— Frezer ma kłopoty! — Wrzasnął Recom wyskakując z olbrzymiego fotela.
Nastała ni to panika, ni to entuzjazm. Armia Frezera biegała jak po jednym z dwóch macierzystych statków swojego władcy. Były to dwa największe pojazdy należące tylko i wyłącznie do Changelinga. Każdy inny pomniejszy był częścią Kosmicznej Organizacji Handlu, bez względu, na to, kto go zbudował i czy nie został uprowadzony, a jego załoga zgładzona. Nikt w końcu nie miał prawa stanąć im na drodze do władzy.
— Przygotować kapsuły! — rozkazał Ginyū.
— Tak jest — odparł posłusznie jeden z podwładnych, maszynista bądź operator kapsuł kosmicznych.
Zresztą czy to było ważne, kim był? Należał do wiernych zastępów tutejszych zdobywców planet.
— Jaki kurs kapitanie? — zapytał inny członek załogi, możliwe, że nawigator czy coś w tym rodzaju.
— Na Namek — odpowiedział krótko.
Czy to oznaczało, że teraz my lecieliśmy na ten Namek? Ten sam, gdzie wcześniej wyruszył Natto? Że w końcu przyszła ta chwila, by dowiedzieć się, czym były jakieś tajemnicze kule? Bardziej jednak chciałam spotkać pobratymca. Wśród tych wszystkich przydupasów Organizacji czułam się jak intruz. Na każdym kroku czułam stres związany ze zdemaskowaniem albo po prostu unicestwieniem. Nawet nieobecność Dodorii nie dodawała mi otuchy. Za dużo ukrywałam i ze strachem kładłam się spać, jak i opuszczałam swoją kajutę.
Pobiegłam do kapitana Armii Ginyū tak szybko, jak pozwalały mi na to moje krótkie nogi.
— Co się stało kapitanie? — wydyszałam pospiesznie.
— Frezer ma kłopoty — odparł spokojnie przeglądając bazę swojego scoutera.
— Kłopoty?! — zszokowało mnie.
Żeby tyran południowej galaktyki był w opałach? Ten, który niszczył wszystko, co stanie na jego drodze? Była to nad wyraz niebywała informacja, zupełnie jakby deszcz miał spaść w przestrzeni kosmicznej. A jednak Ginyū miał poważną minę, co nie oznaczało głupiego żartu.
— Na Namek doszło do komplikacji — oświadczył lekko zdenerwowany — Istoty z innej galaktyki chcą posiąść kryształowe kule.
— Gadasz? — wybuchłam entuzjazmem. — Inni przybysze?
Mężczyzna jedynie mruknął wciąż przeklikując urządzenie zamontowane na lewym uchu. Zaraz jednak jego mina spoważniała i wyrzucił mnie z mostku. To, że jego dwóch kompanów od czasu do czasu mnie trenowało, jak i innych młokosów nie oznaczało, że wolno było mi się spoufalać. Czasami po prostu się zapominałam. Byłam dzieciakiem pełnym energii i niekończącej się ciekawości świata. Zresztą każda informacja mogła zawierać wiadomość od mego brata. Pod tym względem nie zamierzałam się poddawać. Jeśli by go zabrakło...
Pognałam ile sił w nogach do hangaru. Skoro niebawem mieli wylatywać, musiałam się tam znaleźć jeszcze przed wszystkimi. Tak jak się spodziewałam, kapsuły niebawem zostały przygotowane. Cokolwiek działo się na tym tajemniczym Namek, było bardzo ważne. Ludzie dosłownie potykali się o własne nogi, pracowali w pocie czoła, jakby zaraz miała nastąpić jakaś eksplozja.
Zauważyłam, że jest tylko pięć kapsuł, co oznaczało, że faktycznie szykowała się gruba akcja. Z opowieści wiedziałam, że załoga Ginyū leciała jedynie tam, gdzie naprawdę się działo coś poważnego. Po co by inaczej wzywać szwadron najlepszych z najlepszych? Zastanawiałam się, jak to by było polecieć z taką grupą ludzi w nieznane. Cokolwiek się działo, obawiałam się o życie Natto. Do tej pory zawsze wracał. W różnym stanie, ale nigdy wcześniej nie puszczano w jego stronę pogromców Changelinga. Bardzo chciałam wiedzieć, co się działo i czy mogłam liczyć na powrót ostatniego Saiyanina, jakiego przetrzymywano na tych statkach.
