś drogę.
Na samą myśl się skrzywiłam. Roztrząsanie niedoszłego zajścia nie miało w tej chwili żadnego sensu. Musiałam ruszać w dalszą drogę. Tam w dole toczyła się walka, a ja nie miałam pojęcia, co zaszło pod moją nieobecność. Czy mój brat był bezpieczny? Czy ktoś jeszcze ucierpiał? W głowie obijały się o siebie myśli, a ja nie wiedziałam, o co zapytać w pierwszej kolejności.
— Nie mam czasu na pogawędki! — krzyknęłam, starając się dobiec do skraju pałacu. Bardziej przypominało to chód na wpół martwego stwora. — Czas nagli!
— Poczekaj! — zawołał z troską nowy Wszechmogący. — Jesteś wyczerpana. Tak na pewno nikomu nie pomożesz.
Spojrzałam na przedmówcę wielkimi oczyma. Owszem, byłam na skraju wytrzymałości. W dodatku nie jadłam od miesiąca i według chłodnej kalkulacji większość czasu przeleżałam nieprzytomnie na białym podłożu. W momencie ugięły się pode mną nogi, a żołądek boleśnie dał o sobie znać. Poczułam jak płoną mi policzki, gdy Dende spojrzał na mnie wielkimi oczyma.
Po tym, jak Namekanin z uzdrawiającymi mocami udzielił mi pomocy, zeskoczyłam w dół. Na szczęście wiedziałam, gdzie odbywał się turniej, toteż nie miałam większego problemu obrać kursu, z resztą Gokū uczył mnie, jak odszukiwać energię także przy maksymalnym skupieniu nie było większego problemu w obraniu kursu. Starałam się jak najszybciej dostać się do reszty, a nie wyczuwałam w tej chwili żadnej walki. Czy właśnie robili sobie jakąś przerwę?
Leciałam z zawrotną prędkością. Ledwo dostrzegałam, co się znajduje w okolicy. Nie dbałam o to, czy wiatr zasłania mi widoczność, czy oczy wysychają od nadmiaru powietrza. Musiałam jak najszybciej dostać się w wyznaczone pole turnieju. Zdawałam sobie sprawę, iż tylko brakowało mnie.
Słońce na niebie było już bardzo wysoko i nie dostrzegałam nigdzie żadnej chmury. Zapowiadał się piękny dzień, ale czy dla wszystkich? Czy planeta tego dnia też miała mieć dobry czas? Czy może jednak było to z jej strony pożegnanie, w pięknych barwach, ze stoickim spokojem?
Miałam nadzieję, że to pierwsze.
Do głowy wszedł mi obraz zawiedzionego księcia Saiyan. Zacisnęłam pięść, z myślą jak musi na mnie kląć. Nieposłuszna siostra. Podstępna żmija, która specjalnie opóźniła swoje wyjście z komnaty. Byłam szczerze zaskoczona, iż nie został w pałacu, czekając na mnie, by tylko wyjechać z pełną gębą przekleństw. Nic jednak takiego się nie wydarzyło. Powitała mnie pustka. A może właśnie nie zamierzał na mnie czekać? Najwidoczniej w nosie miał moje opóźnienie.
Im bliżej byłam, tym napięcie rosło coraz bardziej, a gdy wreszcie w oddali zobaczyłam sporych rozmiarów dziurę, z nieukrywanym zaskoczeniem na twarzy doleciałam do reszty. Wylądowałam obok Tien Shinhana. Mężczyzna jeknął nie kryjąc przy tym zaskoczenia. Zdziwiłam się, bo myślałam, że wszyscy potrafią wychwycić czyjąś energię i moja obecność nikogo nie zszokuje.
— Wybaczcie za spóźnienie, coś mi wypadło! — zawołałam, spoglądając po kolei na wojowników, którzy stali na wzniesieniu.
Vegeta warknął, a może jednak prychnął? Jego zachowanie było typowe. Żadnego innego nawet nie można było się co spodziewać. Gbur. Nie pamiętałam go takiego, gdy mieszkaliśmy na Vegecie, ale możliwe, że po prostu nie miałam okazji się z tym spotkać. Bolało mnie, że traktowana byłam przez niego z uprzedzeniem. Wiedziałam, że był mym bratem, a jednak nie był tą samą osobą, jaką zapamiętałam. Łypał na mnie tymi swoimi węgielkami, oczekując wyjaśnień i to natychmiast. A może miałam zakrzywiony obraz? Może nie pamiętałam wszystkiego? Byłam przecież tylko małym smarkaczem.