Nie wadząc nikomu, siedziałam pod ścianą. Wyczekiwałam momentu, w którym załoga mająca zasiąść do kapsuł zawita w hangarze. Albo długo kazali na siebie czekać, albo ja tak bardzo się nudziłam. A może raczej niecierpliwiłam, że odnosiłam wrażenie, iż czas stoi w miejscu? Wreszcie piątka wspaniałych wtargnęła do pomieszczenia. Szli z wypiętą piersią i dumą na twarzach. Dosłownie jakby oczekiwali poklasku, nim zajmą miejsca. Z naburmuszoną miną obserwowałam całą sytuację. Miałam ochotę krzyczeć, by zabrali mnie ze sobą. Gdzieś w środku miałam ciemne scenariusze. Oczywiście nie chciałam im pomagać! Pragnęłam jedynie dowiedzieć się czegokolwiek o swym pobratymcu.
Patrzyłam, jak załoga Ginyū Force zasiada w kapsułach kosmicznych i szykuje się do wystrzału z kursem na planetę zamieszkaną przez niejakich Namekan. Gdy poczułam, jak cierpnie mi siedzenie, podniosłam się i ruszyłam do przodu. Przy kokpicie z majstrował coś tutejszy pracownik. W pewnym momencie wcisnął guziki odbezpieczające kopuły, przez które miały wydostać się na zewnątrz kuliste pojazdy. Machnęłam ogonem, obserwując poczynania jaszczurzego kosmity. Niebawem zaczęło się odliczenie przez komputer, a zaraz kosmiczne, okrągłe pojazdy wystartowały ku niebu, by następnie zniknąć w morzu gwiazd. Jeszcze przez chwilę wpatrywałam się w miejsce, w którym moje oczy widziały maszyny po raz ostatni.
Nagle rozbrzmiał przeraźliwy dźwięk, a na głównym panelu miliona kolorowych przycisków zapaliła się czerwona syrena. Jaszczur warknął pod nosem, a następnie począł w gniewie wciskać jeden i ten sam przycisk. Dopiero potem zrozumiałam, że coś nie zadziałało i jedna z kapsuł nie opuściła krążownika. Za chwilę jaszczur przeklął siarczyście i pomaszerował do miejsca problemu. Zbadał teren i wrócił. Wreszcie nie wytrzymał i zdjął z głowy czapkę i rzucił nią o podłogę, by następnie na nią w złości nadepnąć.
Nasze spojrzenia się spotkały. Bez wyrazu spoglądałam w jego ślepia. Może nie znaliśmy się naprawdę, a jedynie z widzenia to mężczyzna przywołał mnie gestem ręki. Gdy byłam pewna, że właśnie o mnie chodziło, podeszłam ostrożnie. Jeśli planował zwalić na mnie nieudany start, miałam zamiar się bronić pięściami. Okazało się jednak, bym zajęła jego miejsce i wcisnęła odpowiedni guzik. On w tym czasie planował podejść do unieruchomionego pojazdu, a następnie go wyzwolić. Ja miałam wykonać polecenie we wskazanym przez niego momencie. Wszystko wydawało się proste. Nawet z dumą wypięłam pierś, ktoś mnie zauważył i liczył na mą pomoc. To było... chyba budujące?
Jaszczurogłowy nerwowo po raz ostatni przekazał mi instrukcję, po czym pobiegł na złamanie karku do miejsca problemu. Obserwowałam go w ciszy. Gdy na miejscu dokonał oględzin, w końcu pomachał, wykrzykując coś w stylu: Hej tam! Przytaknęłam, a następnie spojrzałam na panel, który tak naprawdę zignorowałam, kiedy tłumaczono mi jak z nim postępować. Opanowało mnie milion przycisków. Nie byłam do końca pewna, który wcisnąć. Duży czerwony, mały szary, czy jednak ten pomiędzy — biały. Zacisnęłam krzywo usta. Pamiętałam, że kilkukrotnie wskazywał mi szponiastym palcem który. Niemniej nie potrafiłam sprecyzować czy dobrze zapamiętałam. Stałam nieco z tyłu, trochę spłoszona i właśnie były tego efekt.
Zniecierpliwiony żołnierz krzyknął raz jeszcze, a ja postanowiłam, że wcisnę oba. Co mogło pójść nie tak? Na pewno nie zamierzałam wciskać ogromnego czerwonego. On dosłownie krzyczał, by tego nie robić. Aż taka nieobyta to nie byłam.
Cokolwiek robił ten drugi przycisk, nie miało znaczenia. Udało się. Kapsuła została zwolniona z hamulców, a następnie wystrzelona w silos. Któryś z żołdaków miał opóźnienie, ale najważniejsze, że się udało. Mogłam nawet być z siebie dumna, bo przyczyniłam się do tego. Jaszczur powrócił z wyszczerzonymi zębami. Nawet on był zadowolony. Uśmiechnęłam się do niego szeroko, opierając się dłonią o pulpit. Wciąż patrzyłam w wielkie żółte ślepia, wyczekując jakieś pochwały.
Nagle rozległ się przeraźliwy dźwięk. Był tak potężny, że drażnił nie tylko uszy, ale i żołądek. Rozległa się wrzawa i ludzie znajdujący się w hangarze rozbiegli się dookoła. Wreszcie zaczęli panikować i szukając przyczyny alarmu krytycznego. Zakryłam uszy dłońmi, najszczelniej jak potrafiłam, bo miałam wrażenie, że mi pękną! Nie miałam pojęcia, co się stało i pewnie dalej by tak było, gdyby nie fakt, że paru żołnierzy dosłownie wzniosło się w górę, choć nie wyglądali na takich, którzy by to zaplanowali. Coś ich wessało! Spojrzałam w górę ze wciąż przysłoniętymi uszami. Ogromna szklana kopuła unosiła się do góry w bardzo wolnym tempie, zasysając w przestrzeń kosmosu wszystko w swoim zasięgu.
— Jeśli tego nie zamkniemy, zabraknie nam powietrza! Wessie nas! — Przeraził się jeden z pomniejszych stworów.
Stanęłam jak wryta, zapominając o kłującym w uszy alarmie, zastanawiając się, co miałabym właściwie teraz zrobić. Nie chciałam tutaj umierać. Zaczęłam szybować po statku i wyłapywać przedmioty, które chciał zabrać kosmiczny pył i przestrzeń jak czyniła to większa część załogi statku. Chciałam się przydać, a może i wykazać. Tak samo, jak oni byłam przerażona tym, co właściwie się działo. I dlaczego? Przecież nie my, a Armia Frezera mieli lecieć w przestrzeń kosmiczną.
— Zróbcie coś! — krzyczałam w panice — Zróbcie coś z tym!
Parę osób z kolektywu odleciała bezpowrotnie. Straciła swoje życie, dusząc się bezwzględną próżnością kosmosu. Przykucnęłam na ziemię, najmocniej jak mogłam, łapiąc się jednego z kokpitów. Łzy spłynęły mi po policzkach. Nie byli przecież moimi przyjaciółmi jednak widok, w jaki sposób ich zabiło, wstrząsnął mną dogłębnie. To było potworne. Tuż przy próżni, która pochłaniała wszystko, jedne głowy eksplodowały, innym wychodziły z oczodołów gałki. Mimo tych makabrycznych scen patrzyłam na wszystko, wiedząc, że tak właśnie wygląda śmierć, ta, której mogłabym kiedyś nie uniknąć, ta, której chciałam dokonać na oprawcach swojego ludu. Ta, która mogła nadejść już za kilka chwil.