— No… — mruknęłam wstydliwie, jednocześnie oglądając swoje białe buty. — Się zgubiłam... No wiecie... W tej sali treningowej. Nic takiego... Ważne, że dotarłam co nie?
— To wyjaśnia, czemu nie wyszłaś z sali na czas. — skwitował Trunks.
— To niczego nie wyjaśnia — prychnął książę. — Miałaś się pilnować. Tak robią prawdziwi wojownicy.
Zaśmiałam się nerwowo, a po chwili spoważniałam, widząc nieziemsko złą minę starszego brata. Wiedziałam, że tak będzie, a mimo to się bardzo przerażała mnie ta sytuacja. Przecież specjalnie tego nie zrobiłam! Świadomość, iż zawiodłam oczekiwania swego brata były bardzo boleśnie upokarzające. Chciałam mu pokazać, że jestem kimś, że potrafię być wojownikiem. Stało się jednak inaczej. Nie potrafiłam wykonać prostego polecenia — nie zgubić się w przeklętym innym wymiarze.
— Dobra, nie roztrząsajmy tego — burknęłam niemrawo. — Jestem. Chyba to się liczy? A tak poza tym to coś mnie ominęło? Mata gdzieś wyszła.
Zwróciłam uwagę na kolosalnych rozmiarów krater. Nikt poza Bulmą dotąd nie wiedział, że odwiedziłam to miejsce. Dotąd mogłam to ukrywać, lecz gdy tylko spostrzegłam gigantyczną dziurę w miejscu, gdzie niedawno znajdowała się idealna figura geometryczna stworzona z białych kamieni, nie mogłam tego po prostu nie skomentować.
— Cześć. Jak do tej pory to nie wiele poza tym, co zauważyłaś. — Głos zabrał Son Gohan, delikatnie się uśmiechając — Tato wciąż walczy, a Komórczak zniszczył matę, bo mu się znudziło walczyć fair.
Odwróciłam się we wspomnianą stronę, by dostrzec, co się działo na dole. Wszystko wyglądało na to, że zabawa trwała w najlepsze, jak do tej pory. Ani Gokū, ani tez jego przeciwnik, nie zauważyli, że przybyłam na miejsce zdarzenia.
— Co oni właściwie robią? — zapytałam powoli.
— Chyba rozmawiają — odparł Gohan.
— A tamci? — Wskazałam palcem na parę postaci w dole. — Czyżby mięso armatnie?
Na te słowa Kuririn parsknął śmiechem, jakbym opowiedziała świetny dowcip. Poza nim tylko Trunks delikatnie poruszył kącikiem ust. Była szansa, że nie należał do sztywniaków. Nie mniej, jak inaczej miałam określić Ziemian, którzy szukali guza.
— To banda debili! Myśleli, że pokonają cyborga. Typowe klauny. — Wyjaśnił pokrótce były mnich, machnął ręką, po czym się roześmiał. — Pokazali niezłe show!
— Nie wątpię... — burknęłam, przewracając oczami, a jednocześnie wyobrażając sobie tę scenkę, w której próbują zaatakować Komórczaka.
Zachichotałam na samą myśl, bo jednak zdawało się to komiczne. Czy tylko ja i ten łysol mieliśmy jakieś poczucie humoru? Hejże, świat się jeszcze nie skończył!
— Czego rżysz ośle? — warknął książę. — Szkoda, że ich nie pozabijał.
Mężczyźnie w pomarańczowym gi zrzedła mina. Odwrócił się w stronę nieznanego mi wysokiego czarnowłosego człowieka i szepnął mu coś na ucho. Oczywiście nie do słownie, bo nie sięgał wzrostem, ale tamten zdecydowanie dosłyszał, gdyż cicho zaśmiał się na tylko jemu znane słowa. Spojrzałam na brata, również tracąc wesołą minę. Nie posiadał się z radości. Zresztą, kiedy bywał zadowolony? Miałam wrażenie, że coś ewidentnie mu nie pasuje. Odkąd spotkaliśmy się ponownie, wiecznie było coś nie tak.
— Jak to zabić? Czy mieszkańcy tej planety w ogóle wiedzą, z czym się mierzymy? — zaciekawiłam się.
— Niestety ludzie nie znają swojego zagrożenia. Nigdy nie brali udziału w wojnie o Ziemię. — Son Gohan ponownie zabrał głos. Wydawał się smutny. — Nawet telewizja przyjechałaby pokazać walkę całemu światu, bo myśleli, że tamci załatwia robotę.