Guzik… Tak nagle przeleciało mi przez myśl, że mogłam być sprawcą obecnego precedensu. Czy to było możliwe? To ja zabiłam te wszystkie osoby? To ja włączyłam odpowietrzanie, narażając przy tym siebie samą? Puściłam się pędem w stronę paneli z nadzieją, że błyskawicznie zażegnam kryzys na mostku. Nie miałam pojęcia, przy którym byłam wcześniej. Klikałam po kolei każdy guzik, który wydawał mi się odpowiedni. Musiałam przyznać, że na oślep klikanie wcale nie musiało mi w niczym pomóc, bo przecież równie dobrze mogłam dołożyć kolejnych kłopotów. Warto było spróbować, jeśli nie chciałam być ofiarą morderczej pustki.
Im dłużej to trwało, tym w hangarze robiło się ciszej. Powietrze stawało się rzadsze, a siła przyciągania ku czeluściom kosmosu coraz silniejsza. Jeśli zaraz któreś z nas nie znajdzie odpowiedniego przycisku... Zacisnęłam szczękę, aż mnie zabolała. Nie tak planowałam zginąć! Skoro Dokuharianin mnie nie zabił, byle próżnia nie mogła tego uczynić! Nie teraz. Wezbrałam w sobie tyle, ile potrafiłam, by nie puścić konsoli. Powoli przesuwałam się w poziomie, obserwując każdy guzik. Czas uciekał, oddychanie stawało się męczące, a ja nie znalazłam nic, co by nadawało się na zamknięcie kopuły. Z dużym trudem dotarłam do kolejnego pulpitu pełnego klawiszów. Bezzwłocznie przemierzyłam wzrokiem stado przycisków.
Wielki, majestatyczny czerwony, grzybkowy przycisk aż się prosił, by go dotknąć. Komora zaczęła się powoli zamykać. Alarm się w końcu wyłączył, choć światła pomarańczowe i czerwone wciąż połyskiwały. Alastor, dowódca na mostku w czasie nieobecności Frezera był w stanie opuścić swój dotychczasowy schron, po czym natychmiast, włączył dotleniacz. W tym samym czasie wytarł pot z czoła. Odetchnęłam z ulgą, osuwając się na podłogę. Nigdy więcej tego nie rób — pomyślałam wciąż roztrzęsiona. Alastor wściekle usiłował dowiedzieć się, kto był winowajcą tej, a nie innej sprawy. Chociaż nie był w stanie wytknąć nikogo palcem, nawet nie wytypował mnie, wszak ocaliłam resztę istnień. Głównie ratowałam swój własny tyłek, a nie organizacji. Tylko skąd by oni mogli to wiedzieć? Kto by się czepiał siedmioletniego, Saiyanina o coś podobnego? Zresztą byłam jedynym Saiyanem na tym pokładzie.
***
Dni mijały powoli i smętnie i tak naprawdę to każdy był do siebie podobny. Chodziłam do sali treningowej i starałam się opanowywać swoje zdolności. To był mój priorytet, jeśli chciałam kiedykolwiek uwolnić się z tego miejsca. Jeżeli planowałam przebyć kosmos i odnaleźć ostatniego ze swego rodu.
Od dłuższego czasu nie było żadnych wieści o Freezerze i jego specjalnej armii. Nie było też doniesień w sprawie Vegety. Przynajmniej do mnie żadne słuchy nie docierały, a tak z siebie nie mogłam zapytać. Natto uważał, że interesowanie się ostatnim z dynastii mogło mnie z nim powiązać wystarczająco głośno. Zostałabym zdemaskowana. Oficjalnie nie istniał żaden książę Saiyan. Nie miałam rodziny. Moją familią stał się statek i jego załoga… Czy to nie była jakaś paranoja? Zupełnie jak jakiś akt desperacji.
Leżałam wycieńczona po treningu na mokrej posadzce kabiny prysznicowej. To był mój pot, który kropla po kropli spływał z mojego ciała. Wody nie zdążyłam odkręcić ze zmęczenia. Wpatrywałam się ślepo w oświetlenie na sklepieniu, zupełnie jakbym wyczekiwała jakiegoś cudu, który nigdy nie nadejdzie. Rozmyślałam, co by było, gdyby moje losy potoczyły się inaczej. Wciąż żyłam, a to oznaczało, iż rodzice nie mieli racji co do mej beznadziejności. Przetrwałam więzienną planetę. Ostatecznie nie umarłam od ciężkiej ręki Dodorii. Co prawda tylko maszyna lecznicza ratowała mnie przed śmiercią albo i słowo różowego potwora, który każdorazowo zlecał mą regenerację. Tylko tak mógł ponownie mnie torturować, licząc na skrywaną prawdę.
Wymacałam pod pancerzem kombinezonu pierścień od Vegety. Wyciągnęłam go trzęsącą się ręką nad głowę, by móc się mu przyjrzeć raz jeszcze. Tak naprawdę znałam go na pamięć, każdą jego rysę, kierunek graweru oraz ich głębokość. Wszelką samotną chwilę zaciskałam go w palcach, na tyle mocno by dodawał mi otuchy, a jednak na tyle delikatnie by go nie uszkodzić.
Kolejna łza chciała uciec. Płynęła z oka po ciepłym policzku, kończąc bieg gdzieś w czarnych włosach, bądź mokrym od potu uniformie. Nie tym razem. Nie mogłam pozwalać sobie na słabości. Otarłam kropelkę smutku. Nie będę więcej płakać! Zniszczę wszystko, co zrujnowało mi życie! Choćbym miała zginąć! Posiadałam wielkie marzenia, poważne cele. Skoro do tej pory udało mi się przetrwać, nie mogłam się poddawać. Nie mogłam być Sarą. Podniosłam się, postanawiając, by zacząć trening od nowa, powoli wracając do sali, z której jeszcze nie tak dawno wyszłam.
Po następnych wyczerpujących, godzinnych wysiłkach padłam jak długa. Z niebywałym trudem doczołgałam się pod ścianę, gdzie ostatecznie się zdrzemnęłam. Nie mając pojęcia, ile minęło czasu, sen przerwała mi grupka nastolatków ze swoim trenerem. Musiałam opuścić salę. Połamana ruszyłam do swojej kajuty, powłócząc ogonem, uprzednio zahaczając o łaźnię.
Postanowiłam potrenować z Mandarkerą. Dawno jej nie używałam, a byłam zdecydowanie silniejsza niż poprzednim razem. Odkąd na statek zawitali ludzie Ginyū, nie było okazji. Zresztą nie mogłam sobie pozwolić na zdradę miejsca jej ukrycia. Kuśtykając po kajucie, wygrzebałam z końca posłania zbyt długi płaszcz. Wszystkiemu przyglądał się mój wspaniały współlokator. Zdążył przywyknąć, iż wyglądam jak jedno wielkie podejrzenie. I ja już mniej reagowałam na to szpiegowskie spojrzenie. Próbowałam być naturalna. Nawet, wtedy gdy usiłowałam go zgubić w morzu korytarzy.
Mając pewność, że tylko w jednym miejscu pozbędę się natrętnego ogona, skończyłam swą podróż w sali treningowej. Tu ostatecznie powinnam się szkolić. Rozpoczęłam rozgrzewkę jak zwykle. Tym razem jednak odziana byłam w czarny materiał. Nie miałam pojęcia czy mnie wciąż obserwowano, ale robiłam to, co miałam robić. Po wstępnych przygotowaniach siadłam pod ścianą i odpięłam płaszcz, a następnie złożyłam go niedbale w kulkę. Położyłam się na nim jak na poduszce. Czas było na chwilę odpocząć. Teoretycznie. Przeleżałam tak może z dziesięć minut? Wstałam, przeciągnęłam się i wróciłam do poprzednich czynności, lustrując otoczenie.
Teraz byłam pewna, że intruz znudził się moją osobą. Przynajmniej tymczasowo. Wykorzystując sytuację, pochwyciłam materiał płaszcza i pognałam w tylko sobie znanym kierunku. Miejscówka była spalona z góry do tego, co planowałam. Jedynie tam, gdzie przebywał mój kamień, mogłam bezpiecznie zaczerpnąć jego mocy. Unikając głównych alej i kryjąc się w cieniu, wreszcie dotarłam do starego magazynku tuż przy maszynowni. Tego miejsca nie odwiedzali żołdacy. Tutaj w pocie czoła pracowali słabi i przerażeni kosmici wszelakiej maści. Ich zadaniem było utrzymać statek w nienagannej kondycji i pilnować by nie brakło energii.