— Żartujesz? — Wytrzeszczyłam oczy. — A to czuby! Żaden ziemianin nie jest w stanie pokonać tego potwora. Jak udało im się przetrwać stulecia, gdy wokoło Czają się takie istoty?
Tien Shinhan i nieznany mi mężczyzna o krótkich, niedbale przystrzyżonych czarnych włosach, który także miał na sobie pomarańczowy kombinezon spojrzeli na mnie z ukosa. Vegeta lekko uśmiechnął się na tę uwagę.
— Nie zapominaj, że my też jesteśmy rdzennymi mieszkańcami tej planety. — Zabrał głos trójoki.
— Nasza Ziemia jest daleko położona od innych zamieszkałych planet. — Wtrącił syn Gokū. – Nie wiem, gdzie znajduje się twój dom i kto go otacza, ale obok nas nie ma nikogo. Widać nikomu nigdy nie było po drodze do nas.
— Z wyjątkiem Saiyan. — zauważyłam kąśliwie. — A ściślej to Kosmicznej Organizacji Handlu.
— Tak — mruknął Tien Shinhan.
— Mój ojciec był tutaj pierwszy — Tym razem odezwał się Piccolo.
Przyjrzałam się Namekanowi i zrozumiałam, że przecież nie znałam jego historii, a zdawało się, iż była nad wyraz interesująca. Kimkolwiek był jego przodek, widać poszło w zapomnienie. Po walce z Komórczakiem musiałam się dowiedzieć, jak to się stało, że wspomniany przez niego ojciec wylądował na tej planecie i w ogóle, dlaczego opuścił swoją Namek? Była ona przecież bardzo, ale to bardzo daleko stąd.
Postanowiłam jednak zmienić temat. Coś jeszcze nie dawało mi spokoju, w dodatku to coś wwiercało swój wzrok w moją osobę, a o ile wiedziałam nie byłam eksponatem muzealnym.
— Kim jest ten Ziemianin? — zapytałam, wskazując palcem na nieznajomego.
Mężczyzna z blizną na policzku i równie ciemnych tęczówkach co ja spojrzał mi prosto w oczy. Nasze spojrzenia się spotkały. W żadnym wypadku nie wyglądał groźnie.
— O to samo chciałem zapytać. — Rzucił, odwracając wzrok.
To, że należał do ziemskiej szajki, już się zdążyłam domyśleć.
— Nie zapominaj, że my też jesteśmy rdzennymi mieszkańcami tej planety. — Zabrał głos trójoki.
— Nasza Ziemia jest daleko położona od innych zamieszkałych planet. — Wtrącił syn Gokū. – Nie wiem, gdzie znajduje się twój dom i kto go otacza, ale obok nas nie ma nikogo. Widać nikomu nigdy nie było po drodze do nas.
— Z wyjątkiem Saiyan. — zauważyłam kąśliwie. — A ściślej to Kosmicznej Organizacji Handlu.
— Tak — mruknął Tien Shinhan.
— Mój ojciec był tutaj pierwszy — Tym razem odezwał się Piccolo.
Przyjrzałam się Namekanowi i zrozumiałam, że przecież nie znałam jego historii, a zdawało się, iż była nad wyraz interesująca. Kimkolwiek był jego przodek, widać poszło w zapomnienie. Po walce z Komórczakiem musiałam się dowiedzieć, jak to się stało, że wspomniany przez niego ojciec wylądował na tej planecie i w ogóle, dlaczego opuścił swoją Namek? Była ona przecież bardzo, ale to bardzo daleko stąd.
Postanowiłam jednak zmienić temat. Coś jeszcze nie dawało mi spokoju, w dodatku to coś wwiercało swój wzrok w moją osobę, a o ile wiedziałam nie byłam eksponatem muzealnym.
— Kim jest ten Ziemianin? — zapytałam, wskazując palcem na nieznajomego.
Mężczyzna z blizną na policzku i równie ciemnych tęczówkach co ja spojrzał mi prosto w oczy. Nasze spojrzenia się spotkały. W żadnym wypadku nie wyglądał groźnie.
— O to samo chciałem zapytać — rzucił, odwracając wzrok, jednocześnie splecającręce na wysokości piersi.
To, że należał do ziemskiej szajki, już się zdążyłam domyśleć. Nie wiedziałam jedynie jak zwracać się do tej istoty, o ile zadzie taka potrzeba.
— Nasze maniery... To jest Sara — Przedstawił mnie Trunks z nieśmiałym uśmiechem na twarzy.