Zaraz po zamknięciu się automatycznych drzwi zjechałam plecami po nich i upadłam na tyłek. Westchnęłam ciężko. Było mi coraz trudniej być niezauważoną. Odczekałam kilka chwil, po czym poraczkowałam pod wielkie rury gdzie w samym rogu, tuż pod nimi ukryłam kawałek materiału. W zawiniątku urwanym z dolnej części darowanej niegdyś peleryny krył się nadprzyrodzony kamień o intensywnym, jadeitowym zabarwieniu. Tuż po jego uwolnieniu utonęłam w szafirowym odcieniu, który magicznie przyciągał do siebie. Od razu poczułam w dłoniach, jak emanuje ciepłem. W końcu stanęliśmy twarzą w twarz. Tylko ja i kamień Mandaru.
Zdawałam sobie sprawę, że dużo ryzykowałam, biorąc się za tego rodzaju trening. Nie dość, że nie opanowałam energii tego świecidełka, to jeszcze byłam wycieńczona po kilkudniowym szkoleniu. Byłam jednak uparta, co odziedziczyłam po matce.
Raz jeszcze spojrzałam na intensywną zieleń artefaktu, by następnie przywdziać prochowiec i z ostrożna usadowić kamień w należne mu miejsce. Peleryna była dość zakurzona, co spowodowało potrójne kichnięcie. Dopiero co nią przecierałam podłogi w sali treningowej!
Każda następna czynność była taka sama jak poprzednimi razy. Kolejny nawał silnej i powalającej energii, mocniejsze ciążenie grawitacji, lęk, ból, spowolnienie któregokolwiek ruchu i przyspieszone bicie serca. Tak jak kiedyś przed oczami zaczęły tańczyć czarne smugi. Jakbym oglądała malutkie żyjątka, które postanowiły poruszać się w takt szumu w mych uszach.
Jakże byłam zdumiona, gdy stawiane kroki nie byłyby już tak trudne. Czy gdyby nie moje wycieńczenie, byłabym w stanie poruszać się już w nienaganny sposób? Kiedyś usłyszałam od wojowników z Vegety, że im bardziej byliśmy osłabieni, tym łatwiej było nam oswoić się z przeciwnościami. Coś w tym było. W kocu przetrwałam najgorsze lata swego życia i jeszcze nie targnęłam się na nie, by ukrócić cierpienia.
Ostatecznie i tak zachwiałam się, kończąc na upadku. Tym razem potrafiłam w porę zareagować i nie przydzwonić brodą o posadzkę. Praktyka nie poszła w las. Dostrzegłam coś błyszczącego na podłodze i postanowiłam to zbadać. To też była forma ćwiczeń. Gdy dotarłam do celu, okazało się, iż był to nieduży odłamek starego lustra. Było brudne i mocno oblepione tłustym kurzem. Spojrzałam na jego taflę. Zastanowiłam się nad właściwościami artefaktu. Gartu mówił o niewidzialności. Czy byłam w stanie potwierdzić to w kawałku szkiełka?
Nie było mnie widać, ale to zrozumiałe, jeśli coś jest tak mocno umazane. Naplułam odrobinę na palce, a następnie przetarłam przedmiot. Niczego jednak w nim nie dostrzegłam tylko czarną smugę. Przed oczami majaczyły mroczne punkty. Ja siebie samą dostrzegałam w odcieniach ciemnych i pozbawionych koloru. Jednak co widzieli inni? Nie potrafiłam zapytać. Straciłabym przedmiot bezpowrotnie.
Podniosłam się do siadu. W tych warunkach nawet pozycja leżąca nie sprawiała, bym mogła odpocząć. Moim kolejnym celem tej było się wznieść w powietrze parę cali. Ale czy było to w ogóle możliwe? Z ledwością się poruszałam. By tego dokonać, konieczny był wzmożony trening. Teraz gdy elita Changelinga opuściła pojazd, miałam więcej swobody.