— Moja siostra — dodał cicho Vegeta, a na jego twarz wypłynął szyderczy uśmiech.
Gdybym go nie obserwowała, może bym nie zauważyła, ale ewidentnie zależało mu na tym, by zirytować człowieka, o którym wspomniałam. Pozostało mi dumnie wypiąć, jednocześnie pierś szczerząc zęby. Siostra Vegety, jak zacnie to brzmi. Nie co dzień mogłam to usłyszeć.
Facet, któremu mnie przedstawiono, nagle zrobił się sztywny i tylko gałkami ocznymi powędrował w stronę Saiyanina, który chwilę temu się wypowiedział. Jak nic bał się go, a zarazem bardzo musiał go nie lubić.
— To jest Yamcha i chyba zapomniał języka w gębie — zadrwił z niego Kuririn, szturchając łokciem w bok — Ten typ tak ma.
Wszyscy poza Vegetą i wspomnianym Yamchą się roześmieli. Książę zaszczycił nas perfidnym uśmieszkiem. Coś między nimi było. Nie miałam pojęcia co, ale w tej chwili w ogóle mnie to nie interesowało.
Odwróciłam się w stronę miejsca, gdzie widniała ogromna dziura zamiast maty, wyczekując akcji. Miejsce, w którym się znajdowaliśmy, było najlepszym z możliwych do obserwacji. Wszystko było idealnie widać, więc można by śmiało się rozsiąść i podziwiać spektakularne widowisko, na które tak pieczołowicie się przygotowywałam. Czas było zabrać się za poważne sprawy, którymi nie potrafiła sobie dotąd zaprzątać głowy. Dziś jednak zdałam sobie sprawę, że los wielu istot była na włosku, a oni nawet nie zdawali sobie z tego sprawy. Dlaczego? Nie potrafiłam jeszcze odpowiedzieć sobie na to pytanie.

~Odea
OdpowiedzUsuń13 lutego 2009 o 4:40 PM
Rozdział fajny!Dziwię się, że udało jej się znaleść wyjście z sali xDTeraz turniej komórczaka! Nie moge się doczekać.Wybacz, że tak krótko, ale nie mam czasu za bardzo. W końcu już w poniedziałek do szkoły, wypadało by się za coś wziąć ;))Czekam na kolejny rozdział i pozdrawiam!
~Bryonly
OdpowiedzUsuń13 lutego 2009 o 5:30 PM
Droga Killall!
Rozdział jest wspaniały!Biedna Sara, musiała się czuć strasznie kiedy nie mogła znaleźć budynków.Muzykę dobrałaś doskonale! A właściwie muzyki, bo są dwie ;).Już się nie mogę doczekać opisu walki z Komórczakiem ;D.A co do walentynek…to dziękuję, za życzenia, ale ja ich raczej obchodzić nie będę. Dlaczego? Nie mam chłopaka.Haha, spędzę walentynki sama. Muszę jeszcze wmówić sobie,że się z tego cieszę i będzie dobrze ;).Bardzo ładny nagłówek! :)).Pozdrawiam! ;*
~Lenka
OdpowiedzUsuń14 lutego 2009 o 7:07 AM
Kochana Killall!
Ja także mam dość szkoły.Dziś będę brała się za rysowanie autoportretu, który powinnam oddać dwa tygodnie temu.Koszmar.Ale ja tu nie po to, żeby się żalić, ale rzeby skomentować notkę.;DSara powinna się pocieszyć.Morderca jej rodu w końcu zginął z ręki Saiyanina, w dodatku jej bratanka.Powinna wyrwać ogon. Nie jest jej potrzebny, a niestety trzeba godzić się z przeszłością.On jej tylko niepotrzebnie wszystko przypomina.Vegeta ją zabije.^^”Współczuję spotkania z naszym księciem i życzę powodzenia w walce!Z niecierpliwością oczekuję także nowego odcinka.Pozdrawiam,
~Izunia.
OdpowiedzUsuń14 lutego 2009 o 4:25 PM
Droga Killall!
Rozdział ciekawy. Głównie przez to, że Sara się zgubiła ^^ (wredna Izunia). Hm, zastanawia mnie jednak fakt, jak Saiyanka wyszła z sali, skoro się spóźniła. Przecież, jeśli siedzi się tam dłużej niż rok, to wrota się zamykają. No cóż, niedopatrzenie, jak mniemam. Błędów stanowczo mniej niż ostatnio, co mnie cieszy. Skomentowałabym dłużej, ale zaraz wychodzę. Pozdrawiam ;-)! P.S. Tak, moje ferie też dobiegają końca, tylko się załamać. P.S2. Poprzedni nagłówek bardziej mi się podobał, ale ten też nie jest zły ;-).