Tak jak sobie obiecałam, tak też uczyniłam. Odwiedzałam skrytkę tak często, jak była ku temu sposobność. Oddychanie i wreszcie poruszanie się zaczynało zbierać żniwa ciężkiej pracy. Przyszła wreszcie pora na naukę latania. Niestety próba uniesienia swojego ciała wyglądała jak wyskok w górę z ekspresowym upadkiem twarzą w kafle. Tego nie byłam w stanie przetrwać. Grzmotnęłam z taką siłą przyciągania, że najzwyczajniej w świecie zemdlałam. Po przebudzeniu kolejne dni wyglądały podobnie, a po Reccomie i reszcie nie było śladu.
Moje treningi były coraz częstsze i efektywniejsze. Nie miałam w końcu innego wyboru! Musiałam stać się walecznym, prawdopodobnie ostatnim kosmicznym wojownikiem, jakiego miał spotkać świat. Moim głównym celem miało być wyrwanie się z tego więzienia, czyli dokonać niemożliwego.
elizabeth
OdpowiedzUsuń3 listopada 2008 o 6:57 PM
notka bardzo fajna ^_^ ten trening byl straszny. nie mam czasu na dluzszy komentarz jutro test z genetyki :P ps http://dragon-ball-dalsze-losy.blog.onet.pl/ pojawila sie nowa notka, zapraszam ^_^
Bryonly
OdpowiedzUsuń4 listopada 2008 o 2:17 PM
Hej! Przeczytałam całe Twoje opowiadanie,ale zapomniałam skomentować…Skleroza nie boli ;p…Piszesz bardzo ciekawie, miałaś oryginalny pomysł, świetnie wszystko opisałaś.Akcja toczy się szybko, wciąga.Vegeta jako brat…;D.A Księżniczka Sara jest fantastyczna! Ten jej charakter, złośliwość,duma i chęć buntu :).Bardzo mi się spodobało Twoje opowiadanie! Również moje uznanie zdobył wątek o Mandarce.Dobrze napisałam?Jednak nie będę się rozpisywać ponieważ będę oceniała Twojego bloga,a bezsensu byłoby gdybym pisała dwa razy to samo.Aha…Jestem Bryonly, ale na blogu na, którym zgłosiłaś się do oceny mam ksywkę Marron :D.Oczywiście ten blog to…Katsumi Omo.A mój prywatny blog o DB to….www.rodzina-brefis.blog.onet.plPozdrawiam! :)
karlitos@amorki.pl
OdpowiedzUsuń7 listopada 2008 o 8:30 PM
Super nocia. Zaintrygowała mnie w pozytywny sposób główna bohaterka. Nie wiem kim jest i dlatego mnie wciągnęło. Mam nadzieję, że szybko nie ujawnisz jes prawdziwej tozsamości :*PS: dodam Cie do linków.
Izabelqa
OdpowiedzUsuń9 listopada 2008 o 3:25 PM
Ohayo! Droga Dario! Czytałam, że nie lubisz swojego imienia, mimo to postanowiłam się do Ciebie tak zwrócić (broń Boże nie na złość :d). Chciałam Cię dodać do linków na moim blogu. Na razie są tam tylko opisy postaci z DB, ale w najbliższym czasie (nie mam pojęcia kiedy), ukaże się opowiadanie :). Tak więc czekam na Twoją odpowiedź : D. Co do notki… Oczywiście momentami nie mogłam się oderwać od czytania, ale pojawiło się też parę błędów (najczęściej brak kropki na końcu zdania, czy literówki), ale to nie zmienia faktu, że notka jest źle napisana :). Pozdrawiam :).www.swiatwdragonball.blog.onet.pl
Baja.
OdpowiedzUsuń22 listopada 2008 o 1:49 PM
Powróciłam i odrabiam zaległości!Hmmm. Ten ogonek czasem robi psikusy heh. Podoba mi się jej buntowniczy charakter. Znowu ćwiczy. Twarda jest. Lubię ją.Napisałam nowy odcinek na http://www.poszarpane-sny.blog.onet.plZapraszam.
angelika935@amorki.pl
OdpowiedzUsuń10 lutego 2010 o 5:33 PM
Widać, że jest prawdziwą Saiyanką, trenuje do upadłego.
Hejka, hejka,
OdpowiedzUsuńprzepraszam, za tak długą przerwe ale no coż... tak bywa w życiu...
rozdział wspaniały, ciężko trenuje i dobrze, ale w tym, że jej nie zabiera jest właśnie plus może trenować bez większych obaw, zwłaszcza z tym kamieniem...
Dużo weny życzę...
Pozdrawiam serdecznie Iza
Sara narozrabiała z tą komorą, nie ma co! No i dosyć drastyczne opisy śmierci nawet dla mnie (jestem strasznym tchórzem!), a co dopiero dla takiej małej dziewczynki!
OdpowiedzUsuńBardzo mi się podobały te fragmenty, gdzie Sara zadała pytania do matki, ojca i Vegety, bardzo nostalgiczne i pokazują, jak bardzo ona cierpi i ma taki trochę żal? Rewelacyjnie to było przestawione! Bardzo mi się podobało :)
Hejeczka,
OdpowiedzUsuńwspaniały rozdział, bardzo ciężko trenuje i dobrze, w tym, że Sary nie zabiera jest właśnie plus może trenować bez obaw...
Dużo weny życzę...
Pozdrawiam serdecznie Basia
Cześć Basia!
UsuńTu masz rację. Gdyby z nimi poleciała byłaby uwiązana. Byłaby pod stałym nadzorem. Ale to jest żądne przygód dziecko, które i tak jak myśli, nie ma już nic do stracenia. 🙈
Weny na szczęście nie brakuje ❤️
Pozdrawiam
Konnichiwa!
OdpowiedzUsuńOdcinek 7 za mną.
> - Tak jest - Odparł posłusznie jeden z podwładnych, maszynista bądź operator kapsuł kosmicznych.
Maszynista? Ja wiem, że statek Freezera jest duży, ale że też mają tam pociąg albo tramwaj. No, no.
> Straciła swoje życie dusząc się bezwzględną próżnością kosmosu.
Ten kosmos jest tak próżny, że pewnie tylko przegląda w się w lusterku i wciąż czyta magazyny na swój temat.
Pomylilaś też zważywszy i zwarzywszy. Te dwa słowa moją zupełnie inne znaczenie.
Rozśmieszyło mnie też, że nikt na statku nie wiedział, jak zamknąć śluzę i musiało to zrobić siedmioletnie dziecko. Ten rozdział zapewnił mi sporo rozrywki, ale chyba nie w taki sposób, jaki chciałaś.
Ale nie musisz się przejmować wszystkie nasze teksty, które mają trochę lat, są pełne takich kwiatków. Tekst, który teraz piszę to tak naprawdę rimejk mojego starego fanfika. Czytając go obecnie, aż mi mordę wykrzywia. Twój takiego kryndżu jak mój mi nie daje. Wprost przeciwnie, ma sporo fajnych momentów ;)
Hejo, hejo!
UsuńMaszynista, tak, tak 🤣
Jak widać, jest niebywale próżny ten kosmos! Bardziej niż Vegeta 🤣🤣
Te terminy muszę sprawdzić pod kątem treści! Na pewno to zrobię 🤗
Ah. Miało być śmiesznie, miał wejść humor rodem z db, ale jak widać nie pykło.
Doskonale Cię rozumiem! Jak czytałam po raz pierwszy swoje wypociny, po 10 latach, czyli kiedy zaczynałam remake, to miałam dokładnie to samo odczucie, ale dziś dzieje się podobnie, gdy wracam do tych początków. Pocieszający jest jednak fakt, że Ty widzisz tam coś ty i więcej. Także cieszę się, że nie widzialeś oryginałów 🤣🤣🤣
Jeśli chcesz choć na chwilę oderwać się od sadystycznej dla oka pierwszej sagi, zapraszam na bonus numer dwa. Jedynka niech jeszcze poczekać, na odpowiedni moment w historii, czyli po 18 odcinku ;)
Dziękuję za odzew!