~Izunia.
Usuń14 lutego 2009 o 10:53 PM
Droga Killall!
Zwracam honor ;-). Byłam przekonana, iż Sara miała w końcu być w sali rok. Pozdrawiam! P.S. Współczuję 6 matm, ja mam 4 ;p
~Izunia.
Usuń17 lutego 2009 o 8:35 PM
Droga Killall! Ach, te buty. Czubki jeszcze są na swoim miejscu, w nienaruszalnym (chyba przesadziłam) stanie xD. Widzisz, ja też nie mam zielonego pojęcia jak je zniszczyłam. Wyszłam kilka razy i po obcasie (chociaż są płaskie)!Chyba mam „szczęście” do wszelkiego rodzaju obuwia. Od niepamiętnych czasów jestem stałą bywalczynią u szewca ;-). Czasem nękam go ileś razy z jedną parą niesfornych ciżemek i wychodzi na to, że za tymczasową naprawę (bo za jakiś czas ponownie się rozwalą) płacę więcej niż bym miała zakupić nowe buty. No cóż, nie ma to jak być zdolnym ;-). A z tym sentymentem coś musi być. Ja też tak mam. A stopa niby (chociaż nigdy do końca nie wiadomo) mi już też nie rośnie. Jakieś cztery lata temu zatrzymała się na chlubnym rozmiarze: 37 (bywa też, że mieszczę się w 36, stąd stwierdzenie, że moja stopa zamiast rosnąć – maleje, zresztą jak ja sama). Takiemu krasnalowi (maksymalnie 163 cm.) to jednak pasuje ;-). Zresztą lubię swój wzrost. Chociaż chudziną nie jestem (wręcz przeciwnie xd) to i tak mieszczę się w najmniejsze rozmiary. Pozdrawiam ;-)! P.S. Powodzenia z butami i śniegiem ;p.
~crysania
OdpowiedzUsuń14 lutego 2009 o 5:06 PM
Dziwne, że masz aż sześć matm? Ja jestem w mat – fizie i też mam sześć.Twój nowy nagłówek bardzo mi się podoba :)A co do notki, to bardzo fajna, chociaż w tej sali nie było dnia i nocy, cały czas było tak samo i temperatura też się raczej nie zmieniała.To musi być okropne, błądzić po ‚próżni’ i wiedzieć, że można spóźnić się na tak ważną walkę. Mam nadzieję, że Sara szybko nadrobi spóźnienie i dogoni wojowników.Pozdrawiam serdecznie :)PS. Nowa notka na http://history-of-trunks.blog.onet.pl Zapraszam :)
~Mihoshi
OdpowiedzUsuń26 czerwca 2010 o 3:10 PM
Niezły pomysł z tym trenowaniem ogona, ciekawe czy przeniesie to oczekiwane rezultaty w walce. Vegeta pewnie się wścieknie, że Sara się spóźniła, ale ja jej się nie dziwię – zgubiłabym się tam od razu pierwszego dnia xD Oczekiwany turniej w końcu się zaczął ^^
Hej, hej, ja dodałam rozdział, tym razem szybciej niż zwykle. :D Przy okazji, widzę, że zmieniłaś szatę graficzną, wygląda ładnie, ale nie jest za wąski pasek na tekst? ;)
OdpowiedzUsuńHaha, dobrze, że jednak się wydostała z komnaty i zdążyła na turniej!
OdpowiedzUsuńZnowu podobał mi się humor w tym rozdziale 🤭 ona mnie rozbraja! Krillin też, a Vegeta jak zwykle ma kija w swoim dumnym saiyanskim tyłku!
Bardzo mi się podobają Twoje dialogi, nie wiem, czy już o tym pisałam, ale nie dość, że są takie prawdopodobne (w sensie zgodne z DB, dosłownie każdą kwestię mogłaby wypowiedzieć każda postać) to jeszcze są takie żywe i zabawne!
Dziekuje! Staram sie jak moge. Bardzo mi milo, ze tak uwazasz, a moje postacie (tzn. Akiry) nie odbiegaja od pierwowzoru :)
UsuńHejeczka,
OdpowiedzUsuńwspaniały rozdział, zgubiła się w sali treningowej, ale ja zastanawiam się czy i innym jednak to się nie zdarzyło...
Dużo weny życzę...
Pozdrawiam serdecznie Iza